Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bridżet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bridżet. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 40: co masz ogolić jutro, ogól dziś

Uuu, ktoś tu idzie na randkę. Włos zrobiony, twarz poprawiona, seksowny uniform przewieszony przez oparcie krzesła czeka na prasowanie. Jest okazja, więc wypadałoby jeszcze nogi ogolić, a w zależności od wytrzymałości Twojej silnej (?) woli, może nawet i co nieco więcej. Raz jeszcze włazisz więc do wanny, wykonujesz niezwykłe akrobacje i przyjmujesz pozycje, o których twórcy Kamasutry nawet nie śmieli pomyśleć, woda złośliwie tryska Ci w twarz, krew spływa do wanny... Jest nieźle. Obklejona plastrami i wysmarowana balsamem wychodzisz.
Wracasz po trzech godzinach do domu, z czego połowę spędziłaś czekając przed drzwiami knajpy przypominającej bardziej przedwojenny szynk. Wracasz uboższa o pięćdziesiąt złotych i poczucie własnej godności. Ale czego Ci najbardziej żal? Kurde, serio? Najbardziej Ci żal, że ogoliłaś się n a  m a r n e...
 Gólta co chceta!
Albo w ogóle.
Sprawa depilacji, choć wydaje się dość intymna i winna być raczej indywidualna, wywołuje dość skrajne emocje, czasami wręcz dyskusje. Litości, nad czym tu debatować? Chcecie oceniać wpływ masowej depilacji miejsc intymnych na powiększanie się dziury ozonowej? Nieważne czy jesteś gładkim Adonisem, włochatym misiem, śliską rybką czy puchatą sową. Druga strona tej barykady, zbudowanej z trójostrzowych maszynek i woskowych plastrów, prawdopodobnie i tak nie ma żadnego wpływu na Twoje depilacyjne decyzje.

No i dobra, ufff. W takim razie czegokolwiek bym dzisiaj nie napisała, nie wpłynie to na niczyje życie. Dobrze, że niniejszym pozbywam się całej odpowiedzialności za poniższe słowa.

Należę bowiem do grupy tych nadgorliwych fanatyków, którzy uważają, że golić powinni się wszyscy. I golić (albo podcinać) powinno się (prawie) wszystko. Jasne, że nie stanę nad Tobą z maszynką i nie zmuszę Cię do usunięcia perfidnego kopra znad górnej wargi, postaram się też nie dać po sobie poznać, że na widok kudłatego potwora wyłaniającego się spod Twojej pachy obiad podszedł mi do gardła. W głębi serca jednak będę się modlić do Latającego Potwora Spaghetti, aby zesłał na Ciebie objawienie i popchnął Cię w Rossmannie ku półkom z artykułami do depilacji. I naprawdę nie ma znaczenia czy jesteś kobietą czy facetem, czy masz dwadzieścia lat czy pięćdziesiąt.

Kto rano wstaje... ten jeszcze zdąży się ogolić
Dla mnie sprawa jest prosta: wychodząc z domu muszę mieć czyste włosy, pomalowane oczy, umyte zęby i ogolone nogi, pachy oraz jeszcze jedno magiczne miejsce. Zupełnie nie trafia do mnie argument hihihi, wreszcie zima, mogę przestać golić nogi. Trafia mnie za to szlag, gdy mam gdziekolwiek zbędne owłosienie przez dłużej niż jeden dzień. Golę się, bo lubię. Lubię mieć gładką skórę, po której przyjemnie jest się samej pogłaskać. Zarost, choćby dwudniowy, drażni mnie i czuję ulgę, gdy mogę się go pozbyć. Kiedy więc mówisz mi, że nie golisz nóg całą zimę, bo Tobie to zupełnie nie przeszkadza, bo przecież i tak ciągle nosisz długie spodnie, bo nie chodzisz na siłownię i nie umawiasz się na randki, a potem na otwarcie sezonu spódniczkowo-szortowego jesteś pierwsza na liście do depilacji woskiem, mam pewne wątpliwości, czy Ty aby na pewno robisz to dla siebie?

To tak samo jak w tej krótkiej historyjce, którą opowiedziałam Ci na samym początku. Bidulka, tak się namęczyła, powyginała, pokaleczyła... Wszystko na marne, bo facet okazał się pacanem, co samo w sobie nieźle może popsuć wieczór. A może, skoro depilacja była takim wyzwaniem czy poświęceniem, trzeba było ją sobie odpuścić, by po powrocie do domu zasiąść przed telewizorem z zimnym piwkiem i z satysfakcją powiedzieć:
No i chuj, trudno. I tak się nie ogoliłam. 
Jak się człowiek spieszy to się zatnie
Dobra, skoro już szukamy racjonalnych argumentów przeciwko depilacji, to w moim przypadku pewną przesłanką jest fakt, iż z maszynką w dłoni sama na siebie sprowadzam nieszczęście. Na palcach jednej ręki można policzyć próby golenia się zakończone sukcesem, za to nie zakończone ranami ciętymi i kłutymi na różnych częściach ciała. Ale spokojnie, są plasterki, bandaże, opaski uciskowe, a blizny przecież dodają charakteru! A poza tym...
Czas leczy rany
A jak już jesteśmy przy czasie... Babcia zawsze mnie straszyła, żeby nie golić nóg (o goleniu innych części ciała pewnie nawet nie myślała), bo wtedy włosy s z y b c i e j odrastają. Nigdy jednak nie udało jej się mnie przekonać do tej tezy i od lat stoję na stanowisku, że poświęcenie pięciu minut co dwa dni to cena, którą mogę płacić za swoje dobre samopoczucie. Nawet jeśli natura obdarzyła mnie wyjątkowo jasnym i delikatnym owłosieniem i hipotetycznie mogłabym golić się raz na tydzień. Albo na dwa. Albo wcale.
 Kto nie ma na głowie, ten ma na nogach
Oraz na plecach, brzuchu, klatce piersiowej i twarzy. Znacie ten typ? Najczęściej chwilę przed pięćdziesiątką lub ledwie po, ceni sobie Królewskie w butelce albo Harnasia w puszce, z tymże asortymentem rozwala się na szorstkim szarym ręczniku i pochrapuje, a brzuch rytmicznie unosi mu się i opada. Oj, znacie, znacie. Niejeden z Was wziąłby go za niedźwiedzia czy inne włochate dzikie zwierzę, gdyby nie ten parawan w kaczuchy i reklamówka z biedry. No i leży taki, a Ty nadziwić się nie możesz, skoro ma włosów w nadmiarze na niemal każdej części ciała, to czemu nie można ich przeszczepić na jedyne miejsce cierpiące na deficyt owłosienia, którym jest ten łysy placek na czubku głowy?

On twierdzi, że to testosteron. Ja twierdzę, że to jednak obleśne.
Tekst ten nie był sponsorowany przez żadne lobby producentów maszynek, pianek i żeli do golenia. Za napisanie go nie otrzymałam ani jednego plastra z woskiem. Całkiem za darmo dowiedziałam się za to, co to jest trymer. Po napisaniu tekstu całkowicie dobrowolnie poddałam się własnoręcznej depilacji w swojej łazience. 

piątek, 31 lipca 2015

Odcinek 38: mój facet jest kimś więcej


Studentem, lekarzem, kosmitą, kochankiem Twojej babci, nauczycielem salsy czy przyjacielem Madonny? Co tak naprawdę wiesz o swoim facecie? Kim więcej jest Twój Facet? Oczywiście oprócz bycia Twoim Facetem. 
Ależ oczywiście, kochanie. Twój Facet jest dla Ciebie przede wszystkim Twoim Facetem i generalnie w tej roli powinien zawierać się też cały szereg pomniejszych funkcji i zastosowań. Przede wszystkim to jednak nie to samo co tylko i wyłącznie. Przyrządź więc sobie odchudzający koktajl z selera, wytnij skórki, trzaśnij maseczkę poprawiającą koloryt skóry, usiądź wygodnie na taborecie we wnęce kuchennej i odpowiedz sobie na zajebiście ważne pytanie: 
Kim więcej jest dla Ciebie Twój Facet? 
A jeśli nie jesteś  do końca pewna jak się do tego zabrać, to pozwól, że Ci pomogę. Bo ja już wiem, że Mój Facet jest kimś więcej niż tylko Moim Facetem. 

Big Brother
Tak się jakoś życie potoczyło, że urodziłam się jako pierwsze dziecko w rodzinie. Szanse posiadania starszego rodzeństwa były więc bliskie zera i jak dotąd nie wyszła na jaw żadna rodzinna tajemnica o moim zaginionym starszym bracie czy nieślubnej starszej siostrze. Zawsze jednak zazdrościłam trochę koleżankom, które od dzieciństwa miały dostęp do wiedzy szkolnej, psychologicznej, anatomicznej czy sportowej, zawsze z pierwszej ręki. Jako dodatkowa zaleta jawiła mi się też możliwość przebywania ze znajomymi (nie oszukujmy się, zwłaszcza kolegami) owego starszego rodzeństwa, chociaż nie powiem, sama nie raz skorzystałam z uprzejmości i zaproszeń koleżanek i stąd wzięła się też moja znajomość z Sympatycznym. 

W każdym razie, może właśnie przez wzgląd na naszą nieco specyficzną na początku relację i delikatną różnicę wieku, czasami mam wrażenie, że Mój Facet jest nie tylko Moim Facetem, ale bywa także starszym bratem. Tak oto w wieku lat dwudziestu po raz pierwszy łowiłam ryby, nauczyłam się grać w karty, dowiedziałam się dlaczego mężczyźni jednak czasami siadają do sikania i odkryłam dlaczego po powrocie z boiska skarpetki albo wyrzuca się na balkon albo wyrzuca się w ogóle. Nigdy wcześniej nie miałam też okazji tak regularnie uczestniczyć w bitwach na poduszki i walkach na łaskotanie, jak dzieci!

