Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 28: piekielne doniczki, diabelskie rowery, czyli dlaczego nigdy nie zostanę sportowcem

Wy jeszcze nie wiecie, ale już za moment wszystko stanie się dla Was jasne. 
Ja wiem praktycznie od zawsze, chociaż wielokrotnie usiłowałam oszukać przeznaczenie.
Prawda jest jednak tylko jedna...

Klucha nigdy nie zostanie sportowcem.

Generalnie nie warto ludzi oceniać zbyt pochopnie, więc nawet, gdy w mym pierwszym roku życia jakaś nieco nadgorliwa pani doktor stwierdziła u mnie swego rodzaju niedorozwój dolnych partii układu ruchowego i zaleciła wepchnięcie w plastikowe homonto czy też inne średniowieczne ortopedyczne narzędzie tortur, moi rodzice nie przekreślili z góry mojej sportowej kariery i nieprzesadnie interweniowali, gdy planowałam swoją karierę piłkarki nożnej, tancerki towarzyskiej czy akrobatki. Tata nawet dość chętnie przyłączał się do futbolowych treningów rozgrywanych regularnie między ich małżeńskim łożem, a drzwiami sypialni. Mama nieco mniej chętnie odkurzała potem ziemię ze stłuczonych doniczek. 

O, właśnie. Można powiedzieć, że to właśnie doniczki stały się symbolem początku końca mojej sportowej kariery. Pierwszym dość poważnym znakiem, że nie pisane jest mi życie cyrkowej artystki był pewien wypadek, który wydarzył się w czasie nieoficjalnego treningu na tarasie u babci. Ja miałam pięć lat i wielkie aspiracje. Taras miał fikuśną balustradę i pewną dość istotną wadę - wzdłuż balustrady poustawiane były dziesiątki doniczek z kwiatami. Dla ścisłości: były to głównie kaktusy. Wystarczył jeden nieprzemyślany ruch. Utrata równowagi. Pech chciał, że kolanami trafiłam idealnie w owe kaktusy. Auć. Siedziałam potem na krześle, nóżkami nie dosięgałam nawet do podłogi (co właściwie nie zmieniło się aż po dziś dzień), a tata przez długie minuty, które dłużyły się wtedy jak godziny, wyciągał pęsetą kolce z moich kolan. I tak właśnie umarło marzenie o Klusce-akrobatce.

Kolejny wypadek zdarzył się niewiele później i dziwnym trafem też maczały w tym palce... doniczki. Przyznam się szczerze, że nie pamiętam co dokładnie robiłam tego feralnego dnia, ale prawdopodobnie był to najzwyczajniejszy w świecie trening cardio na jaki może pozwolić sobie kilkuletnie dziecko: mianowicie bieganie tam i z powrotem po schodach. Mama już wtedy miała tendencję do nadmiernego pastowania podłóg i, jak się okazuje, schodów również. Na dodatek, nie wiedzieć czemu normą w naszym domu były wówczas doniczki z kwiatkami porozstawiane na poszczególnych stopniach. Śliskie schody, doniczki pełne ziemi, nadpobudliwe dziecko... To nie mogło skończyć się dobrze! Z gracją, której nie powstydziłby się żaden profesjonalny kaskader, stoczyłam się niczym kulka z samej góry na sam dół, po drodze zgarniając ze sobą większość wspomnianych doniczek. Nie wiem co działo się później, oprócz tego, że bardzo głośno krzyczałam, żeby mama broń Boże nie wrzucała mnie pod prysznic, bo najbardziej bałam się, że z doniczkowej ziemi zrobi się błoto. I tak właśnie zakończyłam karierę biegaczki.


Specjalną kategorię moich sportowych wypadków stanowią wypadki rowerowe, z czego jeden był wyjątkowo znamienny w skutkach, gdyż dzięki niemu byłam jedynym dzieckiem w całym powiecie (a może i na świecie), które szło do komunii z pięknym limo pod okiem. Wprawdzie w zdarzeniu nie uczestniczyły żadne doniczki, za to rzecz działa się w ogródku, a jak wiadomo w ogródku ziemi ogrodowej również nie brakuje! Jeśli planujecie kiedyś, w bliższej lub dalszej przyszłości, posyłać swoje dziecko do komunii (generalnie odradzam, zwłaszcza jeśli nie jesteście zbytnio wierzący, ale to nie o tym dzisiaj mowa) to zapamiętajcie jedną ważną rzecz: nigdy, przenigdy nie pozwalajcie mu wsiadać na rower dzień przed uroczystością. Właściwie dotyczy to wielu innych okazji. Na przykład matury. I wielu innych pojazdów. Na przykład samochodu. W moim przypadku był to jednak rower i to w wyjątkowo pechowej i bolesnej konfiguracji z ... materacem, ogrodową ławką i mną za kierownicą. Co tu dużo mówić, okiem idealnie wpasowałam się w róg ławki. I tak właśnie okazało się, że cyklistką też raczej nie zostanę. 

