Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Rozdział 45: mężczyznom (nie) mojego życia

Choć dzisiejszy dzień występuje raczej pod nazwą Dnia Chłopaka, a  i tekst ten wypadałoby raczej zadedykować chłopakom czy wręcz chłopcom mojego życia, to jednak mężczyźni w tytule większe mają szanse na przyciągnięcie tu skromnego grona czytelników niż jakieś chłystki z dziewiczym wąsem.
Tak więc niech sobie ci mężczyźni w tytule zostaną, a o co tu się rozchodzi, opowiem Wam już za chwilę. 
Kochliwa byłam całe życie, nie powiem, że nie. Zazwyczaj nieszczęśliwie, a jakże. A zaczęło się już w przedszkolu, gdy w połowie lekcji angielskiego do sali wpadł chłopiec z młodszej (sic!) grupy, wcisnął mi do ręki pierścionek z zieloną (sic!) biedronką i wybiegł. I tyle go widziałam. 

Potem był kolega z podstawówki, który odmówił mi buziaka w policzek podczas urodzinowej gry w butelkę. Wcześniej przez kilka tygodni jego sylwetkę na zdjęciu klasowym zdobiło koślawe serduszko namazane flamastrem. Po tym incydencie zdrapałam je żyletką. Razem z jego twarzą. 

Bywały też takie etapy, kiedy zaskakująco bardzo lubiłam chodzić do szkoły. Były to zazwyczaj te momenty, w których kochałam się nieszczęśliwie w chłopakach z wyższych klas, a szczytem spełnienia było takie opracowanie trasy szkolnymi korytarzami, aby minąć ich po drodze na kolejną lekcję. Błogosławione niech będą czasy, w których takie rzeczy dawały energię na cały tydzień z góry.

W międzyczasie, co najmniej raz w miesiącu, zdarzały się również pomniejsze romanse z bohaterami książek, filmów, ogólnie pojętego showbiznesu i portali plotkarskich. Tak oto moim ideałem mężczyzny byli kolejno: Pierce Brosnan (łamany na Jamesa Bonda), Lucky Luke, Harry Potter, Keanu Reeves (pół na pół z Neo), Ebi Smolarek i Roger Daltrey. Ten ostatni w pełni atrakcyjny stał się dopiero po sześćdziesiątce i właśnie wtedy moje dziesięcioletnie wówczas serce zapałało do niego szczerym uczuciem.

Jazda bez trzymanki zaczęła się jakoś w gimnazjum. Bunt szedł sobie wtedy ramię w ramię z huśtawką emocjonalną, a obiekty westchnień zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wszystkie tak samo bezsensowne, śmieszne i niewarte tych wszystkich wieczornych smutków, gorzko-słonych łez i zmarnowanego czasu. Nastoletnia ja, nacierpiała się więc za wszystkie czasy, w dodatku na marne, a co gorsza stan ten utrzymywał się jeszcze przez kolejne trzy lata liceum.

Jeśli więc to Ty, drogi zbłąkany czytelniku, masz pecha być teraz zbuntowanym gimnazjalistą lub rozchwianą emocjonalnie licealistką, nie bój nic. Wiem, że od frazesów typu tego kwiatu jest pół światu rozbolały Cię już zatoki i śledziona, a wyświechtanym jak nie ten to następny ulewa Ci się na wszystkie strony, ale i tak spróbuję Cię pocieszyć na swój sposób.
Wiesz co teraz dzieje się z mężczyznami mojego życia?
Dwóch z nich cierpi dziś na otyłość, trzech ma zakola większe niż Zatoka Gdańska, a ostatni po dziś dzień nie opanował podstawowych zasad ortografii. Jeden nie zdał matury, dwóch zostało wyborcami skrajnej prawicy, a zapewne wszyscy pozostali wieczorami w wolnych chwilach hejtują w Internecie. 
W tym pięknym dniu, Dniu Chłopaka, chciałabym więc życzyć wszystkim Panom, a zwłaszcza tym Panom (nie) mojego życia, wszystkiego co najlepsze. Dziękuję Wam z całego serca, że nigdy nic z tego nie wyszło, że nie byliście i już nie będziecie. Bo a nuż marnowałabym właśnie życie u boku kogoś, kto ostatnią książkę czytał w podstawówce, a synowi dałby na imię Natan.
A drogim Paniom życzę samych dobrych i s y m p a t y c z n y c h chłopców, choćby i z nałogami.

piątek, 31 lipca 2015

Odcinek 38: mój facet jest kimś więcej


Studentem, lekarzem, kosmitą, kochankiem Twojej babci, nauczycielem salsy czy przyjacielem Madonny? Co tak naprawdę wiesz o swoim facecie? Kim więcej jest Twój Facet? Oczywiście oprócz bycia Twoim Facetem. 
Ależ oczywiście, kochanie. Twój Facet jest dla Ciebie przede wszystkim Twoim Facetem i generalnie w tej roli powinien zawierać się też cały szereg pomniejszych funkcji i zastosowań. Przede wszystkim to jednak nie to samo co tylko i wyłącznie. Przyrządź więc sobie odchudzający koktajl z selera, wytnij skórki, trzaśnij maseczkę poprawiającą koloryt skóry, usiądź wygodnie na taborecie we wnęce kuchennej i odpowiedz sobie na zajebiście ważne pytanie: 
Kim więcej jest dla Ciebie Twój Facet? 
A jeśli nie jesteś  do końca pewna jak się do tego zabrać, to pozwól, że Ci pomogę. Bo ja już wiem, że Mój Facet jest kimś więcej niż tylko Moim Facetem. 

Big Brother
Tak się jakoś życie potoczyło, że urodziłam się jako pierwsze dziecko w rodzinie. Szanse posiadania starszego rodzeństwa były więc bliskie zera i jak dotąd nie wyszła na jaw żadna rodzinna tajemnica o moim zaginionym starszym bracie czy nieślubnej starszej siostrze. Zawsze jednak zazdrościłam trochę koleżankom, które od dzieciństwa miały dostęp do wiedzy szkolnej, psychologicznej, anatomicznej czy sportowej, zawsze z pierwszej ręki. Jako dodatkowa zaleta jawiła mi się też możliwość przebywania ze znajomymi (nie oszukujmy się, zwłaszcza kolegami) owego starszego rodzeństwa, chociaż nie powiem, sama nie raz skorzystałam z uprzejmości i zaproszeń koleżanek i stąd wzięła się też moja znajomość z Sympatycznym. 

W każdym razie, może właśnie przez wzgląd na naszą nieco specyficzną na początku relację i delikatną różnicę wieku, czasami mam wrażenie, że Mój Facet jest nie tylko Moim Facetem, ale bywa także starszym bratem. Tak oto w wieku lat dwudziestu po raz pierwszy łowiłam ryby, nauczyłam się grać w karty, dowiedziałam się dlaczego mężczyźni jednak czasami siadają do sikania i odkryłam dlaczego po powrocie z boiska skarpetki albo wyrzuca się na balkon albo wyrzuca się w ogóle. Nigdy wcześniej nie miałam też okazji tak regularnie uczestniczyć w bitwach na poduszki i walkach na łaskotanie, jak dzieci!

Teraz pozostaje tylko nie stać się upierdliwą młodszą siostrą. I nie skarżyć na siebie rodzicom.

MasterChef
Jakoś mniej więcej do zeszłego miesiąca pozostawianie mnie samej w kuchni było posunięciem delikatnie mówiąc ryzykownym, a i teraz, choć staram się i oswajam ze środowiskiem kuchennym, wiele w mojej kulinarnej wiedzy braków i nieścisłości. Gdy jednak nachodzi mnie jakaś wątpliwość, na przykład: czy ten ogonek w tym warzywku to w ogóle jest jadalny?, wtedy wiem, że zawsze mogę wykonać jeden telefon i skonsultować się z bardzo sympatycznym specjalistą... 

Sympatyczny z Nałogami to bowiem kucharz-samouk pierwszej klasy i posiada dwie cechy, których mi w kuchni brakuje najbardziej: doświadczenia i intuicji. Ryba w porach? Jasne, choćby jutro. Polędwiczki w pieprzu? Nie ma sprawy, skoczysz po folię? Zostały nam truskawki? Zrobimy kompot i dżem. Tak więc do pewnego momentu to on zajmował się wyżywieniem naszej nie-rodziny, a mi w udziale przypadała rola plączącej się pod nogami asystentki, której można było zlecić wyciśnięcie czosnku albo obranie ziemniaków. 

Wprawdzie ostatnio to głównie ja gotuję, ale nie zamierzam zapomnieć o tym sympatycznym talencie kulinarnym. W końcu jeszcze nie wiadomo czy któreś i które z nas nie zostanie kiedyś kurą/kurem domowym! 

