Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klucha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klucha. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 41: pakuj się, kto może!

Wprawdzie wakacje dla niektórych powoli dobiegają końca, jednak mnie problem pakowania dopada dopiero teraz, w drugiej połowie sierpnia. Do tej pory wydawało mi się, że poziom moich umiejętności w tym zakresie sięga co najmniej wyższego średnio zaawansowanego, w końcu lata podróżowania, a zwłaszcza harcerzowania nie mogły pójść na marne. Dziś jednak staję przed wyzwaniem, któremu nigdy wcześniej nie udało mi się sprostać...
Na tydzień z bagażem podręcznym.
 No bo sami rozumiecie: oszczędności. Jeśli chce się lecieć do (podobno) najdroższego miasta na świecie, to warto wybrać chociaż tanie linie lotnicze. A jak się chce lecieć tanimi liniami, to warto się trochę nagimnastykować, żeby przelot nimi rzeczywiście wyszedł tanio. 

Aż do dzisiaj sądziłam, że spakowanie się na siedem dni w szkolny plecaczek to całkiem wykonalna sprawa. Teraz jednak rozkładam bezradnie rączki i przeprowadzam brutalną selekcję, a najgorzej jest oczywiście z kosmetykami (płynami), których na pokład można wnieść bardzo ograniczoną ilość. Kibicujcie więc, abym podołała tej próbie sił i logistyki, a ja tymczasem uraczę Was Krótką Listą Osobistości Pakujących Się, w skrócie klops.

Strateg
Wyjazd bez dobrego planu to dla niego czas stracony, dlatego też szczegółowe przygotowania zaczyna na długo przed fazą pakowania. Listy, wykresy, tabele to absolutny must have jego wakacji. Do pakowania przechodzi dopiero po skrupulatnym sporządzeniu listy, która na pierwszy rzut oka od druków inwentaryzacyjnych dużych sieci handlowych różni się tylko brakiem kodów produktów i podpisu kierownika. Stratega na miejscu zaskoczyć może tylko nagły wybuch wulkanu lub trzęsienie ziemi, gdyż na wszystkie inne ewentualności jest przygotowany, w końcu w znajomych na Naszej Klasie ma dwóch meteorologów z IMiGW i jednego bacę z Białki Tatrzańskiej.

Prorok
W przeciwieństwie do stratega, prorok niczego nie planuje, kieruje się tylko i wyłącznie przeczuciem i intuicją. Niestety, jak to bywa w przypadku proroków, tylko raz na jakiś czas udaje mu się coś przewidzieć i nie do końca wiadomo, czy to naprawdę dar czy raczej prawdopodobieństwo, że z raz na dziesięć wyjazdów musi mu się poszczęścić. Jest wtedy jedynym szczęściarzem z parasolką, gdy w Grecji pierwszy raz w tym dziesięcioleciu pada przez siedem dni z rzędu, jednak zdecydowanie częściej jest tym człowiekiem, który ma w walizce cztery pary wełnianych skarpet, a nie wziął sandałów... do Egiptu. Rozkłada wtedy ręce i mówi, że najwyraźniej Bóg tak chciał.

Piękna
Jeśli uważasz, że podstawowym wyposażeniem na wyprawę w góry jest wygodne obuwie i kurtka przeciwdeszczowa, ona na pewno już za chwilę udowodni Ci jak bardzo myliłeś się przez te wszystkie lata. Absolutnym minimum są bowiem według niej klapki na koturnie, lusterko, zalotka i skórzana kurteczka sięgająca do pępka. Z kolei nad morze nie zabierze kremu z filtrem, gdyż w planach ma spalić się, pardon, opalić się na heban. Nie ma być wygodnie, funkcjonalnie, bezpiecznie czy zdrowo. Ma być pięknie.

 Sęp
Legenda głosi, że kiedyś zabrał ze sobą pastę do zębów i szampon, ale i tak przywiózł z powrotem pełne opakowania, gdyż cały wyjazd wszelki artykuły higieniczne podkradał koledze z pokoju. Zazwyczaj na dwutygodniowe wakacje pakuje się w reklamówkę z dumnym napisem BOSS, ponieważ uważa, że dzielić nie można się tylko szczoteczką do zębów i zimnym Harnasiem. Ty możesz mieć jednak na ten temat nieco odmienne zdanie, zwłaszcza, gdy już drugiego dnia wyjazdu puka do Twoich drzwi z chytrym uśmieszkiem i pyta, czy nie pożyczyłbyś mu skarpetek. 

MacGyver
Właściwie nie ma absolutnie żadnego znaczenia, co spakuje na wakacje, gdyż w razie potrzeby z biustonosza żony i wacików kosmetycznych zmajstruje nauszniki, a z książeczki dla dzieci i plastikowych sztućców - japonki. 

Na koniec chciałam Wam  zdradzić jakim osobnikiem pakującym się jestem ja, jednak zbyt wiele zależy od tego jak potoczy mi się najbliższe pakowanie, a to, choć wyjazd już jutro, wciąż w fazie hipotetycznego planowania, co mogę pożyczyć, a co wyprać. 
To co, uda mi się czy nie?  

sobota, 18 lipca 2015

Rozdział 36: strachy, fobie i natręctwa, czyli Klucha Dziwaczka


Usiądźcie wygodnie, drogie dzieci. Za chwilę ciocia opowie Wam bajkę.
Nad rzeczką opodal krzaczka mieszkała Klucha Dziwaczka...
Nieco ponad miesiąc temu, jedna z moich ulubionych blogerek, Julia z fabjulus.pl, napisała taki oto tekst: 9 rzeczy, które czynią mnie świrem. Od jakiegoś czasu mi też chodziła po głowie notka o wszelakich dziwactwach, jakie władają moim życiem, jednak nigdy do tej pory nie było na to czasu, a jak czas się znajdował, wtedy brakowało weny. Ale oto jestem tutaj dzisiaj i chcę podzielić się z Wami słodką tajemnicą, której jednak pewnie część ludzi się domyśla, a inna część i tak ma to gdzieś. 
Klucha nie jest do końca normalna.
Choćby dlatego, że pisze czasami o sobie w trzeciej osobie, a powszechnie wiadomo, że to jeden z pierwszych objawów psychozy.