Teraz pozostaje tylko nie stać się upierdliwą młodszą siostrą. I nie skarżyć na siebie rodzicom.

MasterChef
Jakoś mniej więcej do zeszłego miesiąca pozostawianie mnie samej w kuchni było posunięciem delikatnie mówiąc ryzykownym, a i teraz, choć staram się i oswajam ze środowiskiem kuchennym, wiele w mojej kulinarnej wiedzy braków i nieścisłości. Gdy jednak nachodzi mnie jakaś wątpliwość, na przykład: czy ten ogonek w tym warzywku to w ogóle jest jadalny?, wtedy wiem, że zawsze mogę wykonać jeden telefon i skonsultować się z bardzo sympatycznym specjalistą... 

Sympatyczny z Nałogami to bowiem kucharz-samouk pierwszej klasy i posiada dwie cechy, których mi w kuchni brakuje najbardziej: doświadczenia i intuicji. Ryba w porach? Jasne, choćby jutro. Polędwiczki w pieprzu? Nie ma sprawy, skoczysz po folię? Zostały nam truskawki? Zrobimy kompot i dżem. Tak więc do pewnego momentu to on zajmował się wyżywieniem naszej nie-rodziny, a mi w udziale przypadała rola plączącej się pod nogami asystentki, której można było zlecić wyciśnięcie czosnku albo obranie ziemniaków. 

Wprawdzie ostatnio to głównie ja gotuję, ale nie zamierzam zapomnieć o tym sympatycznym talencie kulinarnym. W końcu jeszcze nie wiadomo czy któreś i które z nas nie zostanie kiedyś kurą/kurem domowym! 

Trust him, he's an Engineer
Jak już jesteśmy przy rzeczach, do których ja ze względów bezpieczeństwa staram się nie dotykać, to warto wspomnieć o wszelkiego rodzaju urządzeniach i konstrukcjach, których obsługa wymaga chociaż minimalnej znajomości zasad fizyki czy matematyki. Ale spokojna głowa, póki co niczego sama nie muszę składać, podłączać ani programować, gdyż pod ręką mam dyplomowanego inżyniera. A wiecie kto to jest inżynier? To taki człowiek, który z kawałka sznurka, drutu, deski do krojenia i dwóch ołówków skręci Ci półkę, a z poduszki, gwoździa, taśmy klejącej i miksera zrobi Ci fotel do masażu.


Best Friend
Brzmi trochę nędznie i oklepanie, jak żywcem wyjęte z poradnika dla nowożeńców: Twój partner Twoim najlepszym przyjacielem, ale jest to życiowa prawda, której powinni uczyć w każdym gimnazjum, zamiast twierdzenia Pitagorasa i metody kalendarzykowej:
Nie da się stworzyć udanego związku z kimś, kogo się nie lubi.
Nawet jeśli się go szalenie kocha.
Przemyśl dobrze to, co właśnie przeczytałeś/przeczytałaś. I przyznaj mi rację, byle szybko. 
Tak czy siak, ja tam swojego Sympatycznego z Nałogami lubię. Nawet bardzo. Może wręcz za bardzo. Prowadzi to bowiem czasami do sytuacji patowych. Dlaczego? 

Na przykład dlatego, że nie możemy się jak normalna zdrowa para pokłócić. To znaczy możemy, jasne, że tak. Tylko, że po pięciu minutach od strzelenia modelowego focha pierwsze, co mam ochotę zrobić to opowiedzieć o wszystkim i pożalić się... Sympatycznemu. Staję więc przed ciężkim wyborem pomiędzy byciem konsekwentną i upartą, a byciem przytuloną i podrapaną po pleckach na zgodę. Zgadnijcie, co zazwyczaj wybieram.


W sumie żalenie się Sympatycznemu na Sympatycznego bywa zabawne, trochę jakby było ich dwóch. Czasami jednak zastanawiam się, co by było, gdyby wywinął mi jakiś poważny numer. Bo chyba dość ciężko w takiej sytuacji jednocześnie skarżyć się, wypłakiwać w ramię, pytać o radę i gołymi rękami dusić delikwenta?

Tak jak prawdziwi BFF czy inne bae, mamy też cały komplet swoich własnych powiedzonek i gier, których zasady rozumiemy tylko my. Zdecydowanie moją ulubioną jest....

 Znajdź lokal na wesele, którego nigdy nie będzie 
Już zaraz wyjaśnię co to za zabawa, bo dlaczego wesela nie będzie powinniście już wiedzieć stąd. 

Gra ta polega więc na tym, że przemieszczając się po naszym pięknym kraju, niezależnie od środka transportu, wypatrujemy po drodze najbardziej kusząco-absurdalno-nonsensownych miejsc, w których można zorganizować wesele. Bywają to hotele w stylu jedno oko na rococo, drugie oko na Maroko, ośrodki wypoczynkowe pamiętające wczesnego Gierka, zajazdy dla tirowców i baraki pod dumnym szyldem Sala bankietowa. Crème de la crème polskiej architektury i gastronomii, uwierzcie mi. 

Od wielu miesięcy moim faworytem był zajazd Bąk położony tuż na skraju sękocińskiego lasu. Już nazwa mówi sama za siebie, a przecież któż by nie chciał spędzać najpiękniejszego wieczoru i nocy swego życia 15 metrów od trasy E77, gdzieś w 1/5 drogi między Warszawą, a Radomiem. Ostatnio zaintrygował mnie jednak szyld domu weselnego Orient i w poszukiwaniu egzotycznych wrażeń zawędrowałam na stronę internetową tego przybytku rozkoszy. Po zapoznaniu się z ofertą i wstępnym porównaniu zdjęć muszę przyznać, że Bąk został właśnie zdetronizowany. 

Naprawdę fajnie się tak razem bawić! Razem nie wolno się nudzić. 
No to tak to mniej więcej wygląda, moja droga. A teraz Ty odpowiedz sobie na to pytanie, kimże do cholery jest Twój Facet? Oby tylko nie okazał się psychopatą, neonazistą albo księdzem prowadzącym podwójne życie. Nie musi być też księciem Williamem, gwiazdą rocka ani wykwalifikowanym masażystą. Chociaż mógłby.

niedziela, 12 lipca 2015

Odcinek 35: jak zostałam Kluchą Domową

Tak wygląda w pełni wyposażona i przygotowana
do wykonywania prac domowych Klucha Domowa.
Siedziałam wczoraj w fotelu popijając koktajl z truskawek (bo przecież nie trzecią tego dnia kawę, bo jestem już duża i wiem, że kawa szkodzi i kubka z trzecią mogłabym nie móc utrzymać w dłoniach, z powodu deficytu chronicznie wypłukiwanego z organizmu magnezu), zastanawiałam się co zrobić w poniedziałek na obiad i o której wstać i pójść do warzywniaka, żeby wyrobić się ze wszystkim zanim Sympatyczny wróci z pracy, czekałam akurat na znajomych, którzy lada moment mieli wpaść w odwiedziny z Małym, który za chwilę skończy rok i wcale już nie jest taki mały... i nagle poczułam się strasznie zdziwiona. Nie stara, nie zmęczona, nie dorosła, nie znudzona. 
Po prostu zdziwiona.
 Nie idę na melanż, bo jestem już w piżamce
A jak już idę to wcześnie wracam, żeby w piżamkę szybko wskoczyć.

Dzień wcześniej pojechałam na imprezę, zaczynała się o 20, w sumie to dobra pora, gdy połowa zaproszonych musi najpierw wydostać się z pracy, a potem z Warszawy, a wierzcie mi, piątkowe popołudnie to nigdy nie jest dobry moment na wyjazd z dużego miasta, zwłaszcza, gdy na weekend zapowiadają całkiem niezłą pogodę. Przed imprezą wizyta w sklepie:
- Co pijecie? - pytam, gdyż słaba jestem w podejmowaniu nawet najprostszych decyzji i szukam jakiejś inspiracji.
- Chyba jakieś wino.
Przeprowadzam w głowie ekspresowy rachunek zysków i strat i już wiem, że wino odpada, bo po winach z tej półki, na które aktualnie mnie stać, zawsze boli głowa, a przecież szkoda tracić sobotę na bezsensownego kacura. 

Ze sklepu wychodzę z dwiema butelkami cydru i owocowym napojem piwopodobnym. Później okaże się, że i tak przeceniłam swoje możliwości: pół drugiej butelki pozostaje nietknięte, tak samo jak i to prawie-piwo, które zostawiam w lodówce gospodyni imprezy na pamiątkę. Kolega pyta zachęcająco, czy nie napiję się z nim wódeczki.
- No dawaj, chociaż po jednym, zdrowie gospodyni! 
Ale równie dobrze mógłby proponować mi wypicie szklaneczki wody z solą albo benzyny, bo po wódce to tylko albo się porzygać albo od razu umrzeć. Przypominam sobie jak jako młoda siksa wpadałam gdzieś spóźniona na imprezę i za karę bez większego sprzeciwu wypijałam na raz karniaczka o pojemności małego plastikowego kubeczka. Młoda, głupia. Zajęło mi kilka lat, żeby wreszcie zrozumieć, że jak już człowiek chce się napić to może napić się czegoś od czego nie wykrzywia twarzy we wszystkie strony i czego nie musi od razu przepijać pierwszą rzeczą jaką ma pod ręką, choćby był to olej kujawski. 

Zostawmy jednak te bolesne wspomnienia szczenięcych lat. Fakt faktem, odmawiam koledze raz a stanowczo, co on podsumowuje pełnym dezaprobaty: 
- Rany, co się z Tobą stało?
Nie umiem odpowiedzieć, ale też nie za bardzo mam ochotę, bo jest już po 23 i ewidentnie chce mi się spać. Wykorzystuję więc pierwszą lepszą okazję, gdy któryś z kierowców postanawia wracać i zwijam się do domu. Wynik jest niezły: jest wpół do pierwszej, a ja leżę w swoim łóżeczku.