Trust him, he's an Engineer
Jak już jesteśmy przy rzeczach, do których ja ze względów bezpieczeństwa staram się nie dotykać, to warto wspomnieć o wszelkiego rodzaju urządzeniach i konstrukcjach, których obsługa wymaga chociaż minimalnej znajomości zasad fizyki czy matematyki. Ale spokojna głowa, póki co niczego sama nie muszę składać, podłączać ani programować, gdyż pod ręką mam dyplomowanego inżyniera. A wiecie kto to jest inżynier? To taki człowiek, który z kawałka sznurka, drutu, deski do krojenia i dwóch ołówków skręci Ci półkę, a z poduszki, gwoździa, taśmy klejącej i miksera zrobi Ci fotel do masażu.


Best Friend
Brzmi trochę nędznie i oklepanie, jak żywcem wyjęte z poradnika dla nowożeńców: Twój partner Twoim najlepszym przyjacielem, ale jest to życiowa prawda, której powinni uczyć w każdym gimnazjum, zamiast twierdzenia Pitagorasa i metody kalendarzykowej:
Nie da się stworzyć udanego związku z kimś, kogo się nie lubi.
Nawet jeśli się go szalenie kocha.
Przemyśl dobrze to, co właśnie przeczytałeś/przeczytałaś. I przyznaj mi rację, byle szybko. 
Tak czy siak, ja tam swojego Sympatycznego z Nałogami lubię. Nawet bardzo. Może wręcz za bardzo. Prowadzi to bowiem czasami do sytuacji patowych. Dlaczego? 

Na przykład dlatego, że nie możemy się jak normalna zdrowa para pokłócić. To znaczy możemy, jasne, że tak. Tylko, że po pięciu minutach od strzelenia modelowego focha pierwsze, co mam ochotę zrobić to opowiedzieć o wszystkim i pożalić się... Sympatycznemu. Staję więc przed ciężkim wyborem pomiędzy byciem konsekwentną i upartą, a byciem przytuloną i podrapaną po pleckach na zgodę. Zgadnijcie, co zazwyczaj wybieram.


W sumie żalenie się Sympatycznemu na Sympatycznego bywa zabawne, trochę jakby było ich dwóch. Czasami jednak zastanawiam się, co by było, gdyby wywinął mi jakiś poważny numer. Bo chyba dość ciężko w takiej sytuacji jednocześnie skarżyć się, wypłakiwać w ramię, pytać o radę i gołymi rękami dusić delikwenta?

Tak jak prawdziwi BFF czy inne bae, mamy też cały komplet swoich własnych powiedzonek i gier, których zasady rozumiemy tylko my. Zdecydowanie moją ulubioną jest....

 Znajdź lokal na wesele, którego nigdy nie będzie 
Już zaraz wyjaśnię co to za zabawa, bo dlaczego wesela nie będzie powinniście już wiedzieć stąd. 

Gra ta polega więc na tym, że przemieszczając się po naszym pięknym kraju, niezależnie od środka transportu, wypatrujemy po drodze najbardziej kusząco-absurdalno-nonsensownych miejsc, w których można zorganizować wesele. Bywają to hotele w stylu jedno oko na rococo, drugie oko na Maroko, ośrodki wypoczynkowe pamiętające wczesnego Gierka, zajazdy dla tirowców i baraki pod dumnym szyldem Sala bankietowa. Crème de la crème polskiej architektury i gastronomii, uwierzcie mi. 

Od wielu miesięcy moim faworytem był zajazd Bąk położony tuż na skraju sękocińskiego lasu. Już nazwa mówi sama za siebie, a przecież któż by nie chciał spędzać najpiękniejszego wieczoru i nocy swego życia 15 metrów od trasy E77, gdzieś w 1/5 drogi między Warszawą, a Radomiem. Ostatnio zaintrygował mnie jednak szyld domu weselnego Orient i w poszukiwaniu egzotycznych wrażeń zawędrowałam na stronę internetową tego przybytku rozkoszy. Po zapoznaniu się z ofertą i wstępnym porównaniu zdjęć muszę przyznać, że Bąk został właśnie zdetronizowany. 

Naprawdę fajnie się tak razem bawić! Razem nie wolno się nudzić. 
No to tak to mniej więcej wygląda, moja droga. A teraz Ty odpowiedz sobie na to pytanie, kimże do cholery jest Twój Facet? Oby tylko nie okazał się psychopatą, neonazistą albo księdzem prowadzącym podwójne życie. Nie musi być też księciem Williamem, gwiazdą rocka ani wykwalifikowanym masażystą. Chociaż mógłby.

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 37: jak się odtruć po weselu?


Wbrew pozorom nie będzie to poradnik 999 sposobów na kaca, ani też kompendium wiedzy o zatruciach pokarmowych. Albowiem prawda jest taka, że kaca łatwo jest zapić wodą z polopiryną, a zatrucie pokarmowe - coca-colą. Oba może też dość skutecznie przespać. Są jednak w życiu człowieka takie wydarzenia, które odciskają rozgrzane do czerwoności piętno na  Twoim ciele i umyśle, sercu i żołądku, nogach i duszy...
Wesela.
Dla jednych melanż totalny, dla innych totalna klapa. Jednym w duszy gra disco-polo i rozstrojony akordeon, innym więdną uszy. Jedno jest pewne: ciężko mieć do wesel obojętny stosunek; wesela się albo kocha albo nienawidzi. Albo przechodzi się płynnie, wraz z płynącą wódką, od jednej skrajności w skrajność. Ale załóżmy, że póki co...
Jest czwartek.
 Spacerujemy wieczorem, kupuję w Biedrze kaktusa, jemy kwaśne lody. Wciąż jestem spokojna, wciąż mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Odczuwam nawet lekkie zniecierpliwienie.
- Chyba nawet mam ochotę tam iść - mówię z pełnym przekonaniem do Sympatycznego. Ładnie mu będzie w granatowym garniturze, tak ładnie, że sama bym się mogła chajtnąć, a co mi tam. On nie podziela chyba jednak mojego entuzjazmu, ale jak to mówią mus to mus. A smoothie to smoothie. On nie drąży tematu, ja wręcz przeciwnie.
- Ale wiesz dlaczego? Bo to jest świetna, idealna, jedyna taka okazja, żeby się bezkarnie wypindrzyć!
On się śmieje, ja się śmieję. Oboje wiemy, że to prawda. Oboje jeszcze nie wiemy, że to wszystko na nic i że nie warto.
Jest sobota.
Bezkarnie wypindrzona czekam, trochę jak Penelopa na Odyseusza, trochę jak klient w smażalni ryb, czekający aż wreszcie go ktoś obsłuży. Jeszcze nie wiem, że tak to będzie wyglądać przez całą noc. Tutaj warto zrobić drobną przerwę na pierwszą z dobrych rad (a właściwie drugą, bo pierwsza brzmi po prostu: Nie idź tam), których mogę Ci udzielić jeśli listonosz właśnie przyniósł Ci pięknie ozdobioną złotą wstążką i papierowymi gołębiami kartę z zaproszeniem na ślub: Nie idź tam jeśli Twojej drugiej połówce przypadło na tej imprezie świadkować. Serio, wykręć się zapaleniem ucha, porodem sąsiadki, złamaną nogą, remontem u babci... Naprawdę nie wiem czy można na weselu trafić bardziej niewdzięczną rolę niż osoba towarzysząca świadka lub świadkowej. Zwłaszcza jeśli się na tym weselu (prawie) nikogo nie zna.

No dobra, załóżmy, że jednak poszłaś. Wprawdzie (prawie) nikogo nie znasz, ale jak świat światem wiadomo, że nic tak nie zbliża ludzi jak wspólne biesiadowanie. Nieśmiało zagajasz więc do siedzących obok osób, wznosicie razem kilka toastów i przynajmniej przez kilkanaście minut masz do kogo gębę otworzyć. Musisz jednak pamiętać, że możesz trafić na zaprawionych w bojach zawodników, a z takimi nie warto się ścigać. Trochę wypić jednak trzeba, gdyż w alkoholu doskonale rozpuszczają się krytycyzm i zażenowanie. Niestety to też tylko do czasu...
Jest północ.
A właściwie jakieś okolice północy, gdzieś mniej więcej w połowie całego zamieszania. Goście już najedzeni i odpowiednio nastrojeni. Można nawiązywać nowe znajomości, czas leci jakby trochę szybciej. Stoję na tarasie, zawiązuje się kółeczko konwersacyjne pod przewodnictwem Kumpla Pana Młodego (to taki człowiek, który całe życie marzył o zostaniu świadkiem, a tu klops, ale to nie przeszkadza mu  uważać się za czwartą czy piątą najważniejszą osobę na tym weselu). Rozmowa schodzi na temat grającej właśnie kapeli i szeroko pojętej oprawy muzycznej całego tego przedsięwzięcia. Wiję się jak Duda i Komorowski unikający konkretnych odpowiedzi na pytania w czasie debaty prezydenckiej, gdyż nie za bardzo chcę się wychylać ze swoją opinią na ten temat.
- Słabo trochę, nie? - wyrywa się nagle Kumpel Pana Młodego i rośnie w moich oczach jak magiczna fasola Jasia Fasoli. Boże, bratnia dusza, rozpływam się, mam ochotę bić brawo, wreszcie ktoś! Przytakuję jak szalona, czekam na więcej.
- Mogliby zagrać coś takiego starszego! - mówi, a ja naliczam mu kolejne punkty chwały.
- Jakiegoś rock'n'rolla, nie? - pytam pełna nadziei z uśmiechem na pół twarzy.
- Nie no...
On coś kręci, ja zamieram.
-... raczej coś takiego normalnego. Żeby się przeszli z akordeonem i rozruszali towarzystwo przy stołach! Na lewo, na prawo, w górę i w dół... Hehehe.