A dlaczego jeszcze? Proszę bardzo, oto garść niezbitych dowodów na taki stan rzeczy!

Powąchaj mnie
Już wyjaśniam: nie chodzi o to, że przechadzam się ulicami w długim płaszczu, nagabuję i namawiam do tego przypadkowych przechodniów. Rzecz w tym, że to do mnie rozpaczliwie woła tak każda rzecz, którą mam zjeść, wypić lub założyć na siebie. Nie mogę się ubrać jeśli nie powącham koszulki, którą mam założyć, choćby była dopiero co zdjęta z suszarki na pranie. Nie mogę zjeść obiadu nie wsadzając nosa w talerz (o co niektórzy potrafią się obrazić: Co Ty to wąchasz?! Przecież Cię nie otruję!), ani wypić wody ze świeżo otwartej butelki, zanim nie obwącham dokładnie zawartości. A jeśli wyczuję chociaż jedną drobną niepokojącą nutę zapachową... Przegrałam. Półnaga, głodna i spragniona będę szukać produktów, których zapach nie będzie wzbudzał moich żadnych podejrzeń ani wątpliwości.

Umyj buzię, arbuzie
Nawet jeśli uda mi się wreszcie zdobyć odpowiednio pachnące pożywienie, wcale nie oznacza to końca kłopotów. Jak już w spokoju zjem i nawet popiję, wtedy zaczyna się cyrk z wycieraniem i myciem buzi. Inna sprawa, że po prostu zdarza mi się upaprać jak dzidzia, zwłaszcza, gdy owym daniem był kebab z sosem mieszanym, ale niezależnie co bym jadła i jak elegancka nie była by to potrawa, jeszcze przez długie minuty po skończeniu posiłku będę wycierać twarz, płukać usta i dopytywać, czy na pewno nie mam resztek obiadu na brodzie. 
Tak samo jest zresztą z dmuchaniem nosa, dlatego też najbardziej lubię to robić w łazience przed lustrem, by móc  w pełni kontrolować sytuację. 

Pomaluj mnie
Tak z kolei, głosem nieznoszącym sprzeciwu, krzyczą do mnie każdego ranka moje... rzęsy i powieki. Odkąd skończyłam 14 lat, na palcach jednej ręki można by policzyć dni, kiedy na mojej twarzy nie było ani mikrośladu makijażu. Na pierwszy rzut oka należę do osób pozbawionych brwi i rzęs, są bowiem tak jasne, że i tak ich nie widać. Z przyciemnianymi henną czy kredką brwiami czułabym się idiotycznie, jednak pomalowane rzęsy to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Nieważne czy wyskakuję tylko do sklepu po mleko, czy idę na siłownię, basen, spacer z psem (którego nie mam) czy też mam 40-stopniową gorączkę albo kaca. Mogę chodzić w rozpiżdżonym koku, z czerwonym zakatarzonym i nieprzypudrowanym nosem, ale oczy mają być pomalowane. Koniec kropka.
Do pewnego momentu tyczyło się to również paznokci (zarówno u rąk jak i u stóp), jednak ostatnimi czasu staram się małymi kroczkami wyjść z tego nałogu...

Wyciśnij mnie
Olaboga, teraz może zrobić się lekko obleśnie, ale co tam. Liczę na to, że nie jestem sama w tej drobnej namiętności. Mianowicie... Uwielbiam wyciskać pryszcze. Sama jednak nigdy nie miałam i nie mam większych problemów z cerą, jestem więc skazana na szukanie innych ofiar. Pół biedy, gdy wypatrzę coś u Sympatycznego z Nałogami, a potem godzinami muszę go namawiać, żeby pozwolił mi uporać się z tym problemem (Daj spokój, to boli, to obrzydliwie, n i e  m a  m o w y!), albo u młodszej siostry, która jest nieco łatwiejszym celem. Gorzej, gdy akurat jadę tramwajem albo siedzę na wykładzie, a osoba przede mną ma na szyi dorodną krostę. Czasami mnie samą aż przeraża, jak wiele kosztuje mnie, by nie rzucić się na takiego człowieka... z pazurami. 

Leć mi stąd! 
Tymi słowami to ja witam (i jednocześnie z ulgą żegnam), tupiąc jednocześnie nogami i wymachując rękami, wszelkie paskudne pierzaste latające stwory. Ptaki, ugh. Jakoś niespecjalnie boję się robaków, pająków, węży czy innych gadów. Z reguły zwierzętom nie ufam (z resztą tak samo jak znacznej części ludzi), części się boję, pozostałych się brzydzę. Ale nic nie wzbudza we mnie takiego strachu i wstrętu jak przebrzydłe ptaszyska. Podejrzewam, że ogromny wpływ na rozwój takiej fobii miał fakt, iż moja mama także panicznie boi się ptaków, odkąd w dzieciństwie zaatakowały ją małe puchate kurczaczki. O tak, fobie mogą być dziedziczne albo raczej podświadomie przenoszone, więc jeśli masz albo planujesz mieć dzieci to pamiętaj, żeby panować przy nich nad swoimi lękami. Dodatkowym czynnikiem mogło być też obejrzenie Ptaków Hitchcocka po raz pierwszy, gdy miałam nie więcej niż 9 lat. Pilnujcie więc co Wasze pociechy oglądają w telewizji, bo potem mogą z nich wyrosnąć dorośli ludzie uciekający z krzykiem na widok łabędzia albo płaczący ze wstrętu, że przelatujący gołąb musnął ich skrzydłem. 