Ciepłe obiadki, a do pracy kanapki
Czyli co może się zdarzyć, gdy Klucha robi w kuchni coś więcej niż herbatę? 

W kręgach moich znajomych do tej pory jestem znana jako wybitnej klasy antytalent kulinarny. Tylko ja potrafię skroić kilogram cebuli na krążki cebulowe w poprzek i twierdzić, że pół- i ćwierć-krążki też będą super. Tylko ja mogę zmieszać jajko z bułką tartą w jednej misce i dziwić się, że tak przygotowana panierka nie lepi się do kotleta. Kiedy więc ogłosiłam, że z okazji tak długich wakacji zamierzam podjąć rozpaczliwą próbę nauki gotowania, wiele osób uśmiechnęło się pod nosem. Bo wiecie, dosypywanie własnego zestawu przypraw do mrożonej pizzy jednak nie liczy się jako gotowanie (chociaż Sympatyczny śmieje się, że jest dumny, że z każdym tygodniem trwania naszego związku w mojej kuchni przybywa przypraw, gdyż na początku naszej znajomości miałam w szafce tylko sól, pieprz i przeterminowanego gyrosa), tak samo jak dodawanie szynki i cebuli do jajecznicy, chociaż jest to już jakiś krok w dobrą stronę. 

Na pierwszy ogień poszło Kaszotto z kurczakiem i botwinką, głównie dlatego, że słowo kaszotto urzekło mnie od pierwszego przeczytania i przegoniło pianotwory w moim tegorocznym rankingu słów. Jakby nie patrzeć było to jednak dość ryzykowne, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się gotować kaszy, a na dodatek botwinkę pierwszy raz na oczy zobaczyłam, stojąc tego dnia w kolejce w warzywniaku. Wszystko wyszło zaskakująco dobrze, więc tylko zachęciło mnie do dalszych eksperymentów.

Przygotowanie kaszotto to bardzo kolorowy proces.
Kasza zagościła więc w jadłospisie Kluchy i Sympatycznego na stałe - polecamy kaszę jaglaną z kurczakiem curry i brokułami, a także stołówkowy klasyk (przynajmniej mi to danie kojarzy się ze szkolnymi obiadami, chociaż nigdy na żadne nie chodziłam) czyli kasza gryczana z gulaszem. 

Gotowanie obiadków powoli wchodzi mi więc w krew, tak samo jak wstawanie razem z Sympatycznym o 6 rano (chociaż wcale nie muszę, więc to na pewno miłość) i robienie mu kanapek do pracy. 

A jak to w życiu bywa, najlepsze rzeczy zawsze zdarzają się przypadkiem. I tak było również z daniem, z którego w ostatnich tygodniach byłam najbardziej dumna. Tak dumna, że aż Wam się pochwalę, że właściwie było to danie zaimprowizowane i wreszcie nie trzymałam się kurczowo wytycznych jakiegoś internetowego przepisu. 
Kabaczek nadziewany gyrosem
Dostań od mamy dwa kabaczki i zacznij kombinować, które produkty znajdujące się w Twojej kuchni mogą stworzyć z nimi jakąś jadalną potrawę. Znajdź w szafce niedawno zakupione opakowanie przyprawy gyros, a z zamrażalki wyciągnij pierś z kurczaka, tylko zrób to odpowiednio wcześniej, chyba że niestraszne Ci krojenie w kostkę zamrożonego. Rozmrożonego i pokrojonego kurczaka obsyp przyprawą, jeśli nie chcesz brudzić dodatkowego naczynia, bo tak samo jak ja nie cierpisz zmywania to zrób to bezpośrednio na patelni. Dodaj pokrojoną w kostkę cebulę, oczywiście jeśli wcześniej użyłaś wodoodpornego tuszu do rzęs. Przekrój kabaczki na pół i łyżeczką wyjmij miąższ. Posmaruj kabaczka sosem czosnkowym (ja preferuję taki majonezowy, odrobinę rozcieńczony wodą: uhmmm, jak pysznie i kalorycznie), nadziewaj kurczakiem z cebulką, posyp serem i wstaw do piekarnika na mniej więcej tyle ile trwa jeden odcinek Mietczyńskiego, czyli coś około 20 minut. 

Tadam, smacznego. Niechaj zachęci Was fakt, że po tym właśnie obiadku Sympatyczny powiedział, iż od teraz będzie to chyba jego ulubione danie. Chociaż on po prostu ceni sobie wszystko co zawiera w sobie cebulę, choćby był to syrop na kaszel. 

Tęczowa propaganda na deser? A jaka smaczna!
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Jak będę duża to zostanę freelancerką.

Właściwie to chyba już większa nie będę, więc nie ma na co czekać! Tak pomyślałam i tak też zrobiłam. Wakacje mijają mi więc pod znakiem tłumaczenia artykułów o grzybicy stóp i naturalnych sposobach na żylaki, na szczęście wszystkie te dolegliwości towarzyszą mi póki co tylko z ekranu komputera, do tego w zaciszu własnego mieszkania. 

(Już) nie marzy mi się etat w międzynarodowej korporacji, ani 8 do 12 godzin w klimatyzowanym biurowcu. Strasznie fajnie jest rzucić tłumaczenie w połowie, żeby wyskoczyć do sklepu i przejść się leniwie po jakimś straganie. Nawet jeśli zaraz po powrocie musisz to samo tłumaczenie dokończyć, jedną ręką obierając ziemniaki, a drugą mieszając sos. W przyszłości być może zaangażuję jeszcze jedną nogę do kołysania dziecka, a drugą do telefonicznego kontaktu z klientami. Multitasking brzmi tak pociągająco! 
Myślałam o tym wszystkim, a cały czas siedziałam w fotelu siorbiąc ten lekko kwaśny koktajl z truskawek.
 I cały czas byłam trochę zdziwiona. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że od imprez do rana będę wolała popołudniowe spacery, a od wejściówki do klubu bardziej ucieszy mnie świeży szpinak, to chyba mocno popukałabym się w głowę. Nie smuci mnie to, nie martwi, nie dziwi mnie nawet fakt, że tak się stało. Zdziwiłam się tylko tym, że to tak szybko. 

PS Ale w razie jakby ktoś pomyślał, że już do reszty zdziadziałam to zapewniam, że nadal cenię sobie whisky z colą, zimne piwo, kebaba i dobrą muzykę i oprócz wszystkich tych dziwnych rzeczy, które robię ostatnio, a opisałam powyżej, to od miesiąca jestem wokalistką pewnego rockowego zespołu. Może kiedyś się pochwalę! 

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 33: chodź pomaluj mój świat...albo chociaż mieszkanie

... czyli rzeczy, których nie wiesz, dopóki nie postanowisz własnoręcznie przeprowadzić małego remontu. Albo dopóki nie przeczytasz tej notki. Jeśli lubisz niespodzianki - nie czytaj. Lepiej leć po farby i łap za pędzel. 

Ach, zapomniałam, że to wcale nie takie proste. 

Na początek...
Decyzje.
I mylą się ci, którzy myślą, że najtrudniejszą z nich będzie wybór koloru ścian. Oczywiście, gdy przychodzi Ci stanąć przed wyborem Samba z Cynamonem czy Fokstrot w Świetle Księżyca, a może jednak Wodny Masaż albo Czuły Dotyk, Twoje myśli krążą bardziej po orbicie filmów erotycznych klasy B zamiast zagłębiać się w palecie oferowanych kolorów. W wyborze pomaga jednak doświadczenie zdobywane przez lata gromadzenia lakierów do paznokci . Może jestem słaba w ich nazywaniu, ale doskonale wiem, który odcień niebieskiego wieczorami w sztucznym świetle będzie stawał się zielonkawy. Bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza gdy Twój mężczyzna cały czas powtarza: "Przecież one są i d e n t y c z n e".

Co do decyzji,  przyjdzie Ci stawać jeszcze przed dziesiątkami innych, mniej lub bardziej upierdliwych. Ściana w paski poziome czy pionowe? 6 białych pasków i 7 kolorowych po 33,5 cm czy może jednak 9 białych i 10 kolorowych po 26,14?! Pod parapetem malować na biało czy na niebiesko? Nad oknem tak samo czy na odwrót? A w ogóle to wałkiem czy pędzlem? I gdzie, do cholery, postawić ten stół?!

Tak wiele pytań. Tak mało odpowiedzi.

Dlatego tak ważne są dobre...
Plany.
I znów - nie chodzi tylko o rozwiązanie zadanka rodem z lekcji matematyki w podstawówce: Ile puszek farby musi kupić Klucha, aby pomalować dwa pokoje? Ile będzie kosztował Kluchę cały remont zakładając, że poprosi o pomoc Sympatycznego? Osobiście tak właśnie myślałam jakoś do ostatniego poniedziałku, a przynajmniej do momentu, gdy Sympatyczny stanął nade mną z miarką, plikiem kartek i ołówkiem i zaprezentował takie rzeczy, oto próbka:

Malowanie: level Sympatyczny z Nałogami.
Oprócz całej serii niezrozumiałych dla mnie obliczeń i szkiców do etapu planowania należy doliczyć również całą zabawę z mierzeniem (a  zabawa ta wymaga udziału co najmniej dwóch uczestników, no chyba, że masz cztery ręce, tyle samo par oczu i jakieś 2 metry wzrostu), wspinanie się po meblach i po drabinie oraz...
Pakowanie.
I nagle okazuje się, że nie istnieją rzeczy zagubione - one po prostu bawią się w chowanego. Pamiętacie Biuro Rzeczy Zagubionych Nigdy Nieodnalezionych, o którym pisałam TU? Otóż właśnie część się odnalazła. Niestety w nie najlepszym stanie, gdyż kurz (w przeciwieństwie do lodu czy błota) ma raczej słabe właściwości konserwujące. 