Hehehe. Nie. 
Jest siódma rano.
 I'm still standing
Yeah
Yeah
Yeah

Niby still standing, ale właściwie to bardziej sitting, do tego też ledwo ledwo. Od co najmniej 5 godzin marzę o prysznicu i wygodnym łóżeczku, chociaż właściwie może być samo łóżeczko i to nawet całkiem niewygodne, byle było. A tu wciąż końca imprezy nie widać. Wprawdzie Pan Młody już przebiera nogami, bo chciałby zebrać ze stołów trochę szamy na poprawiny, Panna Młoda drzemie w kąciku, bo od dwóch dni nie spała w ogóle, świadkowie wraz z rodzicami krzątają się po sali i znoszą jakieś fanty do samochodu...a Tamci siedzą i siedzą. Kim są Tamci? Właściwie nie do końca wiadomo, ani to rodzina, ani bliscy znajomi, jakoś tak wyszło, że skoro trzeba było zaprosić Jowitę, która jest daleką kuzynką przyjaciółki matki Panny Młodej, to koniecznie też jej brata, a jak jej brata to również męża siostry jego ojca, Mariana co wódki nie odmawia, huehue. Tak czy siak, kimże by nie byli, za punkt honoru wzięli sobie wytrwanie do samego końca, a później zorientowali się, że to od nich zależy, kiedy też on nastąpi. I tak siedzą i siedzą. Jest siódma rano. Mam ochotę do nich podejść i własnoręcznie udusić, ale nie jest to możliwe, gdyż nie mogę nawet podnieść się z krzesła, bo całkiem już odcięło mi nogi... ze zmęczenia oczywiście.
Znowu jest czwartek.
Od wesela minął już prawie tydzień, a ja wciąż nie do końca doszłam do siebie. Obyło się bez kaca giganta i bolesnych pęcherzy na stopach, nie podarłam sukienki, nie złapałam welonu (rada numer trzy: Gdy jakoś koło północy w powietrzu zacznie być wyczuwalny swąd o c z e p i n - wiej, biegnij ile sił w nogach, zamknij się w toalecie), nie zatrułam się salmonellą i nie roztrzaskałam talerza o głowę Wodzireja gorąco zachęcającego świadków do pierwszego pocałunku (oczywiście między sobą i najlepiej z języczkiem). Może jestem nudna, może zblazowana, może zmanierowana... Ale najnormalniej w świecie czuję się zbrukana i (trochę na siłę) wytarzana w disco-polo, nóżkach w galarecie, ciepłej wódce, rozstrojonym akordeonie, cekinach, wąsatych Januszach i spoconych Halinach... albo na odwrót.

Bardzo chciałam, żeby ten tekst miał jakieś zabawne podsumowanie, lekko uszczypliwą puentę czy mądry morał. Niestety w trakcie pisania i wspominania opuściły mnie wszelkie siły witalne, a w mojej głowie znów zawitał smutek... poza tym o czym tu dalej gadać. Wesele mnie otruło. Zatruło moje uszy, oczy, wątrobę i serduszko. Teraz pozostaje tylko znaleźć jakąś odtrutkę. Jest jednak jedna bardzo duża zaleta tego wszystkiego: zgodnie z Sympatycznym nie mamy już złudzeń, że nigdy sobie takiej przyjemności nie zafundujemy.

A zamiast podsumowania zostawię Wam tylko to:
 

niedziela, 12 lipca 2015

Odcinek 35: jak zostałam Kluchą Domową

Tak wygląda w pełni wyposażona i przygotowana
do wykonywania prac domowych Klucha Domowa.
Siedziałam wczoraj w fotelu popijając koktajl z truskawek (bo przecież nie trzecią tego dnia kawę, bo jestem już duża i wiem, że kawa szkodzi i kubka z trzecią mogłabym nie móc utrzymać w dłoniach, z powodu deficytu chronicznie wypłukiwanego z organizmu magnezu), zastanawiałam się co zrobić w poniedziałek na obiad i o której wstać i pójść do warzywniaka, żeby wyrobić się ze wszystkim zanim Sympatyczny wróci z pracy, czekałam akurat na znajomych, którzy lada moment mieli wpaść w odwiedziny z Małym, który za chwilę skończy rok i wcale już nie jest taki mały... i nagle poczułam się strasznie zdziwiona. Nie stara, nie zmęczona, nie dorosła, nie znudzona. 
Po prostu zdziwiona.
 Nie idę na melanż, bo jestem już w piżamce
A jak już idę to wcześnie wracam, żeby w piżamkę szybko wskoczyć.

Dzień wcześniej pojechałam na imprezę, zaczynała się o 20, w sumie to dobra pora, gdy połowa zaproszonych musi najpierw wydostać się z pracy, a potem z Warszawy, a wierzcie mi, piątkowe popołudnie to nigdy nie jest dobry moment na wyjazd z dużego miasta, zwłaszcza, gdy na weekend zapowiadają całkiem niezłą pogodę. Przed imprezą wizyta w sklepie:
- Co pijecie? - pytam, gdyż słaba jestem w podejmowaniu nawet najprostszych decyzji i szukam jakiejś inspiracji.
- Chyba jakieś wino.
Przeprowadzam w głowie ekspresowy rachunek zysków i strat i już wiem, że wino odpada, bo po winach z tej półki, na które aktualnie mnie stać, zawsze boli głowa, a przecież szkoda tracić sobotę na bezsensownego kacura. 

Ze sklepu wychodzę z dwiema butelkami cydru i owocowym napojem piwopodobnym. Później okaże się, że i tak przeceniłam swoje możliwości: pół drugiej butelki pozostaje nietknięte, tak samo jak i to prawie-piwo, które zostawiam w lodówce gospodyni imprezy na pamiątkę. Kolega pyta zachęcająco, czy nie napiję się z nim wódeczki.
- No dawaj, chociaż po jednym, zdrowie gospodyni! 
Ale równie dobrze mógłby proponować mi wypicie szklaneczki wody z solą albo benzyny, bo po wódce to tylko albo się porzygać albo od razu umrzeć. Przypominam sobie jak jako młoda siksa wpadałam gdzieś spóźniona na imprezę i za karę bez większego sprzeciwu wypijałam na raz karniaczka o pojemności małego plastikowego kubeczka. Młoda, głupia. Zajęło mi kilka lat, żeby wreszcie zrozumieć, że jak już człowiek chce się napić to może napić się czegoś od czego nie wykrzywia twarzy we wszystkie strony i czego nie musi od razu przepijać pierwszą rzeczą jaką ma pod ręką, choćby był to olej kujawski. 

Zostawmy jednak te bolesne wspomnienia szczenięcych lat. Fakt faktem, odmawiam koledze raz a stanowczo, co on podsumowuje pełnym dezaprobaty: 
- Rany, co się z Tobą stało?
Nie umiem odpowiedzieć, ale też nie za bardzo mam ochotę, bo jest już po 23 i ewidentnie chce mi się spać. Wykorzystuję więc pierwszą lepszą okazję, gdy któryś z kierowców postanawia wracać i zwijam się do domu. Wynik jest niezły: jest wpół do pierwszej, a ja leżę w swoim łóżeczku.

Ciepłe obiadki, a do pracy kanapki
Czyli co może się zdarzyć, gdy Klucha robi w kuchni coś więcej niż herbatę? 

W kręgach moich znajomych do tej pory jestem znana jako wybitnej klasy antytalent kulinarny. Tylko ja potrafię skroić kilogram cebuli na krążki cebulowe w poprzek i twierdzić, że pół- i ćwierć-krążki też będą super. Tylko ja mogę zmieszać jajko z bułką tartą w jednej misce i dziwić się, że tak przygotowana panierka nie lepi się do kotleta. Kiedy więc ogłosiłam, że z okazji tak długich wakacji zamierzam podjąć rozpaczliwą próbę nauki gotowania, wiele osób uśmiechnęło się pod nosem. Bo wiecie, dosypywanie własnego zestawu przypraw do mrożonej pizzy jednak nie liczy się jako gotowanie (chociaż Sympatyczny śmieje się, że jest dumny, że z każdym tygodniem trwania naszego związku w mojej kuchni przybywa przypraw, gdyż na początku naszej znajomości miałam w szafce tylko sól, pieprz i przeterminowanego gyrosa), tak samo jak dodawanie szynki i cebuli do jajecznicy, chociaż jest to już jakiś krok w dobrą stronę. 

