Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jakżyćźleisięztegocieszyć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jakżyćźleisięztegocieszyć. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2015

Odcinek 43: co zrobić, by mieć piękne i długie włosy?

Urodę mam raczej nienachalną, wzrost jakby nie patrzeć dość nikczemny, nogi krótkie, uda masywne, na szczęście wszystko to da się nadrobić. Na przykład nie najgorszym biustem oraz... włosami
Babcia miała warkocz, mama miała warkocz... mam i ja!
Moja babcia miała warkocz, na którym spokojnie mogła usiąść; moja mama miała włosy, w które bez problemu mogła się cała ubrać; moje włosy wprawdzie sięgają ledwie do końca pleców, ale już przyszło mi usłyszeć pytanie, czy jak idę do toalety to czy nie zdarza mi się ich umoczyć w wiadomym miejscu. Wprawdzie było ono poprzedzone moim pytaniem o powszechność sikania na siedząco wśród mężczyzn, jednak i tak nieco się zdziwiłam i po chwili namysłu wytłumaczyłam, że dla bezpieczeństwa do toalety chodzę ze związanymi włosami.

Jak już jesteśmy przy pytaniach... Zaraz po dręczącym mnie od podstawówki: to Twój naturalny kolor?, na które konsekwentnie i zgodnie z prawdą odpowiadam: tak, chociaż kiedyś były jaśniejsze*, na drugim miejscu uplasowało się: dlaczego masz takie piękne i długie włosy?! Na to pytanie raczej nie odpowiadam, gdyż ma ono wszakże całkiem sporo cech pytania retorycznego, a odpowiadanie na pytanie retoryczne nie świadczy najlepiej o człowieku. Z drugiej strony pomyślałam jednak, że skoro pytanie to nurtuje aż takie rzesze Internautów oraz moich (mniej lub bardziej) znajomych, to najwyższy czas jakoś temu zaradzić... I tak właśnie już za chwilę zostanę Waszym włosomaniaczkowym guru i zdradzę Wam ukrywany przez te wszystkie lata sekret moich pięknych i długich włosów.

*w zamierzchłych czasach dzieciństwa, gdy byłam jeszcze małą Albinoską, za którą w Gizie oferowano tysiąc wielbłądów, a w Hawanie robiono zdjęcia na ulicy, zanim postanowiłam przefarbować się na rudo, najprawdziwszą farbą, dwa razy, która i tak postanowiła się nie trzymać i stąd pozostały mi tylko te rudawe refleksy

Aby było Wam łatwiej odnaleźć się w tym włosowym poradniku, postanowiłam podzielić go na dwie części. Zacznijmy więc od tego, co przynajmniej pozornie wydaje się prostsze...

Jak mieć długie włosy?
Prawdopodobnie prosta zasada, o której zaraz przeczytasz, była Ci znana od lat, jednak sprawnie spychałaś ją w głąb swojej podświadomości, aż do całkowitego wyparcia. Musisz jednak wiedzieć, że jest to najskuteczniejszy sposób i nie da się go zastąpić żadnymi półśrodkami. Jeśli marzą Ci się długie włosy...
...to ich nie obcinaj.
Serio. Od lat obserwuję tę straszną niekonsekwencję i absurdalne postępowanie otaczających mnie ludzi. Mówią, że chcą zapuszczać włosy, po czym regularnie, co miesiąc lub dwa, drepczą do ulubionego salonu fryzjerskiego, żeby podciąć końcówki. Uwaga, zagadka!
Co słyszy fryzjer, kiedy prosisz go o podcięcie końcówek o jakieś dwa centymetry?  
- Opierdol mi włosy do ramion, złociutki, i ani centymetra mniej! 
Także tak, właśnie tak. Ludzie chodzący na regularne strzyżonko i całe życie wiecznie zdziwieni, że nie mogą zapuścić włosów choćby do połowy pleców są więc mniej więcej tak konsekwentni jak ci, którzy odchudzają się, ale tylko do momentu, w którym ktoś nie położy przed nimi tabliczki czekolady. A nie, chwila, czekajcie. Przecież to ja! 