Okazuje się również, że ile książek i bibelotów nie byłoby na Twoich półkach to wszystko spokojnie da się zmieścić w czterech torbach i jednej walizce. No chyba, że wciąż chomikujesz i chowasz gdzieś po kątach podręczniki z liceum - wówczas dolicz jeszcze ze dwa worki na śmieci i karton. 

Aha, pakowanie to jest ten moment, w którym obiecujesz sobie, że połowa z tych rzeczy już nie wróci na swoje miejsce, bo przecież nie można zagracać tak pięknie zaaranżowanej na nowo przestrzeni. Aha, na pewno. Przecież to wszystko może się kiedyś przydać! Jest to również moment, kiedy planujesz meblową rewolucję, ale nie wiesz jeszcze, że za dwa dni okaże się, że misterna konstrukcja szafek i półek może zostać złożona i ustawiona tylko w jeden słuszny sposób. Póki co jednak rozkręcasz wszystko w nadziei na lepsze jutro, wypychasz na środek pokoju i zabierasz się za...
Foliowanie.
Dobra, nie będę trzymać Cię w niepewności. Folia nie służy do chronienia Twoich mebli i podłogi przed zachlapaniem farbą. Folia zapewnia Ci tylko komfort psychiczny i poczucie, że zrobiłeś wszystko, co w Twojej mocy, by zapobiec całkowitemu chaosowi i zniszczeniu. Nieważne jednak jak misternie i z czułością okryjesz nią wszystkie przedmioty i zakamarki i jak dokładnie obkleisz to wszystko taśmą. 

Nie łudź się.
I tak się odlepi. I tak się porwie. 

Handluj z tym!
Albo po prostu zaciskaj zęby i bierz się za...
Malowanie.
Wreszcie dochodzimy do sedna sprawy. Kiedy zdążysz się już namachać jak autostopowicz na trasie do Grójca i spocić jak kierowca PKS-u, czas przystąpić do konkretnej roboty. A będzie to robota niezwykle czasochłonna i niewdzięczna, uwierz mi. Tutaj nadchodzi moment, w którym muszę podzielić się z Tobą najważniejszą nauką jaką wyciągnęłam z całego tego przedsięwzięcia. Usiądź wygodnie, posłuchaj i zapamiętaj: 
Jeśli kiedykolwiek w życiu wpadniesz na pomysł pomalowania całego swojego mieszkania na wyjątkowo intensywny kolor żółto-pomarańczowy, a istnieje chociaż minimalna szansa (nawet 1/1000 cienia szansy), że 5 lat później zamarzy Ci się kolor jasnoniebieski... Zapomnij. Proszę Cię, jak babcię kocham, zapomnij o tym raz na zawsze. No chyba, że jesteś najczystszej próby masochistą, to spoko. Droga wolna.
I nie mówcie potem, że Was nie ostrzegałam.

Na początek ze trzy warstwy białej.
Może pomoże. 
W trakcie malowania okaże się też, że:
a) jednej farby prawdopodobnie nie starczy nawet na drugą warstwę
b) drugiej farby zostanie jakieś pół wiaderka
c) pierwszy raz od gimnazjum użyjesz małego pędzelka, co sprawi Ci więcej radości niż pierwsza (i pewnie ostatnia) piątka na studiach, a w głębi duszy poczujesz się jak Michał Anioł paćkający sufit w Kaplicy Sykstyńskiej.

A w skrócie? Okaże się, że wszystkich opisanych gdzieś tam wyżej planów możesz użyć co najwyżej jako serwetki, gdy zrobisz sobie przerwę na kebaba. Ale tak czy siak, przynajmniej będzie wesoło.
Sprzątanie.
Jak tylko zaliczysz ostatnie machnięcie pędzlem, okaże się, że najgorsze dopiero przed Tobą. Najrozsądniej będzie więc poustawiać wszystkie meble na swoich miejscach i przygotować sobie miejsce do spania. Najlepiej takie, gdzie w nocy nie uduszą Cię opary schnącej farby. Jak już trochę wypoczniesz i odkryjesz, że folia była mniej więcej tak potrzebna jak publiczne wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego, bierz się za skrobanie i szorowanie. Byle spokojnie: rozłóż sobie pracę na kilka etapów i nie przemęczaj się nadto. W końcu czeka Cię jeszcze... 
Rozpakowywanie.
Chociaż wiesz co? Nie spiesz się tak. Przecież książki spokojnie mogą pomieszkać kilka dni w szafie, a buty w kartonach. Ty lepiej usiądź w fotelu, wypij kawę, opisz wszystko na blogu i podziwiaj końcowy...
Efekt. 

To wprawdzie tylko jedna ściana, ale zdecydowanie ta, z której jestem najbardziej dumna.
Wydałam dwie stówki, co się namęczyłam to moje, Sympatycznego miłuję bezwzględnie za cierpliwość, wyrozumiałość i profesjonalizm.

Warto było.

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 32: wszyscy jesteśmy m a s o c h i s t a m i

Masochistic Piñata. 
Mnie śmieszy.
Scenka rodzajowa:

Stoimy z Sympatycznym w korytarzu mego rodzinnego domu, szykujemy się do wyjścia. Właściwie to już wychodzimy, bo właśnie zakładamy buty. Zerkam na niego z ukosa, kontroluję czy już. Już. To znaczy niby już, bo niby gotowy, ale jakoś tak patrzy na mnie spode łba jakbym mu dała szlaban na Ligę Mistrzów.
- Co jest? - pytam z nadzieją, że akurat po prostu mina zawiesiła mu się na chwilę w trybie ''albo-stąd-wyjdę-albo-się-porzygam".
Otrząsnął się lekko. Mina przechodzi w tryb "jestem-niewinny-proszę-nie-krzyczeć".
- Nie no, nic przecież. 
Nie ze mną te numery, cwaniaczku.
- No weź, powiedz i wychodzimy. 
Chwilę jeszcze negocjuje, kręci nosem i sam też coś kręci. Zaczynam się bać, w myślach przeprowadzam szybką analizę, czy aby na pewno czegoś nie zbroiłam? Nie no, bez jaj.
- Nie lubię tych butów.
Analizuję co usłyszałam. Generalnie nie mam problemów z rozumieniem ojczystego języka, ale teraz zanim ja zaczaję i zdążę zadać serię pytań pomocniczych, to on już pospieszy z wyjaśnieniem.
- Są brzydkie, nie podobają mi się w ogóle, ale mniejsza z tym. Najgorzej, że ciągle robią Ci krzywdę.
Zamarłam. Chciałam zaprotestować, ale nie dalej niż 10 minut wcześniej obklejałam piętki plastrami na pęcherze. Z kolei nie dalej niż 3 dni wcześniej klęłam siarczyście i przysięgałam, że nigdy więcej ich nie założę.

Tak oto mam wątpliwą przyjemność przedstawić Państwu Buty Udręki.

Prawdopodobnie każdy z nas ma w swojej szafie chociaż jedne takie buty. No dobra, może nie każdy, bo ostatnio kolega ze studiów ogromnie zdziwił się, gdy powiedziałam, że na pewne zbliżające się wesele marzą mi się w y g o d n e buty. Popatrzył na mnie podejrzliwie i spytał:
- A to nie wszystkie buty są wygodne?! 
No cóż, nie wygląda raczej na faceta, który kiedykolwiek miał na nogach szpilki, więc rozumiem, że ta informacja mogła nim wstrząsnąć. Prawda jest jednak brutalna - im buty piękniejsze tym większa szansa, że co najwyżej można w nich stać albo siedzieć. I to też nie dłużej niż dwie godzinki. Być może producentom ta nasza niewygoda nawet się opłaca - wzrasta wówczas szansa, że klientka do pary nowiuśkich przepięknych szpilek przezornie zakupi w tym samym sklepie jeszcze parę balerinek. A jak baleriny również okażą się mordercze to może wróci jeszcze po trampki.

Jednak nieważne ile cierpienia przysporzyły Ci owe buty, gdy ostatnio miałaś je na nogach, prędzej czy później i tak założysz je ponownie. Albo będziesz musiała, bo to taka okazja i wypada, albo będziesz chciała, bo dla piękności trzeba czasami pocierpieć, albo będziesz się łudziła, że na pewno już je rozchodziłaś i tym razem na pewno Cię nie skrzywdzą. Chociaż w głębi duszy wiesz, że wcale nie będzie inaczej niż zwykle i znowu wrócisz do domu na bosaka albo w pożyczonych kapciach.

Nie raz usłyszysz jeszcze: Naprawdę nie rozumiem po co je nosisz! 
I wzruszysz ramionami, bo też nie rozumiesz.
Czyż nie jest to masochizm w najczystszej postaci? 
 A no jest. I co lepsze jest jeszcze wiele innych bardzo codziennych spraw, które regularnie budzą w każdym z nas małego masochistę.

Są na przykład takie myśli... Myśli Terrorystki. Czasami dotyczą spraw ważnych, czasami zwykłych bzdetów, a bywa i tak, że są całkiem urojone. Nieważne jednak jakiego są gabarytu - w chwilach, gdy Cię nachodzą urastają do rangi konfliktu nuklearnego. Co z tego, że jest dobrze, skoro mogłoby być lepiej? A może to kiedyś było lepiej, a teraz wszystko się popsuło? A nawet jeśli jest świetnie to przecież może się popsuć, hę? No właśnie! Nawet nie próbuj się bronić - Myśli Terrorystki są świetnie przygotowane i uzbrojone w cały arsenał irracjonalnych argumentów i bolesnych wspomnień. Wszystko co pomyślisz może zostać użyte przeciwko Tobie.

Ktoś mądry powiedziałby, że nie warto myśleć o rzeczach, na które nie ma się wpływu. Owszem, nie warto. Ale jednak można.