Jest tam kto?
Nauczona doświadczeniem (zdobywanym przez lata czytania i oglądania całych stert thrillerów, horrorów i kryminałów) zawsze staram się słuchać przeczucia czającego i nie wchodzić samotnie do opuszczonych budynków, nawiedzonych domów czy tajemniczych piwnic. Moja ostrożność przybiera jednak czasami postać średnio rozwiniętej paranoi. Do własnego mieszkania nie wejdę wieczorem bez uprzedniego zapalenia światła, nie rozgoszczę się też bez wcześniejszego obchodu i sprawdzenia czy na pewno wszystko jest w najlepszym porządku. Rzadko otwieram drzwi jeśli akurat na nikogo nie czekam, a jeśli już to robię to tylko uchylam, cały czas trzymając rękę na klamce, by w porę móc je zamknąć. Zawsze mam z tyłu głowy cytat z jednej z moich ulubionych książek, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet:
Ciężko uwierzyć, że lęk przed urażeniem kogoś jest silniejszy niż lęk przed bólem.
Warto więc chyba wspiąć się na wyżyny swej asertywności i nie pakować się głupio w niebezpieczne sytuacje, byle komuś nie zrobiło się przykro. Trochę paranoja, trochę zdrowy rozsądek. 

Nie zbliżaj się do mnie
Jak już mowa o innych ludziach, którzy w mniejszym lub większym stopniu mogą stanowić zagrożenie, na ogromny stres narażają mnie wszelkie podróże zatłoczoną komunikacją miejską. Gdy moja twarz ląduje pod czyjąś pachą (jak się ma 1,60 m w kapeluszu to zdarza się to nawet częściej niż zazwyczaj), gdy ktoś napiera na mnie od tyłu lub gdy czyjaś spocona ręka zjeżdża po rurce wprost na moją... Wtedy w mojej głowie zaczynają powstawać scenariusze, których nie powstydziłby się Tarantino, a za które profilaktycznie można by mnie skierować na przymusowe leczenie. Przestań gmerać tam tą ręką, pajacu, bo jakbym miała przy sobie maczetę... Kiedy już wysiadam i mam chwilę, żeby ochłonąć, aż sama się dziwię, skąd we mnie tyle tłumionej agresji i nienawiści do niezbyt przyjemnie pachnących ludzi ocierających się o mnie zapamiętale. Żartuję. Ani trochę się nie dziwię, za to załącza mi się tryb passive-agressive.

Wiecie, tak naprawdę nie jestem złym człowiekiem, to tylko świat wyzwala we mnie tak dziwne i skrajne emocje. Krajowy konsultant ds. p s y c h i a t r i i zaleca czytanie tego tekstu z odpowiednią oprawą muzyczną, na przykład taką:

piątek, 3 lipca 2015

Odcinek 34: dlaczego nie znoszę kupować butów?


Nie znoszę chodzić na zakupy i nie jest to żadna tajemnica. Jak tylko mogę staram się ratować swoje skołatane nerwy, tak oto w celu uniknięcia napadów paniki i agresji oraz bez zbędnych wyrzutów sumienia, z lubością oddaję się zakupom internetowym. Z internetu pochodzą więc wszelakie części mojej garderoby - od sukienek przez swetry, aż po seksowną bieliznę i trampki. Generalnie mogłabym niemal zupełnie obyć się bez wizyt w sklepach stacjonarnych, centrach komercji i molochach handlu... Mogłabym, ale niestety raz na jakiś czas zdarzają się takie sytuacje, kiedy jakaś rzecz potrzebna jest na cito, na już i na dziś. 

Tylko nie wiem dlaczego akurat najczęściej są to...
...buty.
Bo w starych właśnie zrobiła się dziura na palcu i nie wystarczy już założyć czarnych skarpetek, by pozostała niezauważona. Bo niespodziewanie do Polski napłynęła fala upałów, a Ty wciąż pomykasz w kozakach. Bo jutro randka, a jedyne obuwie w jakim ewentualnie możesz wystąpić to skórzane kierpce przywiezione pięć lat temu z Białki Tatrzańskiej. 

Powodów jest wiele. Rozwiązanie tylko jedno. 

Tak oto lądujesz przed przeszklonymi automatycznymi drzwiami i jak mantrę powtarzasz pod nosem: 
Tylko jeden sklep. Góra dwa. 
Po czwartym orientujesz się, że coś poszło nie tak. Po siódmym już wiesz, że jesteś skazana na porażkę. Ale brniesz w to dalej, łudząc się, że to na pewno na projektantów tej o s t a t n i e j marki z o s t a t n i e g o sklepu za o s t a t n i m zakrętem spłynęło objawienie, które pozwoliło im stworzyć właśnie taki model obuwia, o którym marzysz. Albo chociaż takie, w których ewentualnie mogłabyś zgodzić się wyjść na ulicę. Po dwudziestym odwiedzonym przybytku Twoje wymagania znacznie spadają, rosną za to ceny. Zamiast pary balerinek za pięćdziesiąt złotych, po powrocie do domu możesz znaleźć w pudełku kalosze za pięćset. Ale przynajmniej c o ś kupiłaś. 

Inna rzecz, że mniej więcej w połowie tej mozolnej wędrówki dotrze do Ciebie, że...
Te idealne i wyśnione buty istnieją tylko w Twojej głowie.
Tak jak białe myszki, wyimaginowani przyjaciele i anioł stróż. Bardzo mi przykro, nie wymyślono jeszcze lekarstwa na głupią nadzieję i wybujałą wyobraźnię. Niestety, Twoje rozczarowanie może być jeszcze większe... Pozwól, że wyjaśnię na przykładzie:

Wymarzyłaś sobie srebrne espadryle? Tak. Srebrne. Nie złote, nie cekinowe i nie z rybią łuską. Po prostu srebrne. Espadryle. Nie mokasyny, nie sandały i nie baleriny. Zwykłe espadryle. Brzmi to całkiem rozsądnie, są pewne matematyczne szanse, że coś takiego już zostało gdzieś na świecie wymyślone. Prawdopodobnie w Chinach, bo tam też od razu zostało uszyte. I chyba niestety już tam zostało, bo w odwiedzanych przez Ciebie sklepach nigdy o takich cudach nie słyszeli. Ale co jest tą kroplą, która przelewa czarę goryczy? Mianowicie w owych sklepach aż mieni się od wszelkiego rodzaju srebrnego obuwia. Srebrnego.W tychże samych sklepach pełno jest też różnokolorowych espadryli. Espadryli. Wiecie tylko jakich nie ma? 

