Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samokontrola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samokontrola. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 27: dlaczego Klucha nie zostanie Waszym prezydentem?

Pozwoliłam sobie pożyczyć Fiołeczka od Sztucznych Fiołków,
bo nic lepiej nie oddaje mojego stanu emocjonalnego
przed niedzielnymi wyborami.
Ugh, wybory. Taki aktualny temat, że prawdopodobnie każdy polski bloger powinien dorzucić swoje trzy grosze. Aktualnie nie mam siły ani nastroju na dogłębną analizę programów poszczególnych kandydatów; nie zamierzam też dzielić się z Wami swoimi preferencjami wyborczymi, co by nie mieszać Wam w głowach, gdyż ja w swojej mam wystarczająco namieszane. Za to zdradzę Wam pewien sekret... 

Kiedyś sama bardzo chciałam zostać prezydentem. Pół dzieciństwa opowiadałam ze szczegółami jak to będę rządzić naszą piękną ojczyzną, jaką to nie będę dumą i chlubą naszego narodu. No i najważniejsze: jako pierwsza kobieta-prezydent w naszym kraju miałam udowodnić, że władza nareszcie trafiła w odpowiednie ręce. Jak widać wciąż mam na to spore szanse, bo póki co nie zanosi się, żeby ktoś miał mnie ubiec, niestety.

W międzyczasie pojawił się jednak inny problem: im stawałam się starsza i im więcej obcowałam z naszą rodzimą polityką, tym bardziej odsuwałam od siebie chęć mieszania się w nią w jakikolwiek sposób. Jeszcze nie tak dawno kiełkowała we mnie myśl o kandydowaniu w wyborach samorządowych: wyrwałam ją z korzeniami, a grunty odrolniłam. Tak oto im bliżej mi do wymaganego 35 roku życia, tym dalej od Pałacu Prezydenckiego i od spełnienia największego marzenia dzieciństwa. 

Pewnie nie zapytacie, ale ja i tak odpowiem: a dlaczego konkretnie nie zostanę Waszym prezydentem? A właśnie dlatego, że... 

Nie umiem kłamać, bo nie lubię. Albo nie lubię, bo nie umiem. W każdym razie byłabym strasznie słaba w przedwyborczych obietnicach i powyborczych konferencjach prasowych, bo przy każdym kłamstwie wybuchałabym szaleńczym śmiechem i przybierała barwę dojrzałego pomidorka. I jeszcze ktoś pomyślałby, że w głębi serca jestem czerwoniutka jak całe SLD albo że skrycie podkochuję się w Leszku Millerze. Albo jedno i drugie.

Nigdy nie wiem co zrobić z rękoma i nie pomagają mi żadne techniki panowania nad ciałem ani kursy z wystąpień publicznych. Nie muszę być nawet specjalnie zdenerwowana - ręce trzęsą mi się praktycznie zawsze, więc aby to ukryć zaczynam gestykulować (niestety raczej nadmiernie i wyglądam wtedy jakbym oganiała się od wyjątkowo uporczywych muszek owocówek). Jedyną skuteczną metodą wydaje się być związywanie rąk z tyłu albo przywiązywanie ich do boków. Ale czy ktoś zaufa prezydentowi w kaftanie bezpieczeństwa? 

Nie do końca panuję nad emocjami i bardzo płynna jest u mnie granica między skrajną depresją a skrajną agresją. Prawdopodobnie moja Lista Polityków, Którzy Zasługują na Mocne Trzepnięcie z Liścia jest dużo dłuższa niż listy Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego razem wzięte. I stale rośnie. Paradoksalnie w parze z niestabilnością emocjonalną występuje u mnie dość duża stabilność poglądów, a to wcale nie ułatwia funkcjonowania na scenie politycznej. 

Nigdy nie marzyłam o karierze w kabarecie i nie lubię robić z siebie pajaca. Nie cierpię też na zaniki pamięci, a nie jestem wystarczająco dobrą aktorką, żeby regularnie udawać, iż nie pamiętam co na ten sam temat mówiłam pół roku wcześniej albo co komu obiecałam w poprzedniej kadencji. 

Są też jeszcze dwa dość prozaiczne powody: żeby zostać prezydentem najpierw trzeba kandydować. A potem jeszcze ktoś musi na Ciebie zagłosować i nie mogą być to tylko Twoi rodzice, znajomi i kilka osób czytających Twojego bloga. 