I znowu ktoś Ci powie: Nie wiem dlaczego się tym zadręczasz! 
A Ty westchniesz, bo nie umiesz inaczej.

Czasami ciężko jest orzec, czy pewne zachowania wynikają z czystego masochizmu czy ze zwykłej głupoty. Przecież doskonale zdajesz sobie sprawę, że to piąte piwo może okazać się gwoździem do Twojej trumny; przecież dobrze wiesz, że cały następny dzień będziesz płakać w poduszkę i zaklinać na wszystkie świętości, że to ostatnia taka wpadka w życiu. I co? Zupełnie nic. Właśnie zamówiłeś szóste? O, no pięknie.

A może skusił Cię pierwszy w sezonie upalny dzień i postanowiłaś dać szansę słońcu, oczywiście bez kremu z filtrem, żeby szybciej nabrać kolorków? W sumie ramiona od godziny już palą żywym ogniem i generalnie czujesz się jak skwiercząca skwareczka, ale przecież wytrzymasz. Jeszcze godzinka. No jeszcze pół. Nie ma sprawy, piękna. Miał być złocisty brąz, a wyszła płomienna czerwień? Niebywałe.

A potem ktoś zapyta: I po co Ci to było? 
A Ty przewrócisz oczami pełnymi łez i już będziesz wiedzieć, że zrobisz to jeszcze niejeden raz.
Bo wszyscy tak naprawdę jesteśmy m a s o c h i s t a m i.

poniedziałek, 11 maja 2015

Rozdział 28: piekielne doniczki, diabelskie rowery, czyli dlaczego nigdy nie zostanę sportowcem

Wy jeszcze nie wiecie, ale już za moment wszystko stanie się dla Was jasne. 
Ja wiem praktycznie od zawsze, chociaż wielokrotnie usiłowałam oszukać przeznaczenie.
Prawda jest jednak tylko jedna...

Klucha nigdy nie zostanie sportowcem.

Generalnie nie warto ludzi oceniać zbyt pochopnie, więc nawet, gdy w mym pierwszym roku życia jakaś nieco nadgorliwa pani doktor stwierdziła u mnie swego rodzaju niedorozwój dolnych partii układu ruchowego i zaleciła wepchnięcie w plastikowe homonto czy też inne średniowieczne ortopedyczne narzędzie tortur, moi rodzice nie przekreślili z góry mojej sportowej kariery i nieprzesadnie interweniowali, gdy planowałam swoją karierę piłkarki nożnej, tancerki towarzyskiej czy akrobatki. Tata nawet dość chętnie przyłączał się do futbolowych treningów rozgrywanych regularnie między ich małżeńskim łożem, a drzwiami sypialni. Mama nieco mniej chętnie odkurzała potem ziemię ze stłuczonych doniczek. 

O, właśnie. Można powiedzieć, że to właśnie doniczki stały się symbolem początku końca mojej sportowej kariery. Pierwszym dość poważnym znakiem, że nie pisane jest mi życie cyrkowej artystki był pewien wypadek, który wydarzył się w czasie nieoficjalnego treningu na tarasie u babci. Ja miałam pięć lat i wielkie aspiracje. Taras miał fikuśną balustradę i pewną dość istotną wadę - wzdłuż balustrady poustawiane były dziesiątki doniczek z kwiatami. Dla ścisłości: były to głównie kaktusy. Wystarczył jeden nieprzemyślany ruch. Utrata równowagi. Pech chciał, że kolanami trafiłam idealnie w owe kaktusy. Auć. Siedziałam potem na krześle, nóżkami nie dosięgałam nawet do podłogi (co właściwie nie zmieniło się aż po dziś dzień), a tata przez długie minuty, które dłużyły się wtedy jak godziny, wyciągał pęsetą kolce z moich kolan. I tak właśnie umarło marzenie o Klusce-akrobatce.

Kolejny wypadek zdarzył się niewiele później i dziwnym trafem też maczały w tym palce... doniczki. Przyznam się szczerze, że nie pamiętam co dokładnie robiłam tego feralnego dnia, ale prawdopodobnie był to najzwyczajniejszy w świecie trening cardio na jaki może pozwolić sobie kilkuletnie dziecko: mianowicie bieganie tam i z powrotem po schodach. Mama już wtedy miała tendencję do nadmiernego pastowania podłóg i, jak się okazuje, schodów również. Na dodatek, nie wiedzieć czemu normą w naszym domu były wówczas doniczki z kwiatkami porozstawiane na poszczególnych stopniach. Śliskie schody, doniczki pełne ziemi, nadpobudliwe dziecko... To nie mogło skończyć się dobrze! Z gracją, której nie powstydziłby się żaden profesjonalny kaskader, stoczyłam się niczym kulka z samej góry na sam dół, po drodze zgarniając ze sobą większość wspomnianych doniczek. Nie wiem co działo się później, oprócz tego, że bardzo głośno krzyczałam, żeby mama broń Boże nie wrzucała mnie pod prysznic, bo najbardziej bałam się, że z doniczkowej ziemi zrobi się błoto. I tak właśnie zakończyłam karierę biegaczki.


Specjalną kategorię moich sportowych wypadków stanowią wypadki rowerowe, z czego jeden był wyjątkowo znamienny w skutkach, gdyż dzięki niemu byłam jedynym dzieckiem w całym powiecie (a może i na świecie), które szło do komunii z pięknym limo pod okiem. Wprawdzie w zdarzeniu nie uczestniczyły żadne doniczki, za to rzecz działa się w ogródku, a jak wiadomo w ogródku ziemi ogrodowej również nie brakuje! Jeśli planujecie kiedyś, w bliższej lub dalszej przyszłości, posyłać swoje dziecko do komunii (generalnie odradzam, zwłaszcza jeśli nie jesteście zbytnio wierzący, ale to nie o tym dzisiaj mowa) to zapamiętajcie jedną ważną rzecz: nigdy, przenigdy nie pozwalajcie mu wsiadać na rower dzień przed uroczystością. Właściwie dotyczy to wielu innych okazji. Na przykład matury. I wielu innych pojazdów. Na przykład samochodu. W moim przypadku był to jednak rower i to w wyjątkowo pechowej i bolesnej konfiguracji z ... materacem, ogrodową ławką i mną za kierownicą. Co tu dużo mówić, okiem idealnie wpasowałam się w róg ławki. I tak właśnie okazało się, że cyklistką też raczej nie zostanę. 

Wszystkie te wypadki, które zdarzały mi się przez całe dzieciństwo (a te opisane wyżej nie były jedyne, wierzcie lub nie) wyraźnie dawały mi do zrozumienia, że powinnam odpuścić sobie wszelką aktywność fizyczną. Klucha jest jednak uparta i wbrew pozorom szybko zapomina o złych rzeczach - co kończy się najczęściej tym, że po kilka razy popełnia te same błędy i raz na jakiś czas musi sparzyć się na nowo. W ten oto sposób zaliczyłam bardzo bliskie rowerowe spotkanie biodra z barierką na wiadukcie, skręconą kostkę, wybity palec czy też przejażdżkę skuterkiem GOPR-u oraz wizytę w szpitalu po bardzo nieprzyjemnym wypadku na stoku. Pierwsza i ostatnia wyprawa na narty, jak dotąd. Skoro pytacie, narciarką chyba też już nie zostanę.

Klucha z biodrem.
Taka tam pamiątka z wyjazdu.
Za to póki co zostałam blogerką i wydaje mi się, że to wreszcie sport dla mnie... A przynajmniej dość ciężko o kontuzję! 

PS Powstanie tego tekstu również obfitowało w kilka pseudo-sportowych incydentów. Olśnienie spłynęło na mnie w czasie nurkowania we własnej wannie (a jakże!), wyskakując z niej z impetem Kamila Stocha wybijającego się z belki startowej zaliczyłam niemalże łyżwiarski piruet bosą stopą na mokrej podłodze, a następnie puściłam się sprintem do laptopa, prawdopodobnie pobijając swój życiowy rekord prędkości. Ale oczywiście nikt tego nie widział. 

sobota, 2 maja 2015

Odcinek 26, w którym przedstawiam Najbardziej Różową Wędkarkę Świata i dzielę się garścią majówkowych wspomnień

Majówka to taki śmieszny moment w roku; jeden z tych, na którego spędzenie można mieć miliard pomysłów, a i tak zazwyczaj kończy się na suto zakrapianym grillu. Nie ma się co dziwić, zwłaszcza, że majówkowe promocje są bardzo hojne jeśli chodzi o cztero-, sześcio- i ośmiopaki piwa i kiełbasy, a nieco mniej hojne, gdyby na przykład naszła Cię chęć na wyjście do teatru. Ja z majówkowego szaleństwa (jak i z każdego innego) lubię się trochę ponabijać, jednak starouczniowskim zwyczajem szczerze doceniam każdy dłuższy weekend i wolny piąteczek. Bo dlaczegóż by nie?

Moja zeszłoroczna majówka była jednak zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych. Mianowicie zeszłoroczną majówkę spędziłam w Erywaniu, który był ostatnim przystankiem naszej niemal trzytygodniowej rodzinnej wyprawy po Gruzji, Azerbejdżanie i Armenii.