Hehe. Właśnie tak, zgadliście. 

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
W pewnym momencie już sama nie pamiętasz, po co przyszłaś do tej dziwnej przeszklonej hali (fajnie, że chociaż klimatyzowanej, dzięki!) pełnej niesympatycznych ludzi. Ledwo widzisz na oczy, słaniasz się na nogach. Jesteś już lekko podłamana, ale wciąż żyjesz nadzieją, że a nuż za tym zakrętem. Że a nuż w tym sklepie.

Już nie patrzysz na szyldy, jednak po zapachu orientujesz się, że właśnie nawiedziłaś dość ekskluzywny sklep z galanterią skórzaną. Beznamiętnie omiatasz półki wzrokiem... Ej! Tam się coś błyszczy, chyba na srebrno.
One tam są...
... szepczesz ze łzami i w oczach i wybiegasz im na spotkanie. Bo są. Wprawdzie trochę inny odcień niż ten wymarzony, noski trochę za szerokie i podeszwa za wysoka... Ale są! Z namaszczeniem bierzesz je do ręki, podnosisz, odwracasz podeszwą do siebie... i zamierasz...
...gdyż są dziesięć razy droższe niż byłabyś w stanie za nie zapłacić.
Wychodzisz zdruzgotana, lecz z silnym postanowieniem, że w takim razie kupisz c o ko l w i e k. Prawdopodobnie będą to trampki typu cichobiegi z sieciówki za cztery dyszki. I co z tego, że po dwóch tygodniach będzie je czuć spaloną oponą, zdechłą myszą i piwnicą Twojej babci. Przynajmniej c o ś kupiłaś.

I nie będzie Ci szkoda ich wyrzucić jak znowu na palcu zrobi się dziura albo pęknie podeszwa. 

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 32: wszyscy jesteśmy m a s o c h i s t a m i

Masochistic Piñata. 
Mnie śmieszy.
Scenka rodzajowa:

Stoimy z Sympatycznym w korytarzu mego rodzinnego domu, szykujemy się do wyjścia. Właściwie to już wychodzimy, bo właśnie zakładamy buty. Zerkam na niego z ukosa, kontroluję czy już. Już. To znaczy niby już, bo niby gotowy, ale jakoś tak patrzy na mnie spode łba jakbym mu dała szlaban na Ligę Mistrzów.
- Co jest? - pytam z nadzieją, że akurat po prostu mina zawiesiła mu się na chwilę w trybie ''albo-stąd-wyjdę-albo-się-porzygam".
Otrząsnął się lekko. Mina przechodzi w tryb "jestem-niewinny-proszę-nie-krzyczeć".
- Nie no, nic przecież. 
Nie ze mną te numery, cwaniaczku.
- No weź, powiedz i wychodzimy. 
Chwilę jeszcze negocjuje, kręci nosem i sam też coś kręci. Zaczynam się bać, w myślach przeprowadzam szybką analizę, czy aby na pewno czegoś nie zbroiłam? Nie no, bez jaj.
- Nie lubię tych butów.
Analizuję co usłyszałam. Generalnie nie mam problemów z rozumieniem ojczystego języka, ale teraz zanim ja zaczaję i zdążę zadać serię pytań pomocniczych, to on już pospieszy z wyjaśnieniem.
- Są brzydkie, nie podobają mi się w ogóle, ale mniejsza z tym. Najgorzej, że ciągle robią Ci krzywdę.
Zamarłam. Chciałam zaprotestować, ale nie dalej niż 10 minut wcześniej obklejałam piętki plastrami na pęcherze. Z kolei nie dalej niż 3 dni wcześniej klęłam siarczyście i przysięgałam, że nigdy więcej ich nie założę.

Tak oto mam wątpliwą przyjemność przedstawić Państwu Buty Udręki.

Prawdopodobnie każdy z nas ma w swojej szafie chociaż jedne takie buty. No dobra, może nie każdy, bo ostatnio kolega ze studiów ogromnie zdziwił się, gdy powiedziałam, że na pewne zbliżające się wesele marzą mi się w y g o d n e buty. Popatrzył na mnie podejrzliwie i spytał:
- A to nie wszystkie buty są wygodne?! 
No cóż, nie wygląda raczej na faceta, który kiedykolwiek miał na nogach szpilki, więc rozumiem, że ta informacja mogła nim wstrząsnąć. Prawda jest jednak brutalna - im buty piękniejsze tym większa szansa, że co najwyżej można w nich stać albo siedzieć. I to też nie dłużej niż dwie godzinki. Być może producentom ta nasza niewygoda nawet się opłaca - wzrasta wówczas szansa, że klientka do pary nowiuśkich przepięknych szpilek przezornie zakupi w tym samym sklepie jeszcze parę balerinek. A jak baleriny również okażą się mordercze to może wróci jeszcze po trampki.

Jednak nieważne ile cierpienia przysporzyły Ci owe buty, gdy ostatnio miałaś je na nogach, prędzej czy później i tak założysz je ponownie. Albo będziesz musiała, bo to taka okazja i wypada, albo będziesz chciała, bo dla piękności trzeba czasami pocierpieć, albo będziesz się łudziła, że na pewno już je rozchodziłaś i tym razem na pewno Cię nie skrzywdzą. Chociaż w głębi duszy wiesz, że wcale nie będzie inaczej niż zwykle i znowu wrócisz do domu na bosaka albo w pożyczonych kapciach.