Bo zagłosowalibyście, prawda? 

sobota, 21 marca 2015

Odcinek 18, a w nim sztuka kontrolowania własnej trzeźwości w sześciu aktach

Każdy zdrowy na umyśle człowiek zgodzi się, że prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu jest tak idiotyczne, że aż ciężko uwierzyć jak często trzeba ludziom o tym przypominać. Jednak o ile wsiadanie za kierownicę bezpośrednio po spożyciu jest raczej powszechnie potępiane, to już z wczorajszym kierowcami mamy pewien problem. Niby każdy organizm jest inny i w zależności od wielu czynników alkohol schodzi z nas szybciej lub wolniej, jednak wiele osób zdaje się nie pamiętać, że między "wydaje mi się, że już mogę jechać" a "mogę już jechać" różnica może wynosić kilka setnych promila. 

Niektórzy jednak pamiętają. Mój idealny mężczyzna, ostoja rozsądku i odpowiedzialności, Sympatyczny z Nałogami, pamiętał dziś o tym doskonale i mimo naprawdę dobrego samopoczucia długo wahał się czy może już wsiadać za kółko. Zgodnie z myślą, iż lepiej zapobiegać niż tracić prawo jazdy albo życie, postanowił chuchnąć, gdzie trzeba, aby przekonać się o swojej trzeźwości. I tu właśnie zaczęła się cała przygoda.

Mieszkamy w stolicy 40-milionowego kraju, dookoła pełno całodobowych sklepów, lokali usługowych i instytucji użyteczności publicznej. Mieszkamy również w kraju, w którym wyrywkowe kontrole trzeźwości na drogach są na porządku dziennym, właśnie po to, by z plagą pijanych kierowców walczyć. Wydawać więc by się mogło, że sprawa jest banalnie prosta. 

Akt pierwszy: komisariat policji
O, świetny plan. Podobno wpadanie na komendę w celu poddania się kontroli z własnej woli stało się tak popularne, że czasami trzeba odstać swoje w kolejce. W Nowy Rok na komisariaty w Warszawie zgłosiło się ponad 500 osób; w sumie chwali się. Władze też sobie chwalą i się chwalą tą jakże kompleksową obsługą petentów. Już prawie daliśmy się namówić na wycieczkę na najbliższą komendę, kiedy okazało się, że... taka właściwie nie istnieje. Rejon Żoliborza i Bielan obsługują dwie. O innych Internet milczy. Godzinna podróż komunikacją miejską w obie strony nie wchodziła w grę, z resztą tak samo jak spacer i (z wiadomych przyczyn) podjechanie na miejsce autem. 

Akt drugi: trzy sklepy monopolowe
Czas trochę obniżyć poprzeczkę - jednorazowy alkotest to wciąż lepiej niż alkomat online. Niestety w żadnym z trzech nie słyszano o takim wynalazku. Właściwie nie rozumiem dlaczego w żadnym z nich nie ma też na stanie jednego alkomatu awaryjnego, za którego użycie pobierana byłaby symboliczna opłata. Przecież to aż samo się prosi! 

Akt trzeci: dwie apteki
Potrzebny Ci test ciążowy, test na poziom cukru we krwi czy może test na obecność narkotyków w moczu? Nie ma sprawy! Do wyboru do koloru. Niestety na alkotest nie ma co liczyć. Przecież ''ja tu prowadzę aptekę, a nie sklep z bublami".

Akt czwarty: dwa kioski
Jak wyżej.

Akt piąty: komenda straży miejskiej
Zdania co do obowiązku posiadania przez strażników alkomatu są podzielone, więc trzeba pofatygować się osobiście; akurat tak się składa, że komenda straży miejskiej znajduje się w przyzwoitej odległości. Niestety nie ma możliwości zwiedzenia jej wnętrza; obsługa interesantów odbywa się przez domofon. Funkcjonariusze są nawet nie zdziwieni, a wręcz oburzeni, że ktoś w sobotę zawraca im głowę takimi bzdetami.