Nie do końca wiedzieliśmy przy jakiej mieszkamy ulicy,
więc dla pewności woleliśmy zrobić zdjęcie.
Po tym wyjeździe pozostała mi na pamiątkę pusta butelka po Araracie (tradycyjnym armeńskim koniaczku) oraz mocne postanowienie, że nigdy więcej nie ruszam się na tak długo bez Sympatycznego. Zeszłoroczna majówka była więc dla mnie wyjątkowa i nieco (bardzo chciałam uniknąć tego słowa, ale naprawdę nie umiem) traumatyczna. Aż do owego wyjazdu nie wiedziałam, że można tak bardzo tęsknić, bo nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się tego robić. Nie wiedziałam też jak bardzo mogą dłużyć się trzy tygodnie, nawet gdy czas masz wypełniony po brzegi zwiedzaniem i pokonywaniem odległości z jednego miasta do drugiego (a miast i środków transportu i przygód z nimi związanych było co niemiara; od Tbilisi, przez Baku i dziesiątki mniejszych, aż do wspomnianego Erywania; od samolotu, przez pociąg pełen nastoletnich kazaskich zapaśników, aż do przepełnionych marszrutek, w których bagaże przywiązuje się sznurkiem na dachu, a w przypadku braku miejsc siedzących pomiędzy fotelami dostawia się taborety). Teraz, gdy minął już rok, śmiało mogę przyznać, że była to na pewno najbardziej niesamowita majówka w moim życiu (jak dotąd), aczkolwiek wciąż nie potrafię patrzeć na zdjęcia z tej wyprawy bez dziwnego ukłucia w sercu, które przypomina jak bardzo nie potrafiłam się nią cieszyć.

Klucha tradycyjnie była najbardziej zainteresowana
lokalnymi przysmakami, zwłaszcza tymi słodkimi.
Tyle jeśli chodzi o zeszłoroczną majówkę; teraz czas wrócić do tegorocznej, która choć jeszcze się nie skończyła to już zdążyła przynieść mi wiele radości. Zacznijmy od tego, że całym sercem wierzę w równouprawnienie i straszliwie nie w smak są mi wszelkie podziały na obowiązki, czynności czy rozrywki damskie i męskie. Jestem kobietą, owszem, wcale się tego nie wstydzę. Uważam jednak, że większość tych podziałów to strasznie sztuczne twory i zupełnie nie warto się nimi przejmować. Jedną z majówkowych aktywności, które podlegają dość mocnej segregacji płciowej jest wędkowanie. Sympatyczny z Nałogami wędkuje od lat; ja pierwszy raz wędkę trzymałam w ręku jakoś w zeszłym roku, kiedy udało mi się wreszcie go namówić, by zabrał mnie ze sobą. Na jego nieszczęście spodobało mi się do tego stopnia, że nawet kupiłam sobie własną wędkę... No i żegnajcie męskie wypady na rybkę. Tak też stało się i teraz; w wyniku różnych perturbacji pojechaliśmy sobie na połów tylko we dwoje. Plan był dobry, miał jednak kilka słabszych punktów. Albo może wcale nie słabszych; po prostu tak miało być! Przede wszystkim już na wstępie popisałam się stylówką i stałam się jedyną różową plamą w całym morzu zieleni i paskudnego moro. Na dodatek jedyną kobietą na całym łowisku (nie licząc jednej żony wsuwającej frytki pod altanką), a już na pewno jedyną z wędką w ręku. Już widziałam te zaciekawione, lekko rozbawione spojrzenia... Na dzień dobry lunął deszcz, trochę pogrzmiało i w pewnym momencie byliśmy już bliscy poddania się i urządzenia sobie wycieczki do Maka na FishMaca. Na szczęście nie daliśmy się i wróciliśmy do gry. I było warto, nawet nie wiecie jak bardzo!

Przedstawiam Państwu Pana Karpia.
O, już wiecie. Właśnie dlatego było warto. Oprócz Pana Karpia (waga: jakieś 1,5 kilo) dorwałam też parę małych karasi, jednak to On, największa ryba jaką złapałam do tej pory, zupełnie zrobił mój dzień. Nie myślcie, że było łatwo; całe szczęście, że nie wciągnął mnie do wody, bo stoczyliśmy ze sobą porządną walkę, zanim wreszcie udało mi się go wyciągnąć. Gdy wreszcie się udało, cieszyłam się jak mała dziewczynka, a kolana drżały mi jak przed występem na szkolnej akademii. Karp został odpowiednio obfotografowany, wyściskany, a następnie wypuszczony, więc nie musicie martwić się o jego zdrowie. Prawdopodobnie nauczony doświadczeniem nie da się drugi raz tak łatwo nabrać na białego robaka i kukurydzę, więc może trochę sobie popływa.

Tak właśnie Najbardziej Różowa Wędkarka Świata udowodniła, że nie kolor wdzianka zdobi wędkarza i że nawet mała dziewczynka może wyciągnąć z wody całkiem sporą rybę. Problem jest tylko taki, że teraz mam apetyt na jeszcze większe zdobycze... I dopiero okaże się czy podołam takiemu wyzwaniu! Trzymajcie kciuki. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 25, a w nim prosty przepis na Kluchę Zadowoloną częściowo pisany wierszem

No dobra, przepis nie do końca pisany wierszem, ale co nieco będzie się rymować. 
Powiem nieskromnie: Klucha to naprawdę nietrudne i niedrogie w utrzymaniu stworzenie. Nie stawia raczej wygórowanych żądań, nie ma zbyt wielkich wymagań sprzętowych i nie potrzebuje wyjątkowo wykwintnego pożywienia. Ze wszystkich przyjaciół człowieka Klucha to najlepszy wybór jeśli zależy Ci na sympatycznym towarzystwie, skrojonym na miarę dowcipie i ciepłym ciałku, do którego zawsze można się przytulić. 

Wprawdzie brzmi to nieco jak ogłoszenie matrymonialne czy inna zanęta; wprawdzie Klucha Leniwa jest tylko jedna i takowej reklamy nie potrzebuje. Być może jednak nie zdajecie sobie sprawy jak wiele innych Klusek żyje wokół Was. I prawdopodobnie nie wiecie też jak łatwo można owe Kluski uszczęśliwić.

Właśnie dlatego postanowiłam ułatwić Wam życie i specjalnie dla Was przygotowałam niezwykle prosty rymowany poradnik. Oto przedstawiam:

Prosty przepis na Kluchę Zadowoloną

Na początek potrzebujesz dwie szklanki miłości, garść cierpliwości, garść wyrozumiałości i szczyptę kreatywności. Nie zaszkodzi kropla umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Inteligencja i/lub poczucie humoru będzie dodatkowym atutem. Całość wymieszaj, a następnie...

Ene due rike fake, przynieś mi słodyczy pakę
Powszechnie wiadomo, że szczęście zaczyna się od 200 kcal. Badania amerykańskich naukowców jednoznacznie potwierdzają, że Kluski osiągają najlepsze wyniki intelektualne po spożyciu odpowiedniej ilości czekolady. 

Ene due rabe, przyjdź do mnie z kebabem
Ci sami naukowcy udowodnili też, że regularne spożywanie kebaba jeszcze żadnej Klusce nigdy nie zaszkodziło. Ba! Zaobserwowano nawet, że już sam brak konieczności samodzielnego przygotowania posiłku znacząco podnosi poziom endorfin u tych osobników. 

Kukuryku, nie budź mnie budziku
Drzemka po posiłku to typowe zachowanie wśród przedstawicieli tego gatunku. Popołudniową drzemkę należy uszanować, zalecane jest również spontaniczne dołączenie się do tej aktywności.

Raz, dwa, trzy... dzisiaj zmywasz Ty! 
Jak wynika z przeprowadzonych badań gatunek ten wykazuje szczególną niechęć do obowiązków domowych, zwłaszcza do zmywania. Jeśli chcesz zobaczyć uśmiech na twarzy swojej Kluchy nie wahaj się ani chwili - pozmywaj. 

Dylu dylu na badylu, nie pal papierosów tylu
Generalnie dbaj o siebie i o swoje zdrówko, bo Kluchy potrzebują kompleksowej i długoletniej współpracy i zainteresowania; często dążą także do prokreacji, więc lepiej, żeby pewne Twoje organy pozostały jak najdłużej sprawne. 

Entliczek pentliczek, magiczny guziczek
Jeśli nie rozumiesz po prostu przejdź dalej i udawaj, że nic się nie stało. Może za parę lat... 

Palec pod budkę, chodźmy na wódkę
Albo lepiej na coś smaczniejszego, większość osobników doceni dobrze schłodzone piwko, średniej klasy winko lub whisky z colą. 

Ence pęce, weź mnie na ręce
Żartowałam. Jak wypadnie Ci dysk albo nabawisz się przepukliny to dopiero będzie. Klusek nie trzeba brać na ręce: wystarczy za ręce albo w ramiona. 

Anse kabanse, nie dla mnie konwenanse
Jak ognia strzeż się zaczynania wypowiedzi od Przecież to nie wypada... Co może Ci wypaść ustaliliśmy już punkt wcześniej. W nagrodę nie musisz za Kluchę płacić w restauracji, za to możesz zostawać na noc, nawet codziennie. Tak, bez ślubu. 

Teraz jeszcze raz wymieszaj wszystko dokładnie. Następnie podgrzej, przelej w słoiczek i dokładnie zawekuj, żeby służyło Ci jeszcze przez wiele kolejnych lat. Raz na jakiś czas powtórz. 
Sam widzisz, nie było aż tak trudno, a nawet jeśli, to chyba szczęście Twojej Kluski wynagrodzi Ci ten wysiłek. Mam nadzieję, że Ty i Twoja Klucha będziecie zadowoleni. 

Misja wykonana.
Za rozstania, kłótnie małżeńskie i zwolnienia z pracy nie odpowiadam.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 24: czas pozmywać, czyli psychotest nad zlewem

Olśnienie może spłynąć na Ciebie w najmniej oczekiwanym momencie; Archimedesowi przydarzyło się ono podobno w łazience, gdy brał kąpiel, natomiast mnie dopadło w kuchni, kiedy to usiłowałam zmusić się do zneutralizowania sterty brudnych naczyń leżących w zlewie. 