Nie raz usłyszysz jeszcze: Naprawdę nie rozumiem po co je nosisz! 
I wzruszysz ramionami, bo też nie rozumiesz.
Czyż nie jest to masochizm w najczystszej postaci? 
 A no jest. I co lepsze jest jeszcze wiele innych bardzo codziennych spraw, które regularnie budzą w każdym z nas małego masochistę.

Są na przykład takie myśli... Myśli Terrorystki. Czasami dotyczą spraw ważnych, czasami zwykłych bzdetów, a bywa i tak, że są całkiem urojone. Nieważne jednak jakiego są gabarytu - w chwilach, gdy Cię nachodzą urastają do rangi konfliktu nuklearnego. Co z tego, że jest dobrze, skoro mogłoby być lepiej? A może to kiedyś było lepiej, a teraz wszystko się popsuło? A nawet jeśli jest świetnie to przecież może się popsuć, hę? No właśnie! Nawet nie próbuj się bronić - Myśli Terrorystki są świetnie przygotowane i uzbrojone w cały arsenał irracjonalnych argumentów i bolesnych wspomnień. Wszystko co pomyślisz może zostać użyte przeciwko Tobie.

Ktoś mądry powiedziałby, że nie warto myśleć o rzeczach, na które nie ma się wpływu. Owszem, nie warto. Ale jednak można.

I znowu ktoś Ci powie: Nie wiem dlaczego się tym zadręczasz! 
A Ty westchniesz, bo nie umiesz inaczej.

Czasami ciężko jest orzec, czy pewne zachowania wynikają z czystego masochizmu czy ze zwykłej głupoty. Przecież doskonale zdajesz sobie sprawę, że to piąte piwo może okazać się gwoździem do Twojej trumny; przecież dobrze wiesz, że cały następny dzień będziesz płakać w poduszkę i zaklinać na wszystkie świętości, że to ostatnia taka wpadka w życiu. I co? Zupełnie nic. Właśnie zamówiłeś szóste? O, no pięknie.

A może skusił Cię pierwszy w sezonie upalny dzień i postanowiłaś dać szansę słońcu, oczywiście bez kremu z filtrem, żeby szybciej nabrać kolorków? W sumie ramiona od godziny już palą żywym ogniem i generalnie czujesz się jak skwiercząca skwareczka, ale przecież wytrzymasz. Jeszcze godzinka. No jeszcze pół. Nie ma sprawy, piękna. Miał być złocisty brąz, a wyszła płomienna czerwień? Niebywałe.

A potem ktoś zapyta: I po co Ci to było? 
A Ty przewrócisz oczami pełnymi łez i już będziesz wiedzieć, że zrobisz to jeszcze niejeden raz.
Bo wszyscy tak naprawdę jesteśmy m a s o c h i s t a m i.

sobota, 16 maja 2015

Rozdział 29, a w nim Biuro Rzeczy Zagubionych Nigdy Nieodnalezionych

Jaka Klucha jest każdy chyba już zdążył się przyzwyczaić. Nie trzeba specjalnie dobrze mnie znać, żeby zorientować się, że na drugie mam Chaos, a na trzecie Bałagan. Są po prostu wśród nas ludzie, wokół których magicznym sposobem sam tworzy się najwyższej klasy burdel, nieważne jak mocno starają się nad nim zapanować: jestem jedną z nich. Paradoksalnie w tym szaleństwie jest jakaś metoda i najczęściej dopiero po posprzątaniu mam najpoważniejsze problemy ze zlokalizowaniem pewnych przedmiotów. 

Jakich? 
Okazało się, że istnieje dość ścisły katalog rzeczy, które gubią się ciągle. Z kilkoma wyjątkami, które całe szczęście zdarzają się rzadziej. 

Zacznijmy od czegoś prostego, od czegoś co z pewnością przemknęło Ci przez myśl, gdy tylko przeczytałeś poprzednie zdanie. Zgadłeś? Dokładnie tak. Zacznijmy od skarpetek. Setki naukowców, filozofów i polityków od lat pochylają się nad problemem miliardów skarpetek gubionych rocznie na całym świecie. Czy można podejrzewać tajne służby o masowe kradzieże skarpetek obywateli? Czy możliwe jest istnienie innego wymiaru, do którego trafia co dziesiąta skarpetka wrzucona do pralki? Jak dotąd odpowiedzi nie odnaleziono. Tak samo jak i owych skarpetek. 

Kolejna rzecz to długopisy. Nieważne ile sztuk kupisz na zapas na samym początku roku akademickiego czy szkolnego. Nie ma również znaczenia ile razy powtórzysz znajomym Tu jest napisane WRÓĆ DO MNIE, huehue i ile razy rzeczywiście wróci. Prędzej czy później, a najprawdopodobniej w trakcie jakiegoś egzaminu, okaże się, że w dłoni dzierżysz ostatni, jakimś cudem zachowany na dnie torby, długopis, w którym ostały się ostatnie krople tuszu. A teraz módl się, żeby to był test. 

To samo dzieje się w przypadku gumek i spinek do włosów. Możesz regularnie wykupować zapasy tych artykułów z pobliskiego Rossmanna, chować do kartonów, a ze swojej piwnicy zrobić ich magazyn. Prawdopodobnie i tak nadejdzie moment, gdy staniesz przed trudnym wyborem: Pożyczyć od kogoś gumkę czy powiesić się na własnych włosach w czasie wymagających ćwiczeń na drabinkach? Bo Twoje własne gumki dziwnym trafem zdążyły już znaleźć sobie innych właścicieli. 

Towary deficytowe trzeba mocno dzierżyć w dłoni.
Bardzo smucą mnie także zagubione kolczyki, zwłaszcza, że w uszach posiadam aż sześć dziurek (nie licząc industriala i tragusa w jednym uchu i concha w drugim) i niełatwo jest mi znaleźć aż tyle jako tako do siebie pasujących. Praktycznie przestałam więc nosić jakiekolwiek, tylko od czasu do czasu zdarza mi się na jakiś nadepnąć lub na którymś usiąść, gdyż pojedyncze sztuki lubią znajdować się w bardzo niespodziewanych miejscach.