Wszystkie te wypadki, które zdarzały mi się przez całe dzieciństwo (a te opisane wyżej nie były jedyne, wierzcie lub nie) wyraźnie dawały mi do zrozumienia, że powinnam odpuścić sobie wszelką aktywność fizyczną. Klucha jest jednak uparta i wbrew pozorom szybko zapomina o złych rzeczach - co kończy się najczęściej tym, że po kilka razy popełnia te same błędy i raz na jakiś czas musi sparzyć się na nowo. W ten oto sposób zaliczyłam bardzo bliskie rowerowe spotkanie biodra z barierką na wiadukcie, skręconą kostkę, wybity palec czy też przejażdżkę skuterkiem GOPR-u oraz wizytę w szpitalu po bardzo nieprzyjemnym wypadku na stoku. Pierwsza i ostatnia wyprawa na narty, jak dotąd. Skoro pytacie, narciarką chyba też już nie zostanę.

Klucha z biodrem.
Taka tam pamiątka z wyjazdu.
Za to póki co zostałam blogerką i wydaje mi się, że to wreszcie sport dla mnie... A przynajmniej dość ciężko o kontuzję! 

PS Powstanie tego tekstu również obfitowało w kilka pseudo-sportowych incydentów. Olśnienie spłynęło na mnie w czasie nurkowania we własnej wannie (a jakże!), wyskakując z niej z impetem Kamila Stocha wybijającego się z belki startowej zaliczyłam niemalże łyżwiarski piruet bosą stopą na mokrej podłodze, a następnie puściłam się sprintem do laptopa, prawdopodobnie pobijając swój życiowy rekord prędkości. Ale oczywiście nikt tego nie widział. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 5: Jak ja lubię niespodzianki, czyli poszłam na przedstawienie dla dzieci

Mamy od paru lat taką rodzinną świecką tradycje, że mniej więcej raz w miesiącu wybieramy się do teatru. Nie powiem, dla mnie, studentki oszczędzającej każdy grosz na zakupach w Stonce, jest to rozwiązanie niezwykle wygodne - rodzina przyjeżdża, płaci za bilety, zabiera na kolację i nieraz jeszcze wałówkę na kolejne tygodnie zostawi. Odchami się człowiek i naje za jednym zamachem i to za darmo. Ktoś niemądry mógłby stwierdzić, że ma to też swoje gorsze strony - czasami niemal z dnia na dzień dowiaduję się na co i gdzie idę, często nie kojarząc w ogóle, co to za miejsce i co to za ludzie, nikt mnie nie pyta o zdanie, co czyni ze mnie widza (przynajmniej początkowo) niezbyt świadomego lub, co gorsza, widza niezadowolonego. Ale z czystym sercem przyznaję, że los obdarzył mnie wyjątkowo fajnymi rodzicami, a w tym wypadku zwłaszcza tatą, bo to jego zadaniem jest comiesięczny dobór repertuaru. No i raczej nie zdarza się, żebym wyszła z wybranego przez niego przedstawienia niezadowolona, więc generalnie nie kwestionuję jego umiejętności w tym względzie. Ale w ostatni weekend  byłam już bliska zwątpienia...