Dobrze, myślę, że teraz spokojnie możemy przejść dalej...

Jak mieć piękne włosy? 
Chcę być z Wami szczera, więc przyznam się od razu... Nie mam zielonego pojęcia. O olejowaniu wiem tyle, że nie polega (chyba) na wylewaniu sobie całej butelki Kujawskiego na głowę, a Tangle Teezera widziałam na zdjęciu. Raz. Przed chwilą. Myślę jednak, że w przypadku dbania o włosy, kluczowym hasłem będzie praca u podstaw. A dlaczego? A dlatego, że nic tak dobrze nie wpływa na wygląd Twoich włosów jak...
...ich regularne mycie.
Wystarczy dostęp do bieżącej wody, szampon i dwie sprawne ręce. Chociaż jedną pewnie też dasz radę, aczkolwiek ja nigdy nie próbowałam. Jeśli nie wiesz, jak się do tego zabrać, kup szampon przeznaczony dla amerykańskiego klienta: prawdopodobnie znajdziesz na nim szczegółową instrukcję, jak korzystać z tego produktu. 

Tak wyglądają świeżo umyte włosy.
Gdy włosy są już czyste, możesz wypróbować drugi eksperymentalny zabieg, jakim jest...
...czesanie włosów.
Wykorzystaj grzebień lub szczotkę, możesz też poprosić o pomoc kogoś bardziej doświadczonego. Nie mnie oceniać, czy czyste i rozczesane włosy można już uznać za piękne, ale przynajmniej są... czyste i rozczesane. Jest więc to chyba krok w dobrą stronę! 

Pamiętaj jednak, że nieumiejętne rozczesywanie włosów może prowadzić do przykrych konsekwencji. Na przykład do zniszczenia jedynej szczotki. 

Tak wygląda szczotka pokonana przez włosy.
Cieszę się, że mogłam Ci pomóc. Mam nadzieję, że uda Ci się zastosować moje rady w Twoim codziennym życiu i kroczek po kroczku osiągniesz swój cel, jakim są piękne i długie włosy. Wystarczy, że poświęcisz swoim włosom sześć i pół minuty każdego dnia, a efekty przejdą Twoje najśmielsze oczekiwania. Naprawdę warto spróbować!

niedziela, 6 września 2015

Odcinek 42: wypraszam sobie, czyli dylematy gospodyni imprezy

Z przykrością zauważam, że z każdym rokiem mojego życia staję się co raz bardziej aspołeczna. Nie zrozumcie mnie źle: generalnie lubię (niektórych) ludzi i nie wyobrażam sobie świata bez nich, ale niektóre zasady życia społecznego i funkcjonowania w grupie przerastają mnie na tyle, że często mam ochotę zamknąć się w domu. Sama. Na miesiąc. Okazuje się, że największy problem mam chyba z imprezami. O ile chodzenie do klubów ostatnimi czasy w ogóle przestało mnie kręcić, a na pójście do pubu ciężko nieraz znaleźć czas, pieniądze i towarzystwo, to już tradycja domówek trzyma się całkiem nieźle, od czasów gimnazjalnych mniej więcej na tym samym poziomie i z taką samą częstotliwością. Problem jest tylko z intensywnością. Bo wiecie... Mi po prostu bardzo wcześnie chce się spać.
Na co dzień nie jest to nawet takie straszne. Kładę się wcześniej, ale i wstaję wcześniej. Skończyłam więc z siedzeniem po nocach, za to całkiem nieźle idzie mi pracowanie rano. Nie jest to także zbyt uciążliwe, gdy wybieram się na imprezę do kogoś. Usypiam na stojąco albo po prostu mam dość? Nic prostszego, po prostu zmywam się do domu. Oczywiście pod warunkiem, że w miarę szybko uda mi się nakłonić Sympatycznego do powrotu. Chociaż w sumie zawsze można wyjść i liczyć na to, że mnie dogoni. Sytuacja jednak komplikuje się, gdy to mi przyjdzie do głowy zostać gospodynią imprezy