Niedopasowane.pl -
 portal dla kolczyków poszukujących pary na stałe. 
Z mniej oczywistych rzeczy zagubionych: co najmniej trzy razy w życiu zdarzyło mi się zgubić soczewkę, z czego jedną odnaleziono parę dni później zeschniętą na wiór na podłodze w łazience. Kilka razy soczewka uciekła mi też pod powiekę, ale to chyba nie liczy się jako zgubienie, gdyż: a) w sumie cały czas masz ją przy sobie b) po dłuższych manewrach z gałką oczną można ją odzyskać, nawet bez pomocy osób trzecich.  Jest to o tyle uciążliwe, że przy wadzie -3,5 ciężko funkcjonować cały dzień praktycznie bez oczu; z kolei patrzenie na świat przez jedno oko jest wyjątkowo męczące. No chyba, że jest się piratem, wtedy okej.

Niestety czasami gubią się też nieco większe gabaryty: zarówno jeśli chodzi o rozmiar, wartość materialną czy też gabaryt emocjonalny. Całe szczęście (tfu, tfu, odpukać) omijały mnie do tej pory w życiu historie ze zgubionymi portfelami, telefonami, kluczykami samochodowymi czy dokumentami. Rozpaczałam za to dość długo po stracie ulubionej granatowej marynarki, którą na jakiejś osiemnastce odwiesiłam na krzesło i nigdy więcej już nie zobaczyłam. Marynarka jak marynarka, powiecie i ja nawet się z Wami zgodzę. Ale potem przypomnę sobie jak idealnie była skrojona i jaką miała prześliczną podszewkę w kropeczki. Jeszcze żadna kupiona od tamtej pory jej nie dorównała. Od kilku tygodni nie mogę znaleźć też ulubionej koszulki z wymownym napisem Sorry I was drunk od Shameless. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie! Myślę, że jej zaginięcie może mieć dwa podłoża: albo czas na małe porządki w garderobie albo napis na koszulce mówił sam za siebie.

A Ty, drogi czytelniku, czego bezskutecznie szukasz?

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 28: piekielne doniczki, diabelskie rowery, czyli dlaczego nigdy nie zostanę sportowcem

Wy jeszcze nie wiecie, ale już za moment wszystko stanie się dla Was jasne. 
Ja wiem praktycznie od zawsze, chociaż wielokrotnie usiłowałam oszukać przeznaczenie.
Prawda jest jednak tylko jedna...

Klucha nigdy nie zostanie sportowcem.

Generalnie nie warto ludzi oceniać zbyt pochopnie, więc nawet, gdy w mym pierwszym roku życia jakaś nieco nadgorliwa pani doktor stwierdziła u mnie swego rodzaju niedorozwój dolnych partii układu ruchowego i zaleciła wepchnięcie w plastikowe homonto czy też inne średniowieczne ortopedyczne narzędzie tortur, moi rodzice nie przekreślili z góry mojej sportowej kariery i nieprzesadnie interweniowali, gdy planowałam swoją karierę piłkarki nożnej, tancerki towarzyskiej czy akrobatki. Tata nawet dość chętnie przyłączał się do futbolowych treningów rozgrywanych regularnie między ich małżeńskim łożem, a drzwiami sypialni. Mama nieco mniej chętnie odkurzała potem ziemię ze stłuczonych doniczek. 

O, właśnie. Można powiedzieć, że to właśnie doniczki stały się symbolem początku końca mojej sportowej kariery. Pierwszym dość poważnym znakiem, że nie pisane jest mi życie cyrkowej artystki był pewien wypadek, który wydarzył się w czasie nieoficjalnego treningu na tarasie u babci. Ja miałam pięć lat i wielkie aspiracje. Taras miał fikuśną balustradę i pewną dość istotną wadę - wzdłuż balustrady poustawiane były dziesiątki doniczek z kwiatami. Dla ścisłości: były to głównie kaktusy. Wystarczył jeden nieprzemyślany ruch. Utrata równowagi. Pech chciał, że kolanami trafiłam idealnie w owe kaktusy. Auć. Siedziałam potem na krześle, nóżkami nie dosięgałam nawet do podłogi (co właściwie nie zmieniło się aż po dziś dzień), a tata przez długie minuty, które dłużyły się wtedy jak godziny, wyciągał pęsetą kolce z moich kolan. I tak właśnie umarło marzenie o Klusce-akrobatce.

Kolejny wypadek zdarzył się niewiele później i dziwnym trafem też maczały w tym palce... doniczki. Przyznam się szczerze, że nie pamiętam co dokładnie robiłam tego feralnego dnia, ale prawdopodobnie był to najzwyczajniejszy w świecie trening cardio na jaki może pozwolić sobie kilkuletnie dziecko: mianowicie bieganie tam i z powrotem po schodach. Mama już wtedy miała tendencję do nadmiernego pastowania podłóg i, jak się okazuje, schodów również. Na dodatek, nie wiedzieć czemu normą w naszym domu były wówczas doniczki z kwiatkami porozstawiane na poszczególnych stopniach. Śliskie schody, doniczki pełne ziemi, nadpobudliwe dziecko... To nie mogło skończyć się dobrze! Z gracją, której nie powstydziłby się żaden profesjonalny kaskader, stoczyłam się niczym kulka z samej góry na sam dół, po drodze zgarniając ze sobą większość wspomnianych doniczek. Nie wiem co działo się później, oprócz tego, że bardzo głośno krzyczałam, żeby mama broń Boże nie wrzucała mnie pod prysznic, bo najbardziej bałam się, że z doniczkowej ziemi zrobi się błoto. I tak właśnie zakończyłam karierę biegaczki.