Na pierwszy ogień poszło Kaszotto z kurczakiem i botwinką, głównie dlatego, że słowo kaszotto urzekło mnie od pierwszego przeczytania i przegoniło pianotwory w moim tegorocznym rankingu słów. Jakby nie patrzeć było to jednak dość ryzykowne, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się gotować kaszy, a na dodatek botwinkę pierwszy raz na oczy zobaczyłam, stojąc tego dnia w kolejce w warzywniaku. Wszystko wyszło zaskakująco dobrze, więc tylko zachęciło mnie do dalszych eksperymentów.

Przygotowanie kaszotto to bardzo kolorowy proces.
Kasza zagościła więc w jadłospisie Kluchy i Sympatycznego na stałe - polecamy kaszę jaglaną z kurczakiem curry i brokułami, a także stołówkowy klasyk (przynajmniej mi to danie kojarzy się ze szkolnymi obiadami, chociaż nigdy na żadne nie chodziłam) czyli kasza gryczana z gulaszem. 

Gotowanie obiadków powoli wchodzi mi więc w krew, tak samo jak wstawanie razem z Sympatycznym o 6 rano (chociaż wcale nie muszę, więc to na pewno miłość) i robienie mu kanapek do pracy. 

A jak to w życiu bywa, najlepsze rzeczy zawsze zdarzają się przypadkiem. I tak było również z daniem, z którego w ostatnich tygodniach byłam najbardziej dumna. Tak dumna, że aż Wam się pochwalę, że właściwie było to danie zaimprowizowane i wreszcie nie trzymałam się kurczowo wytycznych jakiegoś internetowego przepisu. 
Kabaczek nadziewany gyrosem
Dostań od mamy dwa kabaczki i zacznij kombinować, które produkty znajdujące się w Twojej kuchni mogą stworzyć z nimi jakąś jadalną potrawę. Znajdź w szafce niedawno zakupione opakowanie przyprawy gyros, a z zamrażalki wyciągnij pierś z kurczaka, tylko zrób to odpowiednio wcześniej, chyba że niestraszne Ci krojenie w kostkę zamrożonego. Rozmrożonego i pokrojonego kurczaka obsyp przyprawą, jeśli nie chcesz brudzić dodatkowego naczynia, bo tak samo jak ja nie cierpisz zmywania to zrób to bezpośrednio na patelni. Dodaj pokrojoną w kostkę cebulę, oczywiście jeśli wcześniej użyłaś wodoodpornego tuszu do rzęs. Przekrój kabaczki na pół i łyżeczką wyjmij miąższ. Posmaruj kabaczka sosem czosnkowym (ja preferuję taki majonezowy, odrobinę rozcieńczony wodą: uhmmm, jak pysznie i kalorycznie), nadziewaj kurczakiem z cebulką, posyp serem i wstaw do piekarnika na mniej więcej tyle ile trwa jeden odcinek Mietczyńskiego, czyli coś około 20 minut. 

Tadam, smacznego. Niechaj zachęci Was fakt, że po tym właśnie obiadku Sympatyczny powiedział, iż od teraz będzie to chyba jego ulubione danie. Chociaż on po prostu ceni sobie wszystko co zawiera w sobie cebulę, choćby był to syrop na kaszel. 

Tęczowa propaganda na deser? A jaka smaczna!
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Jak będę duża to zostanę freelancerką.

Właściwie to chyba już większa nie będę, więc nie ma na co czekać! Tak pomyślałam i tak też zrobiłam. Wakacje mijają mi więc pod znakiem tłumaczenia artykułów o grzybicy stóp i naturalnych sposobach na żylaki, na szczęście wszystkie te dolegliwości towarzyszą mi póki co tylko z ekranu komputera, do tego w zaciszu własnego mieszkania. 

(Już) nie marzy mi się etat w międzynarodowej korporacji, ani 8 do 12 godzin w klimatyzowanym biurowcu. Strasznie fajnie jest rzucić tłumaczenie w połowie, żeby wyskoczyć do sklepu i przejść się leniwie po jakimś straganie. Nawet jeśli zaraz po powrocie musisz to samo tłumaczenie dokończyć, jedną ręką obierając ziemniaki, a drugą mieszając sos. W przyszłości być może zaangażuję jeszcze jedną nogę do kołysania dziecka, a drugą do telefonicznego kontaktu z klientami. Multitasking brzmi tak pociągająco! 
Myślałam o tym wszystkim, a cały czas siedziałam w fotelu siorbiąc ten lekko kwaśny koktajl z truskawek.
 I cały czas byłam trochę zdziwiona. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że od imprez do rana będę wolała popołudniowe spacery, a od wejściówki do klubu bardziej ucieszy mnie świeży szpinak, to chyba mocno popukałabym się w głowę. Nie smuci mnie to, nie martwi, nie dziwi mnie nawet fakt, że tak się stało. Zdziwiłam się tylko tym, że to tak szybko. 

PS Ale w razie jakby ktoś pomyślał, że już do reszty zdziadziałam to zapewniam, że nadal cenię sobie whisky z colą, zimne piwo, kebaba i dobrą muzykę i oprócz wszystkich tych dziwnych rzeczy, które robię ostatnio, a opisałam powyżej, to od miesiąca jestem wokalistką pewnego rockowego zespołu. Może kiedyś się pochwalę! 

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 32: wszyscy jesteśmy m a s o c h i s t a m i

Masochistic Piñata. 
Mnie śmieszy.
Scenka rodzajowa:

Stoimy z Sympatycznym w korytarzu mego rodzinnego domu, szykujemy się do wyjścia. Właściwie to już wychodzimy, bo właśnie zakładamy buty. Zerkam na niego z ukosa, kontroluję czy już. Już. To znaczy niby już, bo niby gotowy, ale jakoś tak patrzy na mnie spode łba jakbym mu dała szlaban na Ligę Mistrzów.
- Co jest? - pytam z nadzieją, że akurat po prostu mina zawiesiła mu się na chwilę w trybie ''albo-stąd-wyjdę-albo-się-porzygam".
Otrząsnął się lekko. Mina przechodzi w tryb "jestem-niewinny-proszę-nie-krzyczeć".
- Nie no, nic przecież. 
Nie ze mną te numery, cwaniaczku.
- No weź, powiedz i wychodzimy. 
Chwilę jeszcze negocjuje, kręci nosem i sam też coś kręci. Zaczynam się bać, w myślach przeprowadzam szybką analizę, czy aby na pewno czegoś nie zbroiłam? Nie no, bez jaj.
- Nie lubię tych butów.
Analizuję co usłyszałam. Generalnie nie mam problemów z rozumieniem ojczystego języka, ale teraz zanim ja zaczaję i zdążę zadać serię pytań pomocniczych, to on już pospieszy z wyjaśnieniem.
- Są brzydkie, nie podobają mi się w ogóle, ale mniejsza z tym. Najgorzej, że ciągle robią Ci krzywdę.
Zamarłam. Chciałam zaprotestować, ale nie dalej niż 10 minut wcześniej obklejałam piętki plastrami na pęcherze. Z kolei nie dalej niż 3 dni wcześniej klęłam siarczyście i przysięgałam, że nigdy więcej ich nie założę.

Tak oto mam wątpliwą przyjemność przedstawić Państwu Buty Udręki.

Prawdopodobnie każdy z nas ma w swojej szafie chociaż jedne takie buty. No dobra, może nie każdy, bo ostatnio kolega ze studiów ogromnie zdziwił się, gdy powiedziałam, że na pewne zbliżające się wesele marzą mi się w y g o d n e buty. Popatrzył na mnie podejrzliwie i spytał:
- A to nie wszystkie buty są wygodne?! 
No cóż, nie wygląda raczej na faceta, który kiedykolwiek miał na nogach szpilki, więc rozumiem, że ta informacja mogła nim wstrząsnąć. Prawda jest jednak brutalna - im buty piękniejsze tym większa szansa, że co najwyżej można w nich stać albo siedzieć. I to też nie dłużej niż dwie godzinki. Być może producentom ta nasza niewygoda nawet się opłaca - wzrasta wówczas szansa, że klientka do pary nowiuśkich przepięknych szpilek przezornie zakupi w tym samym sklepie jeszcze parę balerinek. A jak baleriny również okażą się mordercze to może wróci jeszcze po trampki.

Jednak nieważne ile cierpienia przysporzyły Ci owe buty, gdy ostatnio miałaś je na nogach, prędzej czy później i tak założysz je ponownie. Albo będziesz musiała, bo to taka okazja i wypada, albo będziesz chciała, bo dla piękności trzeba czasami pocierpieć, albo będziesz się łudziła, że na pewno już je rozchodziłaś i tym razem na pewno Cię nie skrzywdzą. Chociaż w głębi duszy wiesz, że wcale nie będzie inaczej niż zwykle i znowu wrócisz do domu na bosaka albo w pożyczonych kapciach.