A bo imieniny, urodziny, wolna chata albo przywieziony z zagranicy alkohol... Każda okazja dobra, żeby zobaczyć się z dawno niewidzianymi znajomym. Niestety wszyscy albo w pracy albo w wakacyjnych rozjazdach, więc na spotkanie wcześniej niż o 21 nie ma za bardzo co liczyć. Doskonale wiem też, że skoro umówimy się na 21 to większość nie przybędzie przed 22. I tak minutka do minutki, godzinka do godzinki, zaczynamy imprezowanie o godzinie, o której w normalnych warunkach kładę się spać. Przeciągnięcie mojej żywotności przez kolejne 2 czy 3 godzinki to żaden problem, jednak drugie tyle urasta do rangi wyczynu. Tak oto około 3 czy 4 nad ranem zaczynam niespokojnie się kręcić, ostentacyjnie ziewać, powoli zabierać się do sprzątania... A tu nic. Jak siedzieli, tak siedzą. A ja razem z nimi, choć oparta bezwładnie o ramię Sympatycznego, rozpaczliwie walcząca z opadającą głową

Kurczę, kocham ich, świetnie się razem bawiliśmy przez ostatnie godziny, ale mam tę straszną przypadłość, że jak już zachce mi się spać, to odcina mnie kompletnie. Robię się drażliwa, markotna i nie ma takiej siły, która by mnie w takim stanie ogarnęła i przywróciła do żywych. Aha, i naprawdę nie ma to związku z wypitym alkoholem. W każdym razie męczę się, smucę, trochę złoszczę na samą siebie, że taka ze mnie nudziara i imprezowa psuja, a w mojej głowie powstają takie oto plany... 
Udaj omdlenie.
Chyba, że Twoje zdolności aktorskie w tym zakresie wyglądają tak jak w olsztyńskim spocie o dopalaczach. Czyli nie wyglądają wcale.

Wyjdź z domu.
Lepiej z domu niż z siebie. Świeże powietrze pomoże Ci odzyskać siły, a ukradzione zawczasu klucze do mieszkania jednego z gości zapewni Ci nocleg na tę trudną noc.
Owiń się kocem.
Zostań człowiekiem-burrito i przestań reagować na bodźce zewnętrzne. Pomogą Ci zakupione wcześniej zatyczki do uszu. Istnieje szansa, że po kilku próbach goście zaniechają pomysłu obudzenia Cię, mogą jednak stwierdzić, że wyniesienie i zamknięcie Cię w piwnicy będzie niezwykle zabawne.
Zgłoś zakłócanie ciszy nocnej.
Ale to tylko w przypadku, gdy masz wolne dwie stówki na ewentualny mandat, za to nie masz za grosz rozsądku i godności.
Pamiętajcie, to nie tak, że nie lubię ludzi. Po prostu straszny ze mnie śpioch i leniwiec. Jeśli (w przeciwieństwie do mnie) macie jakieś skuteczne i sprawdzone sposoby na niewypraszanie gości i jednoczesne wysypianie się, to koniecznie dajcie znać. Kawa odpada, bo dziwnie reaguje z alkoholem, drzemka przed imprezą nie działa, energetyków nie tykam, a goście na 17 przecież nie przyjdą. Czy jest jeszcze jakaś szansa dla Najgorszej Gospodyni Imprez?