Specjalną kategorię moich sportowych wypadków stanowią wypadki rowerowe, z czego jeden był wyjątkowo znamienny w skutkach, gdyż dzięki niemu byłam jedynym dzieckiem w całym powiecie (a może i na świecie), które szło do komunii z pięknym limo pod okiem. Wprawdzie w zdarzeniu nie uczestniczyły żadne doniczki, za to rzecz działa się w ogródku, a jak wiadomo w ogródku ziemi ogrodowej również nie brakuje! Jeśli planujecie kiedyś, w bliższej lub dalszej przyszłości, posyłać swoje dziecko do komunii (generalnie odradzam, zwłaszcza jeśli nie jesteście zbytnio wierzący, ale to nie o tym dzisiaj mowa) to zapamiętajcie jedną ważną rzecz: nigdy, przenigdy nie pozwalajcie mu wsiadać na rower dzień przed uroczystością. Właściwie dotyczy to wielu innych okazji. Na przykład matury. I wielu innych pojazdów. Na przykład samochodu. W moim przypadku był to jednak rower i to w wyjątkowo pechowej i bolesnej konfiguracji z ... materacem, ogrodową ławką i mną za kierownicą. Co tu dużo mówić, okiem idealnie wpasowałam się w róg ławki. I tak właśnie okazało się, że cyklistką też raczej nie zostanę. 

Wszystkie te wypadki, które zdarzały mi się przez całe dzieciństwo (a te opisane wyżej nie były jedyne, wierzcie lub nie) wyraźnie dawały mi do zrozumienia, że powinnam odpuścić sobie wszelką aktywność fizyczną. Klucha jest jednak uparta i wbrew pozorom szybko zapomina o złych rzeczach - co kończy się najczęściej tym, że po kilka razy popełnia te same błędy i raz na jakiś czas musi sparzyć się na nowo. W ten oto sposób zaliczyłam bardzo bliskie rowerowe spotkanie biodra z barierką na wiadukcie, skręconą kostkę, wybity palec czy też przejażdżkę skuterkiem GOPR-u oraz wizytę w szpitalu po bardzo nieprzyjemnym wypadku na stoku. Pierwsza i ostatnia wyprawa na narty, jak dotąd. Skoro pytacie, narciarką chyba też już nie zostanę.

Klucha z biodrem.
Taka tam pamiątka z wyjazdu.
Za to póki co zostałam blogerką i wydaje mi się, że to wreszcie sport dla mnie... A przynajmniej dość ciężko o kontuzję! 

PS Powstanie tego tekstu również obfitowało w kilka pseudo-sportowych incydentów. Olśnienie spłynęło na mnie w czasie nurkowania we własnej wannie (a jakże!), wyskakując z niej z impetem Kamila Stocha wybijającego się z belki startowej zaliczyłam niemalże łyżwiarski piruet bosą stopą na mokrej podłodze, a następnie puściłam się sprintem do laptopa, prawdopodobnie pobijając swój życiowy rekord prędkości. Ale oczywiście nikt tego nie widział. 

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 27: dlaczego Klucha nie zostanie Waszym prezydentem?

Pozwoliłam sobie pożyczyć Fiołeczka od Sztucznych Fiołków,
bo nic lepiej nie oddaje mojego stanu emocjonalnego
przed niedzielnymi wyborami.
Ugh, wybory. Taki aktualny temat, że prawdopodobnie każdy polski bloger powinien dorzucić swoje trzy grosze. Aktualnie nie mam siły ani nastroju na dogłębną analizę programów poszczególnych kandydatów; nie zamierzam też dzielić się z Wami swoimi preferencjami wyborczymi, co by nie mieszać Wam w głowach, gdyż ja w swojej mam wystarczająco namieszane. Za to zdradzę Wam pewien sekret... 

Kiedyś sama bardzo chciałam zostać prezydentem. Pół dzieciństwa opowiadałam ze szczegółami jak to będę rządzić naszą piękną ojczyzną, jaką to nie będę dumą i chlubą naszego narodu. No i najważniejsze: jako pierwsza kobieta-prezydent w naszym kraju miałam udowodnić, że władza nareszcie trafiła w odpowiednie ręce. Jak widać wciąż mam na to spore szanse, bo póki co nie zanosi się, żeby ktoś miał mnie ubiec, niestety.

W międzyczasie pojawił się jednak inny problem: im stawałam się starsza i im więcej obcowałam z naszą rodzimą polityką, tym bardziej odsuwałam od siebie chęć mieszania się w nią w jakikolwiek sposób. Jeszcze nie tak dawno kiełkowała we mnie myśl o kandydowaniu w wyborach samorządowych: wyrwałam ją z korzeniami, a grunty odrolniłam. Tak oto im bliżej mi do wymaganego 35 roku życia, tym dalej od Pałacu Prezydenckiego i od spełnienia największego marzenia dzieciństwa. 

Pewnie nie zapytacie, ale ja i tak odpowiem: a dlaczego konkretnie nie zostanę Waszym prezydentem? A właśnie dlatego, że... 

Nie umiem kłamać, bo nie lubię. Albo nie lubię, bo nie umiem. W każdym razie byłabym strasznie słaba w przedwyborczych obietnicach i powyborczych konferencjach prasowych, bo przy każdym kłamstwie wybuchałabym szaleńczym śmiechem i przybierała barwę dojrzałego pomidorka. I jeszcze ktoś pomyślałby, że w głębi serca jestem czerwoniutka jak całe SLD albo że skrycie podkochuję się w Leszku Millerze. Albo jedno i drugie.

Nigdy nie wiem co zrobić z rękoma i nie pomagają mi żadne techniki panowania nad ciałem ani kursy z wystąpień publicznych. Nie muszę być nawet specjalnie zdenerwowana - ręce trzęsą mi się praktycznie zawsze, więc aby to ukryć zaczynam gestykulować (niestety raczej nadmiernie i wyglądam wtedy jakbym oganiała się od wyjątkowo uporczywych muszek owocówek). Jedyną skuteczną metodą wydaje się być związywanie rąk z tyłu albo przywiązywanie ich do boków. Ale czy ktoś zaufa prezydentowi w kaftanie bezpieczeństwa? 