Nie cierpię zmywać; naprawdę nie znoszę. Wiem, że obowiązki domowe właśnie dlatego są obowiązkami, gdyż w innym wypadku niemal nikt by się za nie zabrał. Ale wśród wszystkich zadań, które nakłada na Ciebie (mniej lub bardziej samodzielne) prowadzenie gospodarstwa domowego, zmywanie naczyń jest tym, czym przy gotowaniu jest krojenie cebuli. Niby wiesz, że to konieczne i efekt końcowy będzie nawet przyjemny, ale wciąż niewykluczone, że w trakcie nie raz z oka poleci Ci łezka i zapragniesz się poddać. Tak czy siak, zmywania nie lubię i gdybym tylko miała z kim negocjować, to z pewnością przehandlowywałabym tydzień zmywania za odkurzanie i umycie okien albo zmywanie w weekendy za regularne pranie. 

Czarno-białe, bo smutek.
Nad stertą brudnych naczyń usiadłam i płakałam.
Nie raz i nie dwa myślałam o zmywarce. Można powiedzieć, że skrycie marzę o niej aż po dziś dzień. Niestety jestem tylko ubogą studentką dorabiającą od czasu do czasu na umowie-zleceniu, na dodatek zamieszkującą skromną kawalerkę. Co w tym złego? Zupełnie nic, to naprawdę przyjemny okres w życiu, polecam wszystkim. Problem jest tylko taki, że na zmywarkę nie starczy mi ani pieniędzy, ani tym bardziej miejsca. A najgorzej, że zmywarce raz na jakiś czas zdarza się czegoś nie domyć, więc gdybym miała jeszcze po niej poprawiać...*zgrzyta zębami* Dość szybko mogłoby się okazać, że nie ma tu miejsca dla nas dwóch i któraś musiałaby się wyprowadzić.

Wróćmy jednak do wspomnianego wcześniej olśnienia, gdyż moja osobista niechęć do zmywania to dopiero początek. Pół żartem, pół serio zapytałam Was na fejsbuku, co Was popycha do zmywania. Czy macie z góry ustalony plan dnia, w którym zmywanie znajduje się na specjalnym miejscu? Czy robicie to regularnie, bo tak trzeba i tak Was nauczono w domu/ w wojsku/ na obozie harcerskim? Czy odkładacie tę czynność tak długo jak się da, aż po prostu nie macie wyjścia i musicie się za to zabrać? 

Wyniki tej małej sondy okazały się kompletnie niewiarygodne i niemiarodajne (bo takie właśnie musiały się okazać) za to doszłam do wniosku, że mało co tak dużo mówi o Twojej osobowości jak Twoje podejście do zmywania naczyń.

Najprostszy przykład jaki przychodzi mi w tej chwili do głowy to zmywanie naczyń a studia i wychodzi na to, że niewiele się obie te sprawy różnią.

Mój system zmywania naczyń to zdecydowanie model odkładam wszystko do zlewu, trochę zalewam wodą, żeby nie zaschło, a pozmywam jak już nie będę miała na czym zjeść ani z czego wypić. Największą zaletą tego systemu jest to, że zmywam raz a porządnie; dodatkowo żadne naczynia nie czują się uprzywilejowane i żadne nie są też pomijane, gdyż korzystam z tych, które aktualnie (jeszcze) są czyste. Największą wadą jest z kolei fakt, iż czasami, wcześniej niż brak kubka na kawę, do zmywania zmusza się mnie przykry zapach wydobywający się ze zlewu. No i gąbka zdecydowanie zbyt często ląduje na samym dnie. Jak to się ma do mojej kariery uniwersyteckiej? Ależ proszę bardzo, już tłumaczę. 

Mój system studiowania to również typ odkładam wszystko na później, cały semestr unikam wszelkiej aktywności intelektualnej i regeneruję siły po to, aby w sesji umrzeć przygnieciona nadmiarem zaległości. Zalety są takie, że przez większą część semestru mam czas i siłę na o wiele przyjemniejsze i pożyteczniejsze rzeczy niż ślęczenie nad książkami. Z kolei do wad zaliczamy nagłe uczucie paniki tuż przed egzaminem, deficyt snu i lekkie wyrzuty sumienia. Ale naprawdę tylko lekkie, bo ostatecznie i tak wychodzę na plus, a wyspać się też jeszcze zdążę. 

Jeśli jesteś tym człowiekiem, który od pierwszych zajęć zna sylabus na pamięć i już w październiku zaczyna przygotowania do czerwcowego egzaminu, prawdopodobnie w Twoim zlewie nie uświadczysz nawet jednej małej brudnej łyżeczki, gdyż zmywasz i uczysz się zawsze na bieżąco, czego nawet trochę Ci zazdroszczę. 
Jeśli nieobce są Ci dojrzewające w Twoim zlewie nowe formy życia, czasami nawet z zaciekawieniem podglądasz co u nich słychać i nadajesz im imiona, to wielce prawdopodobne, iż masz w sobie coś z szalonego naukowca lub niezrozumianego artysty.
A jeśli problem zmywania praktycznie Cię nie dotyczy, bo masz zmywarkę albo partnera/partnerkę skorych do wykonywania takiej domowej czynności, wtedy prawdopodobnie oznacza to, że czasy edukacji masz już dawno za sobą, za to całkiem dobrze układa Ci się życie i oby tak dalej!

Co więcej mogę powiedzieć? Tylko tyle, że radzę trzy razy się zastanowić zanim kupicie najtańszy płyn do mycia naczyń ze Stonki wraz z promocyjnym zestawem kolorowych gąbeczek. Płyn się nie pieni, gąbeczki w wyniku kontaktu z wodą robią się całkiem płaskie, a zmywanie trwa dwa razy dłużej. A chyba chodzi o to, by jak najszybciej się z nim uporać, czyż nie? 

sobota, 11 kwietnia 2015

Odcinek 22: o sandałach upokorzenia, miłości i stopach, choć nie jest to notka dla fetyszystów

To nie jest notka dla fetyszystów. Wbrew pozorom nie jest to również notka pisana przez fetyszystkę. A jednak, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, będzie dziś o miłości i stopach. A jak jedno łączy się z drugim dowiecie się już za moment. Przygotujcie się więc na drobną porcję intymnych wyznań i szczyptę dziwactw. Do dzieła!

Od najmłodszych lat nienawidziłam stóp. To nie była zwykła niechęć; to była najprawdziwsza w świecie nienawiść, granicząca momentami z przykrym natręctwem. Z dzieciństwa pamiętam jedną scenę, która znakomicie obrazuje tę przypadłość:
Jest lato. Są wakacje, prawdopodobnie gdzieś między pierwszą a drugą klasą podstawówki. Upał jak diabli, więc po domu biega się boso. Jakoś tak w rodzinnym towarzystwie jest to jeszcze akceptowalne. Wtem dzwonek do drzwi. Niezapowiedziana wizyta jakiegoś znajomego, kuzyna czy innej obcej postaci. Stoję w salonie, gdzieś przy ścianie czy kominku, i nie mogę się zdecydować czy lepiej schować się za firanką czy wejść za fotel. Ktoś wchodzi, wita się. Patrzę z przerażeniem na swoje bose siedmio- czy ośmioletnie stopy (przecież sobie ich nie odetnę, do diaska, chociaż siekiera leży niebezpiecznie blisko, jak to przy kominku) i w akcie desperacji wciskam je pod dywan. Tak, właśnie. Witam gości chowając nóżki pod puchatą skórę z owcy. 

Ta nienawiść (to zboczenie, to dziwactwo) latami ewoluowała i przybierała coraz to nowe formy. Była nienawiść do swoich krótkich i grubych paluszków; nienawiść do swego płaskostopia; nienawiść do sandałów i klapek; nienawiść do zbyt krótkich paznokci; nienawiść do paznokci niepomalowanych...Wreszcie nienawiść totalna. Nadszedł taki moment, że nie tylko nie dopuszczałam do siebie myśli o pokazywaniu swych własnych stóp, ale też brzydzili mnie wszyscy ludzie, którzy w mym towarzystwie pozwalali sobie na taki występek. Byłam orędowniczką spania w skarpetkach i seksu w skarpetkach; propagatorką zakrytego obuwia oraz inicjatorką ogólnopolskiego zakazu odsłaniania stóp w miejscach publicznych. Przysięgam, w swych nastoletnich latach byłam bardziej skłonna pokazać komuś cycki niż stopy.

Raz na jakiś czas podejmowałam jednak próbę znalezienia sandałów, w których choć minimalnie udałoby mi się zachować poczucie własnej godności. Zaliczyłam podejścia do klasycznych sandałów Scholla, sandałów typu "sportowe", eleganckich sandałków na koturnie, trochę etno-sandałów czy też takich z rockowym pazurem i wystającymi tu i ówdzie ćwiekami. Podsumowanie mogę zawrzeć w jednym pięknym staropolskim słowie: gówno.
Jakbym się nie starała i czego bym nie wynalazła... pulchne stópki z płaskostopiem źle wyglądają we wszystkich sandałach świata. Zwłaszcza jeśli owe stópki przechodzą płynnie (uwaga, płynnie to słowo klucz) w równie pulchne łydeczki.

Poszukiwania butów na lato stanęły więc w martwym punkcie i poniekąd pogodziłam się, że na zawsze pisane są mi espadryle czy inne tenisówki. Wciąż jednak nierozwiązana pozostawała kwestia stóp samych w sobie. A raczej pokazywania ich osobom postronnym.

I tu właśnie na scenę wkroczył Sympatyczny z Nałogami.
Był sierpień, globalne ocieplenie dawało o sobie znać na każdym kroku. Dopiero co zaczęliśmy się spotykać, nie znaliśmy się zbyt dobrze. Zaprosiłam go do siebie pooglądać telewizję, zamówić pizzę. Było gorąco jak cholera, więc cały dzień przesiedziałam w domu w przewiewnych spodniach typu alladynki, oczywiście bez skarpetek. Zadzwonił domofon. Zazwyczaj w takiej sytuacji szybko założyłabym przygotowane zawczasu skarpetki. Nie zrobiłam tego. Otworzyłam drzwi, zasiedliśmy na kanapie. Zazwyczaj schowałabym stópki pod kocyk albo (jak wyżej) pod dywan. Nie zrobiłam tego. Za to oparłam stopy na jego kolanach. Bose stopy. 