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 40: co masz ogolić jutro, ogól dziś

Uuu, ktoś tu idzie na randkę. Włos zrobiony, twarz poprawiona, seksowny uniform przewieszony przez oparcie krzesła czeka na prasowanie. Jest okazja, więc wypadałoby jeszcze nogi ogolić, a w zależności od wytrzymałości Twojej silnej (?) woli, może nawet i co nieco więcej. Raz jeszcze włazisz więc do wanny, wykonujesz niezwykłe akrobacje i przyjmujesz pozycje, o których twórcy Kamasutry nawet nie śmieli pomyśleć, woda złośliwie tryska Ci w twarz, krew spływa do wanny... Jest nieźle. Obklejona plastrami i wysmarowana balsamem wychodzisz.
Wracasz po trzech godzinach do domu, z czego połowę spędziłaś czekając przed drzwiami knajpy przypominającej bardziej przedwojenny szynk. Wracasz uboższa o pięćdziesiąt złotych i poczucie własnej godności. Ale czego Ci najbardziej żal? Kurde, serio? Najbardziej Ci żal, że ogoliłaś się n a  m a r n e...
 Gólta co chceta!
Albo w ogóle.
Sprawa depilacji, choć wydaje się dość intymna i winna być raczej indywidualna, wywołuje dość skrajne emocje, czasami wręcz dyskusje. Litości, nad czym tu debatować? Chcecie oceniać wpływ masowej depilacji miejsc intymnych na powiększanie się dziury ozonowej? Nieważne czy jesteś gładkim Adonisem, włochatym misiem, śliską rybką czy puchatą sową. Druga strona tej barykady, zbudowanej z trójostrzowych maszynek i woskowych plastrów, prawdopodobnie i tak nie ma żadnego wpływu na Twoje depilacyjne decyzje.

No i dobra, ufff. W takim razie czegokolwiek bym dzisiaj nie napisała, nie wpłynie to na niczyje życie. Dobrze, że niniejszym pozbywam się całej odpowiedzialności za poniższe słowa.

Należę bowiem do grupy tych nadgorliwych fanatyków, którzy uważają, że golić powinni się wszyscy. I golić (albo podcinać) powinno się (prawie) wszystko. Jasne, że nie stanę nad Tobą z maszynką i nie zmuszę Cię do usunięcia perfidnego kopra znad górnej wargi, postaram się też nie dać po sobie poznać, że na widok kudłatego potwora wyłaniającego się spod Twojej pachy obiad podszedł mi do gardła. W głębi serca jednak będę się modlić do Latającego Potwora Spaghetti, aby zesłał na Ciebie objawienie i popchnął Cię w Rossmannie ku półkom z artykułami do depilacji. I naprawdę nie ma znaczenia czy jesteś kobietą czy facetem, czy masz dwadzieścia lat czy pięćdziesiąt.

Kto rano wstaje... ten jeszcze zdąży się ogolić
Dla mnie sprawa jest prosta: wychodząc z domu muszę mieć czyste włosy, pomalowane oczy, umyte zęby i ogolone nogi, pachy oraz jeszcze jedno magiczne miejsce. Zupełnie nie trafia do mnie argument hihihi, wreszcie zima, mogę przestać golić nogi. Trafia mnie za to szlag, gdy mam gdziekolwiek zbędne owłosienie przez dłużej niż jeden dzień. Golę się, bo lubię. Lubię mieć gładką skórę, po której przyjemnie jest się samej pogłaskać. Zarost, choćby dwudniowy, drażni mnie i czuję ulgę, gdy mogę się go pozbyć. Kiedy więc mówisz mi, że nie golisz nóg całą zimę, bo Tobie to zupełnie nie przeszkadza, bo przecież i tak ciągle nosisz długie spodnie, bo nie chodzisz na siłownię i nie umawiasz się na randki, a potem na otwarcie sezonu spódniczkowo-szortowego jesteś pierwsza na liście do depilacji woskiem, mam pewne wątpliwości, czy Ty aby na pewno robisz to dla siebie?