Nie raz usłyszysz jeszcze: Naprawdę nie rozumiem po co je nosisz! 
I wzruszysz ramionami, bo też nie rozumiesz.
Czyż nie jest to masochizm w najczystszej postaci? 
 A no jest. I co lepsze jest jeszcze wiele innych bardzo codziennych spraw, które regularnie budzą w każdym z nas małego masochistę.

Są na przykład takie myśli... Myśli Terrorystki. Czasami dotyczą spraw ważnych, czasami zwykłych bzdetów, a bywa i tak, że są całkiem urojone. Nieważne jednak jakiego są gabarytu - w chwilach, gdy Cię nachodzą urastają do rangi konfliktu nuklearnego. Co z tego, że jest dobrze, skoro mogłoby być lepiej? A może to kiedyś było lepiej, a teraz wszystko się popsuło? A nawet jeśli jest świetnie to przecież może się popsuć, hę? No właśnie! Nawet nie próbuj się bronić - Myśli Terrorystki są świetnie przygotowane i uzbrojone w cały arsenał irracjonalnych argumentów i bolesnych wspomnień. Wszystko co pomyślisz może zostać użyte przeciwko Tobie.

Ktoś mądry powiedziałby, że nie warto myśleć o rzeczach, na które nie ma się wpływu. Owszem, nie warto. Ale jednak można.

I znowu ktoś Ci powie: Nie wiem dlaczego się tym zadręczasz! 
A Ty westchniesz, bo nie umiesz inaczej.

Czasami ciężko jest orzec, czy pewne zachowania wynikają z czystego masochizmu czy ze zwykłej głupoty. Przecież doskonale zdajesz sobie sprawę, że to piąte piwo może okazać się gwoździem do Twojej trumny; przecież dobrze wiesz, że cały następny dzień będziesz płakać w poduszkę i zaklinać na wszystkie świętości, że to ostatnia taka wpadka w życiu. I co? Zupełnie nic. Właśnie zamówiłeś szóste? O, no pięknie.

A może skusił Cię pierwszy w sezonie upalny dzień i postanowiłaś dać szansę słońcu, oczywiście bez kremu z filtrem, żeby szybciej nabrać kolorków? W sumie ramiona od godziny już palą żywym ogniem i generalnie czujesz się jak skwiercząca skwareczka, ale przecież wytrzymasz. Jeszcze godzinka. No jeszcze pół. Nie ma sprawy, piękna. Miał być złocisty brąz, a wyszła płomienna czerwień? Niebywałe.

A potem ktoś zapyta: I po co Ci to było? 
A Ty przewrócisz oczami pełnymi łez i już będziesz wiedzieć, że zrobisz to jeszcze niejeden raz.
Bo wszyscy tak naprawdę jesteśmy m a s o c h i s t a m i.

wtorek, 26 maja 2015

Odcinek 31: dlaczego Twój facet ucieka z krzykiem, gdy proponujesz mu wspólne mieszkanie

*Partner czy partnerka, konkubent czy narzeczona... Albo ktokolwiek inny z kim planujesz wspólną przyszłość lub względnie regularnie lądujesz w łóżku. 

Masz te swoje dwadzieścia, a może nawet trzydzieści kilka lat. W związku od jakiegoś roku, może nawet trzech. I nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na Ciebie pewna myśl:

A może by tak razem zamieszkać? 

Szybko przywołujesz się jednak do porządku, w końcu jesteś silną i niezależną kobietą, w dodatku niemalże na swoim. Co Ci się będzie pędrak jeden panoszył po mieszkaniu i skarpety po kątach rozrzucał. Porzucasz więc ten pomysł, starasz się żyć po swojemu, ale natrętna myśl nie daje Ci spokoju i wraca jak bumerang. Mijają tygodnie, miesiące, powoli godzisz się z tym, że taka kolej rzeczy, że nie ma co się bać i chować głowy pod poduszkę. Układasz więc w myślach mowę motywacyjną, skradasz się na paluszkach i pytasz nieśmiało: 


Kochanie, a może byś tak się do mnie wprowadził?

On zamiera, blednie, poci się. Wierci się jak w ukropie, z przerażeniem rozgląda się po kątach, całe jego ciało wzywa pomocy. Nagle podrywa się i ucieka z krzykiem. No ładnie, to się porobiło. Ale właściwie... Dlaczego?! 

Bo prawdopodobnie śmiertelnie przerażają go niesamowite ilości Twoich włosów, które gubisz codziennie, niezależnie od pory roku i Twojej gospodarki hormonalnej. Włosy te występują pojedynczo, owijając się wokół różnych przedmiotów oraz części ludzkiego ciała (jeśli jesteś mężczyzną to prawdopodobnie wolisz nigdy nie dowiedzieć się jak to jest obudzić się rano w kobiecej pościeli i odkryć takiego delikwenta owiniętego wokół... o tak, dobrze myślisz, właśnie tam i podobno boli), czasami zdarza im się też dobierać w grupy i tworzyć takie oto formy życia: 


Włosy lubią także wchodzić do buzi, wpadać do jedzenia oraz przyczepiać się do swetrów i marynarek. Nie można też zapomnieć o przyjemności, której doświadcza się śpiąc w towarzystwie mokrych włosów, a zwłaszcza dostając mokrym warkoczem w twarz. 

W skali straszności wysokie miejsce zajmuje również kuchnia eksperymentalna: o ile sporadyczny kontakt z Twoimi kuchennymi wyczynami jest jeszcze do zniesienia, to już jedzone codziennie szpinak, warzywa na patelnię czy tosty mogą wzbudzać pewne wątpliwości. A nie daj zbuk, najdzie Cię jeszcze ochota na jakieś kuchenne innowacje czy (tfu, tfu) dietę. Raz czy dwa można przecierpieć, ale ile można udawać, że jest się fanem wegańskich surowych dań detoksykacyjnych? 


Zanim ktoś się pogniewa, już spieszę z wyjaśnieniem: bez wątpienia w komplecie ze wspólnym zamieszkaniem musi występować też rozsądny podział obowiązków. Ale co, gdy dotychczasowy współlokator Twojej drugiej połówki bije Cię na głowę w większości prac domowych, zwłaszcza na polu szeroko rozumianej gastronomii? 

Z kolei z rzeczy nie tyle przerażających co irytujących, wysoka lokata przypada porannej toalecie i warczącej s u s z a r c e. Naukowcy donoszą, że 80% dorosłych mężczyzn ostatni raz z suszarki korzystało mniej więcej w czasach obowiązkowych zajęć na basenie w gimnazjum lub pod koniec podstawówki. Nie można się więc dziwić, że kontakt z tym urządzeniem po latach, zwłaszcza w godzinach porannych, wywołuje w nich silne poczucie zagubienia, frustracji i niedowierzania.

Idź mnie z tą wichurą! 
Wspólna toaleta wiąże się też z drobnymi nieporozumieniami o sposób wyciskania pasty do zębów, kierunek wieszania rolki papieru toaletowego, a także z traumatycznym odkryciem, że dziewczynki robią kupę, taką prawdziwą, gorszą niż jego własna. Chociaż jeśli Twój mężczyzna do tej pory naprawdę łudził się, że jest inaczej, a papier odwieszony listkiem do ściany wywołuje u niego wysypkę, to chyba lepiej zapomnieć o tym wspólnym mieszkaniu. I o tym mężczyźnie też. 

Wśród innych powodów, przez które Twój partner ucieka z krzykiem, gdy tylko napomykasz o zamieszkaniu razem są również tak kluczowe kwestie i możliwe niedogodności jak: segregacja śmieci, jeśli nie wierzy w recykling, brak miejsca parkingowego, jeśli w ogóle posiada samochód, brak balkonu, jeśli pali, brak pewnej telewizji satelitarnej, jeśli jest fanem piłki nożnej, brak innej pewnej telewizji satelitarnej, jeśli od futbolu preferuje siatkówkę, brak sklepu nocnego w najbliższej okolicy, jeśli późnym wieczorem lubi sobie skoczyć po piwko, czy też wanna, gdy on woli prysznic. 

A gdy skończy się już ta długa lista strachów i możliwych nieszczęść, chyba nie zdziwisz się, gdy na odchodne doda: 
To chyba nie najlepszy pomysł, nie?

Sama się zdziwisz, ale przytakniesz przytłoczona nawałem nieuświadomionych wcześniej hipotetycznie możliwych wad wspólnego mieszkania. Zdziwisz się jeszcze bardziej, gdy przypomnisz sobie, że mimo tych wszystkich przerażających konsekwencji, wciąż istnieją na świecie ludzie, którzy odważają się podjąć takie ryzyko. A gdy już to wszystko przemyślisz, złapiesz się za głowę, obleje Cię zimny pot, a potem poderwiesz się... i uciekniesz z krzykiem. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 25, a w nim prosty przepis na Kluchę Zadowoloną częściowo pisany wierszem

No dobra, przepis nie do końca pisany wierszem, ale co nieco będzie się rymować. 
Powiem nieskromnie: Klucha to naprawdę nietrudne i niedrogie w utrzymaniu stworzenie. Nie stawia raczej wygórowanych żądań, nie ma zbyt wielkich wymagań sprzętowych i nie potrzebuje wyjątkowo wykwintnego pożywienia. Ze wszystkich przyjaciół człowieka Klucha to najlepszy wybór jeśli zależy Ci na sympatycznym towarzystwie, skrojonym na miarę dowcipie i ciepłym ciałku, do którego zawsze można się przytulić. 