W tym momencie życia postanowiłam, że jeśli zupełnie bez powodu postanowiłam zaufać komuś na tyle, by przedstawić mu swoje stópki, to na pewno mogę tej osobie zaufać we wszystkim innym. Później okazało się też, że oswojenie się z myślą, że ktoś lubi te dziwne części twojego ciała sprawia, że samemu też poniekąd zaczyna się je akceptować. Ba! Chyba nawet trochę je polubiłam.

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem na moje całkowite
pogodzenie się z faktem posiadania przeze mnie stóp, sztuk dwie.
Stopy bez wątpienia są jedną z najbardziej bezradnych części ludzkiego ciała. Bywają żylaste, kościste, koślawe; czasami mają płaskostopie, grzybicę i inne przykre przypadłości. Grunt to akceptować się w całości, od stóp do głów. No i kochać, od najmniejszego palca aż po cebulki włosów. 

Nie proś swojej drugiej połówki o rękę. Sprawdź ją i spróbuj poprosić ją o stopę. I odpuść sobie te sandały upokorzenia, skoro szczęśliwszy jesteś w przepoconych tramposzach. 

piątek, 3 kwietnia 2015

Odcinek 21, w którym odkrywam dlaczego warto wracać do domu na święta

To, że niespecjalnie lubię święta nie jest żadną tajemnicą. Prawdopodobnie domyśliliście się tego gdzieś w okolicach tego postu. Zawsze myślałam jednak, że Wielkanoc jest odrobinę mniej inwazyjna dla mojego zdrowia niż Boże Narodzenie, wraz ze swoim zakupowo-prezentowym szaleństwem, sztucznym śniegiem na szybach i kolędami w wykonaniu Krzysztofa Krawczyka. Niestety, swoją nadzieją na ładne, ciepłe i wiosenne święta, w które można wymknąć się z domu na spacer, sprowokowałam tylko złośliwą małpę, jaką jest los. Zamiast czerpać energię (potrzebną do przeżycia zmasowanego ataku kurczaków, jajek i pistoletów na wodę) ze słońca mogę co najwyżej zadowolić się śniegiem. Albo wiatrem.

Ale momencik. Żeby nie było, że klucha nie dość, że leniwa to jeszcze wybitnie marudna... Może i rodzinne święta to niekoniecznie mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale jednak przyjazd do rodzinnego domku ma wiele zalet; tyle zalet ile pomieszczeń.

To, co cieszy mnie najbardziej, gdy tylko przekraczam próg łazienki to wizja niekończącej się ciepłej wody. Zrozumie to każdy, kto tak jak ja posiada w swoim słoikowym warszawskim mieszkanku bojler o pojemności wanienki dla noworodka. First world problems - ogolić tylko jedną nogę i umyć włosy, ogolić obie i płukać głowę w zimnej czy w ogóle sobie odpuścić, założyć spodnie i czapkę?

Z kolei w kuchni cieszy inna rzecz - samozapełniająca się lodówka. No dobra, żartuję, ja nie z tych, co wierzą, że w domu mieszkają krasnoludki albo inne aniołki, które w niezauważalny dla zwykłego śmiertelnika sposób pilnują, żeby lodówka nigdy się nie opróżniła, żeby papier toaletowy nigdy się nie skończył i żeby wanna nie porosła rzęsą. W każdym razie, lodówka na pewno nie samozapełniająca się, ale za to na pewno pełna. I zawsze znajdzie się w niej coś dobrego i niekoniecznie będzie to podejrzanie pachnący pasztet spod laski z ogórkiem konserwowym, kupionym omyłkowo zamiast kiszonego.
Studenci zrozumieją. 
I jest jeszcze jedno pomieszczenie, o którym warto wspomnieć. Mój pokój. Wyprowadziłam się z domu (mniej lub bardziej na stałe) mając niecałe szesnaście lat, a że planowałam to nawet wcześniej, mój pokój nie zmieniał się właściwie odkąd skończyłam lat trzynaście. Przekraczam więc jego próg i nadziwić się nie mogę ile skarbów kryje jego wnętrze. Na przykład wczoraj znalazłam w szufladzie biurka kilogram (!) zielonej plasteliny i swoją starą empetrójkę. O istnieniu połowy piosenek dawno już zapomniałam, a niemalże każda budzi w mojej głowie jakieś wspomnienie. To chyba dobra okazja, by napisać znowu o muzyce; być może Soundtrack vol.2 już wkrótce, a pierwszą część możecie przypomnieć sobie tutaj.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, co kierowało trzynastoletnią Kluchą
przylepiającą takie rzeczy do ściany swojego pokoju? 
Dobrze czasami wrócić do domu i nacieszyć się drobnymi rzeczami. Dlatego właśnie nawet lubię bycie warszawskim słoikiem z wieloletnim doświadczeniem, gdyż lepiej mieć coś rzadziej i umieć to docenić niż, żeby nam się miało wszystkim w dupach poprzewracać.

Ze szczególną dedykacją dla mojej rodziny
oraz wszystkich słoików świata.

poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział 20: podrap po pleckach, czyli dlaczego bycie kotem jest fajne, ale nie pomoże Ci w znalezieniu pracy

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że zupełnie nie jestem typem kociary. Ba, w ogóle ze zwierzętami nie łączą mnie szczególnie bliskie relacje. Ostatnie moje własne zwierzątko pożegnałam jakoś w piątej klasie podstawówki (RIP Kuleczka, chomik wielkości sporej świnki morskiej, który lubił sobie spieprzyć z klatki i pomieszkać parę dni pod podłogą, a do tego wszystkiego osiwiał i tyle go było); jakiejś 1/5 zwierząt się boję, 2/5 się brzydzę, a pozostałe raczej średnio komponowałyby się w kawalerce. Zdecydowanie bardziej od zwierzaków wolę dzieci i tego się będę trzymać. 

Jednak koty to trochę inna sprawa. Lubię je na chwilę, ale im nie ufam; czasami wezmę na kolana, ale obawiam się, że one od razu wyczuwają moją niepewność; niekoniecznie chciałabym mieć swojego w domu, ale za to bardzo im zazdroszczę. Bo co by o kotach nie mówić, to życie mają przednie. 

Dlaczego?
Bo spanko. Dużo spanka, w dowolnym miejscu i czasie. Wszystkie pozycje dozwolone i nikt nie ma prawa twierdzić inaczej. Niezależnie czy mam ochotę położyć Ci się na kolanach, klawiaturze, telewizorze, krześle czy głowie; musisz to zaakceptować i poczekać aż mi się znudzi. 
Bo drapanko. Drapanko z głaskankiem, głaskanko z miziankiem i inne konfiguracje. Jestem kotem, więc nawet nie muszę się o nie prosić, każdy rozsądny człowiek wie co ma robić. Koniec z błaganiem "podrap po pleckach"; teraz wystarczy tylko ganiące pacnięcie łapką. 


Bo jedzonko. Podsuwane prosto pod nos o regularnych porach i w rozsądnych porcjach. W razie jakiegoś ludzkiego błędu, jako kot mam prawo do wyrażenie swojego niezadowolenia znaczącym prychnięciem, syknięciem lub (ponownie) ganiącym pacnięciem łapką. 
Bo jeszcze więcej spanka, drapanka i jedzonka. 
O tak, zdecydowanie ze wszystkich zwierząt na świecie, chciałabym być właśnie kotem. 

Kiedy już przeanalizowałam tę sprawę dogłębnie i ostatecznie podjęłam decyzję o zostaniu kotem, pomyślałam, że przy wszystkich zaletach takiego stanu rzeczy, istnieje też pewna wada tego wyboru. 

Wyobrażam sobie rozmowę o pracę. Wchodzę do absurdalnie małego pomieszczenia przypominającego pokój przesłuchań. W środku trzy krzesła, jeden stół, tablica z mazakami. Brakuje tylko lampki nachalnie skierowanej prosto w moją twarz. Siadam, zakładam nogę na nogę, na stół rzucam teczkę. W środku moje absolutnie imponujące CV. Na nogach całkiem eleganckie i całkiem niewygodne buty. Sukienka prosto odebrana z pralni, a żakiet dodaje animuszu i lat; z resztą tak samo jak czerwona szminka. Profesjonalnie do bólu nakreślam swoją ścieżkę kariery, czuję się zwycięzcą, jestem zwycięzcą, szef działu HR pogwizduje z uznaniem. Nieskromnie godzę się z myślą, że ta praca już jest moja. I nagle, jak grom z jasnego nieba, pada zupełnie niepoważne pytanie: Jakim zwierzęciem chciałaby Pani być? 
Kotem.
[tu następuje gonitwa myśli: przecież nie powiem, że kotem. koty są dzikie, ale leniwe. koty harcują w nocy, a pół dnia przesypiają. koty nie potrafią pracować w grupie. koty są strasznie słabe w obsłudze kserokopiarki. koty nie jeżdżą na integracyjny paintball, bo wcale nie lubią się socjalizować.]
Kotem.
A dlaczego kotem? 
[tu następuje gonitwa myśli nr 2: jak już mam być tym kotem to muszę wybrać sobie jakąś strategię przetrwania. rzucić się na niego z pazurami czy wejść pod stół i zacząć miauczeć?]
Miau.

PS Podobno najczęściej udzielaną na to pytanie odpowiedzią jest osioł. Drugie miejsce zajmuje świnia. A przynajmniej tak wynika z moich (nie)wieloletnich obserwacji rynku pracy. 
PPS Jak kiedyś się na Was obrażę to pamiętajcie, że wystarczy wysłać delegację, która podrapie mnie po pleckach. Zawsze pomaga, Sympatyczny może potwierdzić.