Akt szósty: stacja benzynowa 
Nareszcie zwycięstwo! Że też od razu na to nie wpadliśmy, chociaż z drugiej strony jest zawsze  coś zabawnego w pieszej wycieczce na stację benzynową. Alkotest kosztuje 8 złotych, a instrukcję ma tak zawiłą, iż prawdopodobnie jeśli jesteś w stanie się z nią zapoznać to już oznacza, że nie możesz mieć więcej niż pół promila w wydychanym powietrzu. Weryfikacja koloru to też nie przelewki; całe szczęście, że Sympatyczny ''wydmuchał" ewidentnie żółte kryształki.




Jak widać sztuka kontrolowania własnej trzeźwości to nie przelewki. Pół biedy jeśli masz na tyle cierpliwości, żeby doprowadzić tę sztukę do ostatniego aktu i z czystym sumieniem wsiąść do samochodu. Nie ma lekko.
Ukłon. Oklaski. Kurtyna. 

środa, 25 lutego 2015

Odcinek 14: nie kłóćcie się w autach, czyli rzecz o drogowych palantach

Zwykły poniedziałkowy wieczór w dużym mieście. Jadę sobie warszawskim autobusem linii 180, z nosem przyklejonym do szyby (metaforycznie, bo w praktyce nie odważam się na tak bliski kontakt z żadnym pojazdem komunikacji miejskiej). Jest to podróż długa i nużąca (mogłabym ją przyspieszyć przesiadając się kilkakrotnie, ale jak już po 25 minutach marznięcia na przystanku udało mi się zająć miejsce siedzące w cieplutkim autobusie to nie bardzo widzi mi się ryzykować zmianę tego stanu rzeczy), więc umilam ją sobie kontemplacją tego, co dzieje się za szybą. A najciekawiej oczywiście jest w korku. Można wtedy na spokojnie poobserwować ludzi z sąsiednich autobusów albo z powoli sunących obok aut. 

Taksówkarz ledwie wyrzucił jednego papierosa przez okno, już odpala następnego i siedzi zirytowany w kłębach dymu, nerwowo uderzając palcami o kierownicę. Pan Korposzczur rozluźnia krawat i wierci się niespokojnie na przetartym siedzeniu swojego służbowego auta, jednocześnie walcząc z systemem głośnomówiącym albo z kimś kto znajduje się na linii. Młoda (jak na dzisiejsze standardy) matka usiłuje zmienić pas i w tym samym czasie próbuje okiełznać swoje pierwsze, jedyne i prawdopodobnie ostatnie dziecko, bo przecież już czterdziestka na karku, a obiecywała sobie, że przed trzydziestką będzie miała trójkę. 
I wreszcie są też oni, typowa parka powoli zbliżająca się do trzydziestki, zamknięci o chwilę za długo na tak małej przestrzeni, duszą się i syczą na siebie jak dwa koty. A porównanie do zwierzaków nie jest tutaj przypadkowe, gdyż dziewczyna od stóp do głów ma na sobie różne zwierzęce motywy. Ona trzyma ręce kurczowo zaciśnięte na piersiach, głowę wykręciła tak bardzo w prawą stronę, że jutro na pewno nie będzie mogła poruszać szyją. Od czasu do czasu kieruje się tylko jego stronę, wycedza przez zęby jak bardzo zniszczył jej już (do wyboru) życie/wieczór/wakacje/tydzień/urodziny/imieniny/owulację, po czym z powrotem odwraca się od niego, jakby patrzenie w jego kierunku przyprawiało ją o mdłości. On nie pozostaje jej dłużny; agresywnie uderza to w kierownicę, to w deskę rozdzielczą, pluje w jej stronę jadem, chwyta się za głowę i oddycha ciężko. Najchętniej by nią potrząsnął albo kazał jej wysiąść.

A jak się nie umiesz zachować
to chociaż przyklej sobie coś takiego na szybę,
żeby ostrzec innych. 
Nie mam pojęcia o co się pokłócili. Czy on znowu jej nie posłuchał, pojechał po swojemu i przez to utknęli w głupim korku? Czy ona znowu przejrzała jego wiadomości, chociaż sama sobie obiecała więcej tego nie robić, a teraz nie może znieść myśli, że on znowu rozmawiał ze swoją byłą? A może ona uważa go za nieudacznika, on ją za histeryczkę i właściwie od roku łączy ich tylko wspólne mieszkanie, pies albo kredyt? A jakie to ma znaczenie? No właśnie nie ma. To znaczy, powód nie ma znaczenia, ale już skutki mogłyby mieć Nie mam na myśli tego, czy po powrocie do domu on się spakował i pojechał pomieszkać u kumpla albo czy seks na zgodę wystarczył i zjedli razem dobrą kolację. Problem w tym, że gdy samochody wreszcie ruszyły, on był już tak zdenerwowany, że w przeciągu kilkunastu sekund zdążył niemalże wjechać w samochód przed sobą, a następnie, przy zmianie pasa, zajechał drogę innemu, też cudem unikając wypadku. Powiecie: "to nic takiego, zdarza się", ale nie wiadomo jak mogła albo jak skończyła się (tfu,tfu) ich podróż. 