Nie do końca panuję nad emocjami i bardzo płynna jest u mnie granica między skrajną depresją a skrajną agresją. Prawdopodobnie moja Lista Polityków, Którzy Zasługują na Mocne Trzepnięcie z Liścia jest dużo dłuższa niż listy Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego razem wzięte. I stale rośnie. Paradoksalnie w parze z niestabilnością emocjonalną występuje u mnie dość duża stabilność poglądów, a to wcale nie ułatwia funkcjonowania na scenie politycznej. 

Nigdy nie marzyłam o karierze w kabarecie i nie lubię robić z siebie pajaca. Nie cierpię też na zaniki pamięci, a nie jestem wystarczająco dobrą aktorką, żeby regularnie udawać, iż nie pamiętam co na ten sam temat mówiłam pół roku wcześniej albo co komu obiecałam w poprzedniej kadencji. 

Są też jeszcze dwa dość prozaiczne powody: żeby zostać prezydentem najpierw trzeba kandydować. A potem jeszcze ktoś musi na Ciebie zagłosować i nie mogą być to tylko Twoi rodzice, znajomi i kilka osób czytających Twojego bloga. 

Bo zagłosowalibyście, prawda? 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 25, a w nim prosty przepis na Kluchę Zadowoloną częściowo pisany wierszem

No dobra, przepis nie do końca pisany wierszem, ale co nieco będzie się rymować. 
Powiem nieskromnie: Klucha to naprawdę nietrudne i niedrogie w utrzymaniu stworzenie. Nie stawia raczej wygórowanych żądań, nie ma zbyt wielkich wymagań sprzętowych i nie potrzebuje wyjątkowo wykwintnego pożywienia. Ze wszystkich przyjaciół człowieka Klucha to najlepszy wybór jeśli zależy Ci na sympatycznym towarzystwie, skrojonym na miarę dowcipie i ciepłym ciałku, do którego zawsze można się przytulić. 

Wprawdzie brzmi to nieco jak ogłoszenie matrymonialne czy inna zanęta; wprawdzie Klucha Leniwa jest tylko jedna i takowej reklamy nie potrzebuje. Być może jednak nie zdajecie sobie sprawy jak wiele innych Klusek żyje wokół Was. I prawdopodobnie nie wiecie też jak łatwo można owe Kluski uszczęśliwić.

Właśnie dlatego postanowiłam ułatwić Wam życie i specjalnie dla Was przygotowałam niezwykle prosty rymowany poradnik. Oto przedstawiam:

Prosty przepis na Kluchę Zadowoloną

Na początek potrzebujesz dwie szklanki miłości, garść cierpliwości, garść wyrozumiałości i szczyptę kreatywności. Nie zaszkodzi kropla umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Inteligencja i/lub poczucie humoru będzie dodatkowym atutem. Całość wymieszaj, a następnie...

Ene due rike fake, przynieś mi słodyczy pakę
Powszechnie wiadomo, że szczęście zaczyna się od 200 kcal. Badania amerykańskich naukowców jednoznacznie potwierdzają, że Kluski osiągają najlepsze wyniki intelektualne po spożyciu odpowiedniej ilości czekolady. 

Ene due rabe, przyjdź do mnie z kebabem
Ci sami naukowcy udowodnili też, że regularne spożywanie kebaba jeszcze żadnej Klusce nigdy nie zaszkodziło. Ba! Zaobserwowano nawet, że już sam brak konieczności samodzielnego przygotowania posiłku znacząco podnosi poziom endorfin u tych osobników. 

Kukuryku, nie budź mnie budziku
Drzemka po posiłku to typowe zachowanie wśród przedstawicieli tego gatunku. Popołudniową drzemkę należy uszanować, zalecane jest również spontaniczne dołączenie się do tej aktywności.

Raz, dwa, trzy... dzisiaj zmywasz Ty! 
Jak wynika z przeprowadzonych badań gatunek ten wykazuje szczególną niechęć do obowiązków domowych, zwłaszcza do zmywania. Jeśli chcesz zobaczyć uśmiech na twarzy swojej Kluchy nie wahaj się ani chwili - pozmywaj. 

Dylu dylu na badylu, nie pal papierosów tylu
Generalnie dbaj o siebie i o swoje zdrówko, bo Kluchy potrzebują kompleksowej i długoletniej współpracy i zainteresowania; często dążą także do prokreacji, więc lepiej, żeby pewne Twoje organy pozostały jak najdłużej sprawne. 

Entliczek pentliczek, magiczny guziczek
Jeśli nie rozumiesz po prostu przejdź dalej i udawaj, że nic się nie stało. Może za parę lat... 

Palec pod budkę, chodźmy na wódkę
Albo lepiej na coś smaczniejszego, większość osobników doceni dobrze schłodzone piwko, średniej klasy winko lub whisky z colą. 

Ence pęce, weź mnie na ręce
Żartowałam. Jak wypadnie Ci dysk albo nabawisz się przepukliny to dopiero będzie. Klusek nie trzeba brać na ręce: wystarczy za ręce albo w ramiona. 

Anse kabanse, nie dla mnie konwenanse
Jak ognia strzeż się zaczynania wypowiedzi od Przecież to nie wypada... Co może Ci wypaść ustaliliśmy już punkt wcześniej. W nagrodę nie musisz za Kluchę płacić w restauracji, za to możesz zostawać na noc, nawet codziennie. Tak, bez ślubu. 

Teraz jeszcze raz wymieszaj wszystko dokładnie. Następnie podgrzej, przelej w słoiczek i dokładnie zawekuj, żeby służyło Ci jeszcze przez wiele kolejnych lat. Raz na jakiś czas powtórz. 
Sam widzisz, nie było aż tak trudno, a nawet jeśli, to chyba szczęście Twojej Kluski wynagrodzi Ci ten wysiłek. Mam nadzieję, że Ty i Twoja Klucha będziecie zadowoleni. 

Misja wykonana.
Za rozstania, kłótnie małżeńskie i zwolnienia z pracy nie odpowiadam.