Jak zwykle, drogą mailową, otrzymałam potwierdzenie rezerwacji na jakieś przedstawienie, któregoś tam dnia, o jakiejś tam godzinie. Przyjęłam, zapisałam, zapomniałam. Przyznaje się bez bicia, nawet nie wygooglowałam tytułu. Całe szczęście, że mama koncertowo spisuje się w roli strażnika czasu, więc w porę zapobiega mojemu ewentualnemu przegapieniu takiego przedsięwzięcia. I tak oto w sobotnie popołudnie wygramoliłam się ze szlafroka, ogarnęłam twarz, ubrałam się odpowiednio do okazji (decyzja była dosyć prosta, bo mam ładną nową kieckę i muszę ją ponosić, żeby nie było, że kupiłam i założyłam raz i to na Wigilię) i tak przygotowana przybyłam na miejsce.
I tu szok.
Nie żebym jakoś regularnie bywała w Teatrze Studio, ale do tej pory odnosiłam wrażenie, że to miejsce odwiedzane głównie przez warszawską młodą inteligencję, artystyczną bohemę i szeroko pojęte hipsterstwo (z góry przepraszam Cię, drogi czytelniku, jeśli Ty akurat odwiedzasz Teatr Studio i nie czujesz się związany z żadną z wymienionych wyżej grup). Tego dnia jednak teatr ten był wypełniony po brzegi... dziećmi. Od razu dało mi to do myślenia, wzbudziło lekki niepokój, więc w oczekiwaniu na spóźniająca się lekko rodzinę sięgnęłam po samotną broszurkę, którą ktoś zostawił na stoliku. ,,Jak zostałam wiedźmą" - spektakl dla dzieci w wieku szkolnym. No i dla dorosłych, ale to już małymi literkami. Spektakl. Dla dzieci. To nie tak, że ledwo odrosłam od ziemi (tak naprawdę nie odrosłam i już nie odrosnę, ale cicho, tajemnica)  i już zadzieram nosa jaka to nie jestem dorosła, ale sami powiedzcie - spektakl dla dzieci, to po prostu brzmi słabo! Od razu przypominają mi się czasy podstawówki i te nędzne przyjezdne teatrzyki, na których obecność była obowiązkowa, a ich jedyną zaletą było urwanie się kilku lekcji - no i cena, niska, przynajmniej adekwatna do jakości. Spektakl dla dzieci? To nie może się udać.
Ale dzielnie ugryzłam się w język, grzecznie przywitałam się z rodziną i wmaszerowaliśmy na salę. Chłopiec zdecydowanie w wieku szkolnym siedzący przede mną grzecznie zapytał czy nie będzie mi zasłaniał, jeśli pod tyłek podłoży sobie dodatkową poduszkę? Nie jestem zbyt asertywna ani rozgarnięta, więc odpowiedziałam, że skąd, jasne, że nie. No dobra, zasłaniał tylko trochę. Ale to nie przeszkodziło mi w obejrzeniu całości... i to z wypiekami na twarzy!

Przede wszystkim -zbyt zafrasowana kategorią spektaklu dla dzieci nie zauważyłam dwóch n a j i s t o t n i e j s z y c h informacji zawartych w broszurce. Po pierwsze, jest to spektakl muzyczny, a muzyką zajął się nie kto inny jak  Waglewski i Voo Voo. I na dodatek grają na żywo, no wow, nie powiecie mi, że to nie fajnie! Taka niespodzianka już na wstępie... Przynajmniej ja się miło zdziwiłam. Po drugie, Masłowska. Różne jej rzeczy się czytało, widziało i słyszało i mało co mi się nie podobało. Gdybym umiała napisać cokolwiek dłuższego niż notka na prywatnym blogu, to prawdopodobnie chciałabym pisać tak jak ona. Nie, że jakieś guru, objawienie i rewolucja. Ale nie znam zbyt wielu innych osób, które, z taką zadziorną lekkością skakania na skakance i żucia gumy i jednoczesną bolesną i gorzką precyzją oberwania tą samą skakanką po jajkach, potrafią bawić się słowami i są w tym tak wszechstronne jak Masłowska. Mnie to po prostu kręci. I tak właśnie wkręciłam się też w ,,Jak zostałam wiedźmą" i polecam, nawet jeśli nie macie dzieci ani młodszego rodzeństwa, pożyczcie od kogoś jakiegoś brzdąca (byle nie za małego, bo gdy na sali zapadła cisza, a na scenie pojawiła się czarownica, kilkoro maluchów pisnęło "mamusiu, tatusiu, możemy zapalić światło?"i zachlipało*) albo idźcie sami - żaden wstyd, bo mimo wszystko to bajka, ale w dużej mierze skierowana do dorosłych.

Bardzo lubię takie miłe niespodzianki.
* I mam ogromną nadzieję, że wspomniane maluchy jednak dobrze się bawiły i nie mają teraz koszmarów!