Tak już jest, że prowadzenie samochodu i dzielenie drogi z innymi jej użytkownikami bywa stresujące i uciążliwe. Najspokojniejsi z ludzi potrafią stracić nad sobą kontrolę i rzucać kurwami na lewo i prawo. Odkąd popularne stały się samochodowe kamerki, w Internecie aż roi się od filmików, w których kierowcy posuwają się nawet do rękoczynów. Całe szczęście j e s z c z e do siebie nie strzelamy, ale to powinno dać nam do myślenia, że warto nauczyć się wreszcie panować nad emocjami. Na drodze pełno jest niebezpieczeństw, pułapek i innych idiotów, więc nie dokładajmy sobie więcej i nie stwarzajmy dodatkowych zagrożeń.

A jeśli nie chciało Ci się przebrnąć przez cały ten tekst to zapamiętaj tylko te słowa:
Nie kłóć się w aucie, palancie. 
Bo w najlepszym wypadku ktoś wyśmieje Cię na swoim blogu. A w najgorszym... Z resztą sam powinieneś już wiedzieć.                                        

poniedziałek, 2 lutego 2015

Odcinek 9, a w nim nałogowe oglądanie seriali, całkiem subiektywna klasyfikacja oraz jedyna słuszna puenta

No i doigraliśmy się. Wszyscy. Wszyscy bez wyjątku. Amerykańscy badacze zajęli się wreszcie i nami. I pewnie jeszcze są z siebie bardzo dumni, że odkryli coś, co odmieni życie milionów. Nie odmieni. Wszyscy oglądamy seriale; robimy to na różne sposoby i z różną częstotliwością. To tak jak z jedzeniem czekolady. Niektórzy potrafią zadowolić się trzema kostkami. Inni, nieważne ile razy obiecują sobie, że więcej tego nie zrobią, zjadają całą tabliczkę na raz. Albo i dwie. Więc jeśli jesteś tą drugą osobą i nie w smak Ci dawkowanie sobie przyjemności, prawdopodobnie nie obce Ci jest zjawisko binge-watchingu.

Siadasz przed komputerem, odpalasz serial, obiecujesz sobie, że to tylko jeden odcinek. Tak do obiadku, do herbatki, w nagrodę za cały dzień ciężkiej pracy, w ramach przerwy od nauki. Ale tylko jeden. No dobra, jeszcze jeden. Tylko do końca wątku/ do końca odcinka/ do końca sezonu. Znacie to? To jest model nieumyślny.
Drugi model to z kolei działanie z premedytacją. Objawia się tym, że specjalnie odkładasz w czasie podejście do serialu, tak długo, by ostatecznie móc wpaść w ciąg i obejrzeć wszystkie odcinki wszystkich sezonów od początku do końca, praktycznie za jednym podejściem.

Niestety, niezależnie od tego czy robisz to umyślnie czy nie, przysłowiowi amerykańscy naukowcy uprzejmie donoszą i ostrzegają - grozi Ci depresja i problemy z samokontrolą. Nie umniejszam wagi przeprowadzonych przez nich badań, ale tak jak do większości tego, co znajduję w Internecie albo co udowodnili owi naukowcy, podchodzę do tego dość sceptycznie. Zwłaszcza, że problemy z samokontrolą w przypadku intensywnego oglądania seriali wydają mi się bardziej przyczyną niż skutkiem. A depresja? Nie lekceważąc tego problemu i powagi tej choroby - ale kto nigdy nie poczuł smutku rozstając się z ulubionymi bohaterami, ten chyba nigdy nie zaznał prawdziwej rozkoszy obcowania ze sztuką. 
Właściwie dziwię się, że na celowniku naukowców znalazły się akurat seriale, bo przecież po przeczytaniu każdej dobrej książki albo co gorsza, całej książkowej serii, człowiek też czuje się jakby kawałek po kawałku umierał. Ale nie mam żalu. Pewnie za binge-reading też się prędzej czy później zabiorą, właściwie trudno się dziwić. Wszystko w nadmiarze może zaszkodzić; grunt to nie tracić całkowicie kontaktu z rzeczywistością. 