Wprawdzie brzmi to nieco jak ogłoszenie matrymonialne czy inna zanęta; wprawdzie Klucha Leniwa jest tylko jedna i takowej reklamy nie potrzebuje. Być może jednak nie zdajecie sobie sprawy jak wiele innych Klusek żyje wokół Was. I prawdopodobnie nie wiecie też jak łatwo można owe Kluski uszczęśliwić.

Właśnie dlatego postanowiłam ułatwić Wam życie i specjalnie dla Was przygotowałam niezwykle prosty rymowany poradnik. Oto przedstawiam:

Prosty przepis na Kluchę Zadowoloną

Na początek potrzebujesz dwie szklanki miłości, garść cierpliwości, garść wyrozumiałości i szczyptę kreatywności. Nie zaszkodzi kropla umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Inteligencja i/lub poczucie humoru będzie dodatkowym atutem. Całość wymieszaj, a następnie...

Ene due rike fake, przynieś mi słodyczy pakę
Powszechnie wiadomo, że szczęście zaczyna się od 200 kcal. Badania amerykańskich naukowców jednoznacznie potwierdzają, że Kluski osiągają najlepsze wyniki intelektualne po spożyciu odpowiedniej ilości czekolady. 

Ene due rabe, przyjdź do mnie z kebabem
Ci sami naukowcy udowodnili też, że regularne spożywanie kebaba jeszcze żadnej Klusce nigdy nie zaszkodziło. Ba! Zaobserwowano nawet, że już sam brak konieczności samodzielnego przygotowania posiłku znacząco podnosi poziom endorfin u tych osobników. 

Kukuryku, nie budź mnie budziku
Drzemka po posiłku to typowe zachowanie wśród przedstawicieli tego gatunku. Popołudniową drzemkę należy uszanować, zalecane jest również spontaniczne dołączenie się do tej aktywności.

Raz, dwa, trzy... dzisiaj zmywasz Ty! 
Jak wynika z przeprowadzonych badań gatunek ten wykazuje szczególną niechęć do obowiązków domowych, zwłaszcza do zmywania. Jeśli chcesz zobaczyć uśmiech na twarzy swojej Kluchy nie wahaj się ani chwili - pozmywaj. 

Dylu dylu na badylu, nie pal papierosów tylu
Generalnie dbaj o siebie i o swoje zdrówko, bo Kluchy potrzebują kompleksowej i długoletniej współpracy i zainteresowania; często dążą także do prokreacji, więc lepiej, żeby pewne Twoje organy pozostały jak najdłużej sprawne. 

Entliczek pentliczek, magiczny guziczek
Jeśli nie rozumiesz po prostu przejdź dalej i udawaj, że nic się nie stało. Może za parę lat... 

Palec pod budkę, chodźmy na wódkę
Albo lepiej na coś smaczniejszego, większość osobników doceni dobrze schłodzone piwko, średniej klasy winko lub whisky z colą. 

Ence pęce, weź mnie na ręce
Żartowałam. Jak wypadnie Ci dysk albo nabawisz się przepukliny to dopiero będzie. Klusek nie trzeba brać na ręce: wystarczy za ręce albo w ramiona. 

Anse kabanse, nie dla mnie konwenanse
Jak ognia strzeż się zaczynania wypowiedzi od Przecież to nie wypada... Co może Ci wypaść ustaliliśmy już punkt wcześniej. W nagrodę nie musisz za Kluchę płacić w restauracji, za to możesz zostawać na noc, nawet codziennie. Tak, bez ślubu. 

Teraz jeszcze raz wymieszaj wszystko dokładnie. Następnie podgrzej, przelej w słoiczek i dokładnie zawekuj, żeby służyło Ci jeszcze przez wiele kolejnych lat. Raz na jakiś czas powtórz. 
Sam widzisz, nie było aż tak trudno, a nawet jeśli, to chyba szczęście Twojej Kluski wynagrodzi Ci ten wysiłek. Mam nadzieję, że Ty i Twoja Klucha będziecie zadowoleni. 

Misja wykonana.
Za rozstania, kłótnie małżeńskie i zwolnienia z pracy nie odpowiadam.

sobota, 11 kwietnia 2015

Odcinek 22: o sandałach upokorzenia, miłości i stopach, choć nie jest to notka dla fetyszystów

To nie jest notka dla fetyszystów. Wbrew pozorom nie jest to również notka pisana przez fetyszystkę. A jednak, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, będzie dziś o miłości i stopach. A jak jedno łączy się z drugim dowiecie się już za moment. Przygotujcie się więc na drobną porcję intymnych wyznań i szczyptę dziwactw. Do dzieła!

Od najmłodszych lat nienawidziłam stóp. To nie była zwykła niechęć; to była najprawdziwsza w świecie nienawiść, granicząca momentami z przykrym natręctwem. Z dzieciństwa pamiętam jedną scenę, która znakomicie obrazuje tę przypadłość:
Jest lato. Są wakacje, prawdopodobnie gdzieś między pierwszą a drugą klasą podstawówki. Upał jak diabli, więc po domu biega się boso. Jakoś tak w rodzinnym towarzystwie jest to jeszcze akceptowalne. Wtem dzwonek do drzwi. Niezapowiedziana wizyta jakiegoś znajomego, kuzyna czy innej obcej postaci. Stoję w salonie, gdzieś przy ścianie czy kominku, i nie mogę się zdecydować czy lepiej schować się za firanką czy wejść za fotel. Ktoś wchodzi, wita się. Patrzę z przerażeniem na swoje bose siedmio- czy ośmioletnie stopy (przecież sobie ich nie odetnę, do diaska, chociaż siekiera leży niebezpiecznie blisko, jak to przy kominku) i w akcie desperacji wciskam je pod dywan. Tak, właśnie. Witam gości chowając nóżki pod puchatą skórę z owcy. 

Ta nienawiść (to zboczenie, to dziwactwo) latami ewoluowała i przybierała coraz to nowe formy. Była nienawiść do swoich krótkich i grubych paluszków; nienawiść do swego płaskostopia; nienawiść do sandałów i klapek; nienawiść do zbyt krótkich paznokci; nienawiść do paznokci niepomalowanych...Wreszcie nienawiść totalna. Nadszedł taki moment, że nie tylko nie dopuszczałam do siebie myśli o pokazywaniu swych własnych stóp, ale też brzydzili mnie wszyscy ludzie, którzy w mym towarzystwie pozwalali sobie na taki występek. Byłam orędowniczką spania w skarpetkach i seksu w skarpetkach; propagatorką zakrytego obuwia oraz inicjatorką ogólnopolskiego zakazu odsłaniania stóp w miejscach publicznych. Przysięgam, w swych nastoletnich latach byłam bardziej skłonna pokazać komuś cycki niż stopy.

Raz na jakiś czas podejmowałam jednak próbę znalezienia sandałów, w których choć minimalnie udałoby mi się zachować poczucie własnej godności. Zaliczyłam podejścia do klasycznych sandałów Scholla, sandałów typu "sportowe", eleganckich sandałków na koturnie, trochę etno-sandałów czy też takich z rockowym pazurem i wystającymi tu i ówdzie ćwiekami. Podsumowanie mogę zawrzeć w jednym pięknym staropolskim słowie: gówno.
Jakbym się nie starała i czego bym nie wynalazła... pulchne stópki z płaskostopiem źle wyglądają we wszystkich sandałach świata. Zwłaszcza jeśli owe stópki przechodzą płynnie (uwaga, płynnie to słowo klucz) w równie pulchne łydeczki.

Poszukiwania butów na lato stanęły więc w martwym punkcie i poniekąd pogodziłam się, że na zawsze pisane są mi espadryle czy inne tenisówki. Wciąż jednak nierozwiązana pozostawała kwestia stóp samych w sobie. A raczej pokazywania ich osobom postronnym.

I tu właśnie na scenę wkroczył Sympatyczny z Nałogami.
Był sierpień, globalne ocieplenie dawało o sobie znać na każdym kroku. Dopiero co zaczęliśmy się spotykać, nie znaliśmy się zbyt dobrze. Zaprosiłam go do siebie pooglądać telewizję, zamówić pizzę. Było gorąco jak cholera, więc cały dzień przesiedziałam w domu w przewiewnych spodniach typu alladynki, oczywiście bez skarpetek. Zadzwonił domofon. Zazwyczaj w takiej sytuacji szybko założyłabym przygotowane zawczasu skarpetki. Nie zrobiłam tego. Otworzyłam drzwi, zasiedliśmy na kanapie. Zazwyczaj schowałabym stópki pod kocyk albo (jak wyżej) pod dywan. Nie zrobiłam tego. Za to oparłam stopy na jego kolanach. Bose stopy. 