To tak samo jak w tej krótkiej historyjce, którą opowiedziałam Ci na samym początku. Bidulka, tak się namęczyła, powyginała, pokaleczyła... Wszystko na marne, bo facet okazał się pacanem, co samo w sobie nieźle może popsuć wieczór. A może, skoro depilacja była takim wyzwaniem czy poświęceniem, trzeba było ją sobie odpuścić, by po powrocie do domu zasiąść przed telewizorem z zimnym piwkiem i z satysfakcją powiedzieć:
No i chuj, trudno. I tak się nie ogoliłam. 
Jak się człowiek spieszy to się zatnie
Dobra, skoro już szukamy racjonalnych argumentów przeciwko depilacji, to w moim przypadku pewną przesłanką jest fakt, iż z maszynką w dłoni sama na siebie sprowadzam nieszczęście. Na palcach jednej ręki można policzyć próby golenia się zakończone sukcesem, za to nie zakończone ranami ciętymi i kłutymi na różnych częściach ciała. Ale spokojnie, są plasterki, bandaże, opaski uciskowe, a blizny przecież dodają charakteru! A poza tym...
Czas leczy rany
A jak już jesteśmy przy czasie... Babcia zawsze mnie straszyła, żeby nie golić nóg (o goleniu innych części ciała pewnie nawet nie myślała), bo wtedy włosy s z y b c i e j odrastają. Nigdy jednak nie udało jej się mnie przekonać do tej tezy i od lat stoję na stanowisku, że poświęcenie pięciu minut co dwa dni to cena, którą mogę płacić za swoje dobre samopoczucie. Nawet jeśli natura obdarzyła mnie wyjątkowo jasnym i delikatnym owłosieniem i hipotetycznie mogłabym golić się raz na tydzień. Albo na dwa. Albo wcale.
 Kto nie ma na głowie, ten ma na nogach
Oraz na plecach, brzuchu, klatce piersiowej i twarzy. Znacie ten typ? Najczęściej chwilę przed pięćdziesiątką lub ledwie po, ceni sobie Królewskie w butelce albo Harnasia w puszce, z tymże asortymentem rozwala się na szorstkim szarym ręczniku i pochrapuje, a brzuch rytmicznie unosi mu się i opada. Oj, znacie, znacie. Niejeden z Was wziąłby go za niedźwiedzia czy inne włochate dzikie zwierzę, gdyby nie ten parawan w kaczuchy i reklamówka z biedry. No i leży taki, a Ty nadziwić się nie możesz, skoro ma włosów w nadmiarze na niemal każdej części ciała, to czemu nie można ich przeszczepić na jedyne miejsce cierpiące na deficyt owłosienia, którym jest ten łysy placek na czubku głowy?

On twierdzi, że to testosteron. Ja twierdzę, że to jednak obleśne.
Tekst ten nie był sponsorowany przez żadne lobby producentów maszynek, pianek i żeli do golenia. Za napisanie go nie otrzymałam ani jednego plastra z woskiem. Całkiem za darmo dowiedziałam się za to, co to jest trymer. Po napisaniu tekstu całkowicie dobrowolnie poddałam się własnoręcznej depilacji w swojej łazience. 

wtorek, 26 maja 2015

Odcinek 31: dlaczego Twój facet ucieka z krzykiem, gdy proponujesz mu wspólne mieszkanie

*Partner czy partnerka, konkubent czy narzeczona... Albo ktokolwiek inny z kim planujesz wspólną przyszłość lub względnie regularnie lądujesz w łóżku. 

Masz te swoje dwadzieścia, a może nawet trzydzieści kilka lat. W związku od jakiegoś roku, może nawet trzech. I nagle, jak grom z jasnego nieba, spada na Ciebie pewna myśl:

A może by tak razem zamieszkać? 

Szybko przywołujesz się jednak do porządku, w końcu jesteś silną i niezależną kobietą, w dodatku niemalże na swoim. Co Ci się będzie pędrak jeden panoszył po mieszkaniu i skarpety po kątach rozrzucał. Porzucasz więc ten pomysł, starasz się żyć po swojemu, ale natrętna myśl nie daje Ci spokoju i wraca jak bumerang. Mijają tygodnie, miesiące, powoli godzisz się z tym, że taka kolej rzeczy, że nie ma co się bać i chować głowy pod poduszkę. Układasz więc w myślach mowę motywacyjną, skradasz się na paluszkach i pytasz nieśmiało: 


Kochanie, a może byś tak się do mnie wprowadził?