Ale zostańmy już dzisiaj przy serialach, o książkach jeszcze nie raz będziemy mieli okazję porozmawiać. I tak sobie pomyślałam, że szufladkowanie jest bardzo śmieszne (nie zawsze, ale dzisiaj mnie bawi), więc i seriale można podzielić na dwie kategorie.
Seriale dzielą się na takie, które wszyscy oglądają i bardo się tym chwalą oraz na te, które wszyscy oglądają, ale nikt się nie przyznaje. Pewnie gdzieś po środku pełno jest takich, które jedna część ludzi ogląda, a druga komentuje, ale pisanie o tych nie byłoby wystarczająco zabawne. 

Zastanówmy się, co warto znać i śledzić, aby zabłysnąć w towarzystwie, nie dać się porzucić na obrzeżach konwersacji i nie zostawać w tyle? Wystarczy zapamiętać kilka tytułów, których znajomością na pewno zaimponujesz dalszym i bliższym przyjaciołom. House of Cards, Breaking Bad, Mad Men, True Detective, Gra o Tron... Sama czołówka Top 100 Seriali na Filmwebie! Jeśli nie wyrosłeś jeszcze z okresu dojrzewania, alternatywą dla Ciebie mogą być Skinsi albo American Horror Story. Jeżeli kręci Cię mrok i surrealizm, pamiętaj o Miasteczku Twin Peaks oraz Hannibalu. To absolutne podstawy jeśli na poważnie chcesz brać udział w serialowych dysputach, ale pamiętaj - znajomość mainstreamowych tytułów to jedno; raz na jakiś czas warto zaskoczyć znajomych subtelnym nawiązaniem do dalekowschodniego kina noir albo kongijskiej beletrystyki. 

Druga grupa to seriale, które zna i ogląda k a ż d y bez wyjątku, ale tylko nieliczni i najdzielniejsi mają odwagę się do tego przyznać. Jednak nawet oni, jeśli już to robią. to przecież tylko i wyłącznie ironicznie. No bo kto z Twoich znajomych powie wprost i całkiem na serio, że od 15 lat, regularnie ogląda M jak Miłość, Na dobre i na złe, od 10 - Na Wspólnej, a od 5 lat Barwy Szczęścia? Żodyn. Ale i tak, dziwnym trafem, wszyscy wiedzą, że Małgosia Mostowiak dała się omotać jakiejś sekcie w USA, Ola Zimińska sypia ze swoim szefem, a Wiktoria Consalida wyszła za mąż. 

Tak naprawdę nie ma znaczenia, które z tych seriali śledzisz z wypiekami na twarzy. Nie jest istotne czy bardziej nurtuje Cię jak potoczą się losy Waltera White'a czy Marka Mostowiaka. Możesz być fanem i jednego i drugiego i zupełnie nie musi się to wykluczać. Różnica polega bowiem głównie na funkcjach jakie te seriale mają spełniać. Wszystkie te tasiemce trwające po 2000 odcinków to stały element rzeczywistości (nie mnie oceniać czy to oznacza, że nędznej i szarej), bezpieczny punkt odniesienia, pewna tradycja, do której zasiadasz z rodziną codziennie od tylu lat, chociaż nie wiesz po co. Z kolei wszystkie wspomniane wcześniej zagraniczne (o właśnie, rzeczywiście same zagraniczne, wybaczcie) superprodukcje to jakiś wyskok  w inną rzeczywistość, coś równie ekscytującego jak i nierealnego.  Być może właśnie dlatego tylko te drugie nadają się do namiętnego binge-watchingu. Chyba, że słyszeliście o przypadkach wpadania w ciąg oglądania Na Wspólnej albo Klanu od pierwszego sezonu; jeśli tak to koniecznie dajcie znać, chcę poznać taką niesamowitą historię! 

PS Aha, najlepszy na wszystko i tak jest Sherlock.