W tym momencie życia postanowiłam, że jeśli zupełnie bez powodu postanowiłam zaufać komuś na tyle, by przedstawić mu swoje stópki, to na pewno mogę tej osobie zaufać we wszystkim innym. Później okazało się też, że oswojenie się z myślą, że ktoś lubi te dziwne części twojego ciała sprawia, że samemu też poniekąd zaczyna się je akceptować. Ba! Chyba nawet trochę je polubiłam.

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem na moje całkowite
pogodzenie się z faktem posiadania przeze mnie stóp, sztuk dwie.
Stopy bez wątpienia są jedną z najbardziej bezradnych części ludzkiego ciała. Bywają żylaste, kościste, koślawe; czasami mają płaskostopie, grzybicę i inne przykre przypadłości. Grunt to akceptować się w całości, od stóp do głów. No i kochać, od najmniejszego palca aż po cebulki włosów. 

Nie proś swojej drugiej połówki o rękę. Sprawdź ją i spróbuj poprosić ją o stopę. I odpuść sobie te sandały upokorzenia, skoro szczęśliwszy jesteś w przepoconych tramposzach. 

środa, 25 lutego 2015

Odcinek 14: nie kłóćcie się w autach, czyli rzecz o drogowych palantach

Zwykły poniedziałkowy wieczór w dużym mieście. Jadę sobie warszawskim autobusem linii 180, z nosem przyklejonym do szyby (metaforycznie, bo w praktyce nie odważam się na tak bliski kontakt z żadnym pojazdem komunikacji miejskiej). Jest to podróż długa i nużąca (mogłabym ją przyspieszyć przesiadając się kilkakrotnie, ale jak już po 25 minutach marznięcia na przystanku udało mi się zająć miejsce siedzące w cieplutkim autobusie to nie bardzo widzi mi się ryzykować zmianę tego stanu rzeczy), więc umilam ją sobie kontemplacją tego, co dzieje się za szybą. A najciekawiej oczywiście jest w korku. Można wtedy na spokojnie poobserwować ludzi z sąsiednich autobusów albo z powoli sunących obok aut. 

Taksówkarz ledwie wyrzucił jednego papierosa przez okno, już odpala następnego i siedzi zirytowany w kłębach dymu, nerwowo uderzając palcami o kierownicę. Pan Korposzczur rozluźnia krawat i wierci się niespokojnie na przetartym siedzeniu swojego służbowego auta, jednocześnie walcząc z systemem głośnomówiącym albo z kimś kto znajduje się na linii. Młoda (jak na dzisiejsze standardy) matka usiłuje zmienić pas i w tym samym czasie próbuje okiełznać swoje pierwsze, jedyne i prawdopodobnie ostatnie dziecko, bo przecież już czterdziestka na karku, a obiecywała sobie, że przed trzydziestką będzie miała trójkę. 
I wreszcie są też oni, typowa parka powoli zbliżająca się do trzydziestki, zamknięci o chwilę za długo na tak małej przestrzeni, duszą się i syczą na siebie jak dwa koty. A porównanie do zwierzaków nie jest tutaj przypadkowe, gdyż dziewczyna od stóp do głów ma na sobie różne zwierzęce motywy. Ona trzyma ręce kurczowo zaciśnięte na piersiach, głowę wykręciła tak bardzo w prawą stronę, że jutro na pewno nie będzie mogła poruszać szyją. Od czasu do czasu kieruje się tylko jego stronę, wycedza przez zęby jak bardzo zniszczył jej już (do wyboru) życie/wieczór/wakacje/tydzień/urodziny/imieniny/owulację, po czym z powrotem odwraca się od niego, jakby patrzenie w jego kierunku przyprawiało ją o mdłości. On nie pozostaje jej dłużny; agresywnie uderza to w kierownicę, to w deskę rozdzielczą, pluje w jej stronę jadem, chwyta się za głowę i oddycha ciężko. Najchętniej by nią potrząsnął albo kazał jej wysiąść.

A jak się nie umiesz zachować
to chociaż przyklej sobie coś takiego na szybę,
żeby ostrzec innych. 
Nie mam pojęcia o co się pokłócili. Czy on znowu jej nie posłuchał, pojechał po swojemu i przez to utknęli w głupim korku? Czy ona znowu przejrzała jego wiadomości, chociaż sama sobie obiecała więcej tego nie robić, a teraz nie może znieść myśli, że on znowu rozmawiał ze swoją byłą? A może ona uważa go za nieudacznika, on ją za histeryczkę i właściwie od roku łączy ich tylko wspólne mieszkanie, pies albo kredyt? A jakie to ma znaczenie? No właśnie nie ma. To znaczy, powód nie ma znaczenia, ale już skutki mogłyby mieć Nie mam na myśli tego, czy po powrocie do domu on się spakował i pojechał pomieszkać u kumpla albo czy seks na zgodę wystarczył i zjedli razem dobrą kolację. Problem w tym, że gdy samochody wreszcie ruszyły, on był już tak zdenerwowany, że w przeciągu kilkunastu sekund zdążył niemalże wjechać w samochód przed sobą, a następnie, przy zmianie pasa, zajechał drogę innemu, też cudem unikając wypadku. Powiecie: "to nic takiego, zdarza się", ale nie wiadomo jak mogła albo jak skończyła się (tfu,tfu) ich podróż. 

Tak już jest, że prowadzenie samochodu i dzielenie drogi z innymi jej użytkownikami bywa stresujące i uciążliwe. Najspokojniejsi z ludzi potrafią stracić nad sobą kontrolę i rzucać kurwami na lewo i prawo. Odkąd popularne stały się samochodowe kamerki, w Internecie aż roi się od filmików, w których kierowcy posuwają się nawet do rękoczynów. Całe szczęście j e s z c z e do siebie nie strzelamy, ale to powinno dać nam do myślenia, że warto nauczyć się wreszcie panować nad emocjami. Na drodze pełno jest niebezpieczeństw, pułapek i innych idiotów, więc nie dokładajmy sobie więcej i nie stwarzajmy dodatkowych zagrożeń.

A jeśli nie chciało Ci się przebrnąć przez cały ten tekst to zapamiętaj tylko te słowa:
Nie kłóć się w aucie, palancie. 
Bo w najlepszym wypadku ktoś wyśmieje Cię na swoim blogu. A w najgorszym... Z resztą sam powinieneś już wiedzieć.                                        

środa, 11 lutego 2015

Rozdział 11: o pretekstach, czyli kochajmy się i jedzmy pączki nie tylko od święta

Taka już bywam antysystemowa i postępowa (właściwie nie wiem, kiedy i dlaczego to słowo w języku polskim nabrało negatywnego znaczenia, bo w swej naturze postęp to dla mnie bezsprzecznie coś dobrego), że większość tradycji, czy to naszych rodzimych, czy też zapożyczonych zza oceanu, po prostu mnie mierzi. Jednak tak naprawdę to moje negatywne nastawienie do świąt i zwyczajów wszelakich nie wynika z nieprzemijającego okresu buntu czy też hipernowoczesnego podejścia do rzeczywistości, a raczej z ich nachalności i straszliwej płycizny emocjonalnej i intelektualnej. Bo chodzi w tym wszystkim tylko o to, żeby ludziom dać pretekst.

Ach, preteksty, to świetny temat na tekst. Już nawet kiedyś taki napisałam. Niemalże równo trzy lata temu, na pewnym blogu, którego jestem współautorką (choć blog aktualnie w fazie spoczynku), pisałam tak:

"(...)Nie wiem czy zauważyliście, ale ludzie, niezależnie od tego za co się zabierają, zawsze potrzebują jakiejś dodatkowej motywacji, czegoś bardziej przekonującego niż własne chęci czy ambicje. Czy jest to kwestia lenistwa czy braku odwagi? I czy przypadkiem wszystkie święta, które przyzwyczailiśmy się obchodzić nie są tylko p r e t e k s t e m do robienia rzeczy, których na co dzień raczej byśmy się nie podjęli? Ewentualnie mogą być także wymówką(...). Dajmy na to - Walentynki. Dla par - idealny dzień, żeby skupić się tylko i wyłącznie na sobie, poudawać, że w jeden dzień w roku można nadrobić pozostałe 364. Dla singli - cudowny pretekst, żeby ponarzekać na swoją samotność, pozajadać się czekoladą przy łzawych filmach(...), Dla tych w ukryciu wzdychających do kogoś - najlepszy pretekst, żeby wyznać komuś co się czuje. A taki Tłusty Czwartek? Cóż za cudowna okazja, żeby poopychać się słodyczami i jeszcze wmawiać wszystkim dookoła, że w magiczny sposób wszystkie kalorie spożyte tego dnia rozpływają się w powietrzu i nie ma szans, żeby cokolwiek poszło w biodra(...). Boże Narodzenie?  - dobry pretekst, żeby ze wszystkimi się pogodzić, zrobić ogromne zakupy i przez trzy dni bez wyrzutów sumienia nie wstawać od stołu(...). Dzień Pizzy, Dzień Piwa, Dzień Czekolady?  - Czy muszę coś dodawać? Dzień Całowania, Przytulania, Seksu? 
Do czegokolwiek potrzebujecie pretekstu - na pewno gdzieś znajdzie się święto odpowiadające Waszym wymaganiom. Więc śmiało! Do dzieła. Gdy tylko ktoś z Was poczuje, że koniecznie musi coś zrobić, ale zbyt mało ma na to odwagi czy chęci, zaraz ogłosimy jakiś losowo wybrany dzień Świętem. Przecież nam wolno! Nawet bez żadnego pretekstu." 

Miło odkryć, że przez trzy lata nie tak bardzo się zestarzałam i wciąż na pewne rzeczy patrzę podobnie. Jasne, że możesz namiętnie celebrować wszystkie wymienione wyżej święta. Może nawet będzie fajnie. Ale wiesz co jest fajniejsze? Umieć bezkarnie kochać się i wpieprzać słodycze na co dzień, bez jakiegoś specjalnego pretekstu.

sobota, 24 stycznia 2015

8: Życie z muzyką w tle, czyli Soundtrack vol.1

Przekornie zacznę od podsumowania tego co jeszcze nienapisane, a napisane będzie za chwilę. Morał z tego wszystkiego jest taki, że ludzie kłamią, a przynajmniej bardzo często się mylą. Dlatego warto słuchać przede wszystkim siebie... i dobrej muzyki. Bo muzyka nie oszukuje i rzadko się myli.

Czy można żyć bez muzyki? Jasne, że można. Właściwie z pragmatycznego punktu widzenia nie jest ona nikomu do niczego potrzebna. Przecież pierwszą rzeczą, którą robisz po przebudzeniu nie musi być włączenie radia. Zamiast tego możesz otworzyć okno i posłuchać, co dzieje się na Twojej ulicy tego mglistego poranka. W autobusie nie musisz zakładać słuchawek na uszy i odcinać się od całego świata. W zamian możesz posłuchać o czym rozmawiają ludzie dookoła, czym żyje Twoje miasto.
- K***a, musi się pani tak pchać?
- Jak się nie podoba to może trzeba jeździć samochodem.
 - Ja p******ę, może ciszej trochę?
AHA. No właśnie, tak. Lepiej to zostawmy zanim zrobi się jeszcze nieprzyjemniej.
Ale nie dajcie się zmylić: to nie jest tekst o zaletach słuchania muzyki w komunikacji miejskiej albo w ramach pobudki i porannej gimnastyki umysłowej (chociaż śpiewanie sobie o siódmej rano naprawdę pomaga mi dojść do siebie; może niekoniecznie sąsiadom). Historia, którą chcę Wam opowiedzieć będzie, o ile w międzyczasie nie zboczę z tematu, o kochaniu. A każda dobra historia czy film powinny mieć też odpowiedni soundtrack. Życie generalnie powinno mieć soundtrack. Moje ma, a Twoje?

Wiecie czego nie znoszę? Dobrych rad oraz dobrych wróżek. Nie, nie jestem Zosią Samosią, co to wszystko sama lepiej wie, wszystko sama zrobić chce; bardzo cenię sobie ludzi, którzy potrafią wejść w moją skórę, postawić się w mojej sytuacji i doradzić naprawdę z głębi serca. Niestety, jest ich stosunkowo niewielu w porównaniu z tymi, którzy niemal wyskakują Ci z lodówki, rzucając w Ciebie nędznymi frazesami, a następnie (w zależności od nastroju) wróżą Ci długie i szczęśliwe życie albo marny koniec, bo przecież tyle już przeżyli i wiedzą jak jest. Ale ich pojęcie o rzeczywistości i skuteczność porad można bardzo łatwo sprawdzić, dajmy na to, w przypadku związków.
- Jak tam Ci się układa z Sympatycznym?
- Rewelacyjnie, świetnie się dogadujemy, w ogóle się nie kłócimy!
- Oj, to naciesz się tym. Wiesz, nam też się tak super układało, ale to tak tylko pierwsze pół roku wygląda, więc naciesz się na zapas.
Minęło pół roku. I kolejne. I właśnie mija jeszcze jedno. Nacieszam się dalej, całkiem spory mam już ten zapas.
Nagle równolegle dzieje się kilka rzeczy. Jakieś masowe rozstania, zdrady i inne przykrości wśród naszych znajomych. Niby nie moja rzecz, ale jakoś tak mi przykro i czuję się rozczarowana ludźmi. Obiecuję sobie, że sama siebie nigdy tak nie rozczaruję, no bo mogę mówić przecież tylko w swoim imieniu. Może to naiwne, ale nie umiem wyobrazić sobie, po jaką cholerę zdradzać osobę, którą się kocha. A jeśli się nie kocha, po jaką cholerę być razem? Na tych rozmyślaniach przyłapuje mnie taka oto piosenka:
I met your friends, they were lying about falling in love
Wymowne, nieprawdaż? A jako że dzisiejszy odcinek najwidoczniej sponsorują Angus&Julia Stone to nie może zabraknąć jeszcze jednej piosenki, na którą jak już ostatnio wpadłam, w stanie ogromnego uniesienia uczuciowego, w poprzedni weekend, który tak miło spędziłam z Sympatycznym z Nałogami, tak już nie mogę się jej pozbyć z głowy i serducha.
Don't take my word for it, just look at me to know that I love you
Właśnie, słowa, słowa, słowa. Są miłe, są potrzebne, ale nie dają żadnej gwarancji. Żadne słowo, żaden papier. Tak jak mówiłam, ludzie czasami kłamią, a czasami się mylą. Nie słuchaj ludzi, słuchaj siebie. I muzyki. 

[ w tytule vol.1, bo mam nadzieję, że muzyka jeszcze nie raz będzie pretekstem do moich wywodów; życie toczy się dalej i warto zadbać, żeby miało dobry soundtrack] 

środa, 26 listopada 2014

Rozdział 1, w którym niewiele się wyjaśnia, a wiele się obiecuje

Zabieram się do tego całego pisania jak do jeża. Ale o jeżach, innych sympatycznych stworzonkach oraz instynkcie macierzyńskim to może następnym razem...
*
Na początku była nuda, a świetnym środkiem na jej zwalczenie okazał się Internet. Potem pojawiła się fascynacja ludźmi Internetu: Jak oni pięknie piszą! Jacy oni zabawni! Ile w tym życiowej prawdy! Ile magii i sztuki! A po kilku miesiącach śledzenia różnych wytworów internetowej działalności człowieka w mojej głowie zakiełkowała myśl: Skoro w Internecie może każdy... to czemu nie ja? 
Nie wiem czy jest czym się dzielić, czy mam coś do zaoferowania i czy wzbogacę czymś ten blogowy półświatek. Nie wiem, bo niestety od dziecka choruję na tę przykrą przypadłość, że nie potrafię być z siebie w pełni zadowolona. I jestem leniwa. Pocieszam się, że część ludzi tak po prostu ma. I będę pisać. Bo mogę. No i chcę.

To nie tak, że latami broniłam się przed ekspansywną siłą blogosfery (i youtube'a, bo nie ukrywam, że i tam regularnie zaglądam jako anonimowy widz), a teraz pozazdrościłam sławy i hajsu z reklam. Przygód z blogami było w moim życiu wiele...
Zaczęło się jakąś dekadę temu od smutnego pamiętnika nastolatki (tak, naiwnie wierzyłam, że kogokolwiek w sieci obchodzą akurat moje problemy z cerą); później było kilka podejść do blogów literackich oraz fan fiction (bardzo niekonsekwentnych gatunkowo, zależnie od tego czy czytałam akurat Harry'ego Pottera czy polską literaturę młodzieżową lat 70.); zaliczyłam nawet marną próbę blogowego dziennikarstwa muzycznego (po czym został mi tylko enigmatyczny mail: rock_przemija, do którego od roku nie mogę przypomnieć sobie hasła); był też jeden blog o tematyce wielce dowolnej, jedyny z którego byłam nawet zadowolona i ze dwa razy polecona na onecie (tak, fejm się zgadzał). Wychodzi na to, że jak już wracać do pisania to chyba najlepiej w tę stronę. I zobaczymy jak to się skończy.
*
I tak to właśnie wygląda, drodzy państwo. Mniej więcej stąd jestem, ale dokąd zmierzam? To okaże się w najbliższych odcinkach. Będzie o życiu, związkach, komunikacji miejskiej i pogodzie. O niskich dziewczynach, dużych tyłkach i niezdrowym jedzeniu. Może razem odnajdziemy odpowiedź na pytanie jak żyć źle i na dodatek się z tego cieszyć?