On zamiera, blednie, poci się. Wierci się jak w ukropie, z przerażeniem rozgląda się po kątach, całe jego ciało wzywa pomocy. Nagle podrywa się i ucieka z krzykiem. No ładnie, to się porobiło. Ale właściwie... Dlaczego?! 

Bo prawdopodobnie śmiertelnie przerażają go niesamowite ilości Twoich włosów, które gubisz codziennie, niezależnie od pory roku i Twojej gospodarki hormonalnej. Włosy te występują pojedynczo, owijając się wokół różnych przedmiotów oraz części ludzkiego ciała (jeśli jesteś mężczyzną to prawdopodobnie wolisz nigdy nie dowiedzieć się jak to jest obudzić się rano w kobiecej pościeli i odkryć takiego delikwenta owiniętego wokół... o tak, dobrze myślisz, właśnie tam i podobno boli), czasami zdarza im się też dobierać w grupy i tworzyć takie oto formy życia: 


Włosy lubią także wchodzić do buzi, wpadać do jedzenia oraz przyczepiać się do swetrów i marynarek. Nie można też zapomnieć o przyjemności, której doświadcza się śpiąc w towarzystwie mokrych włosów, a zwłaszcza dostając mokrym warkoczem w twarz. 

W skali straszności wysokie miejsce zajmuje również kuchnia eksperymentalna: o ile sporadyczny kontakt z Twoimi kuchennymi wyczynami jest jeszcze do zniesienia, to już jedzone codziennie szpinak, warzywa na patelnię czy tosty mogą wzbudzać pewne wątpliwości. A nie daj zbuk, najdzie Cię jeszcze ochota na jakieś kuchenne innowacje czy (tfu, tfu) dietę. Raz czy dwa można przecierpieć, ale ile można udawać, że jest się fanem wegańskich surowych dań detoksykacyjnych? 


Zanim ktoś się pogniewa, już spieszę z wyjaśnieniem: bez wątpienia w komplecie ze wspólnym zamieszkaniem musi występować też rozsądny podział obowiązków. Ale co, gdy dotychczasowy współlokator Twojej drugiej połówki bije Cię na głowę w większości prac domowych, zwłaszcza na polu szeroko rozumianej gastronomii? 

Z kolei z rzeczy nie tyle przerażających co irytujących, wysoka lokata przypada porannej toalecie i warczącej s u s z a r c e. Naukowcy donoszą, że 80% dorosłych mężczyzn ostatni raz z suszarki korzystało mniej więcej w czasach obowiązkowych zajęć na basenie w gimnazjum lub pod koniec podstawówki. Nie można się więc dziwić, że kontakt z tym urządzeniem po latach, zwłaszcza w godzinach porannych, wywołuje w nich silne poczucie zagubienia, frustracji i niedowierzania.

Idź mnie z tą wichurą! 
Wspólna toaleta wiąże się też z drobnymi nieporozumieniami o sposób wyciskania pasty do zębów, kierunek wieszania rolki papieru toaletowego, a także z traumatycznym odkryciem, że dziewczynki robią kupę, taką prawdziwą, gorszą niż jego własna. Chociaż jeśli Twój mężczyzna do tej pory naprawdę łudził się, że jest inaczej, a papier odwieszony listkiem do ściany wywołuje u niego wysypkę, to chyba lepiej zapomnieć o tym wspólnym mieszkaniu. I o tym mężczyźnie też. 

Wśród innych powodów, przez które Twój partner ucieka z krzykiem, gdy tylko napomykasz o zamieszkaniu razem są również tak kluczowe kwestie i możliwe niedogodności jak: segregacja śmieci, jeśli nie wierzy w recykling, brak miejsca parkingowego, jeśli w ogóle posiada samochód, brak balkonu, jeśli pali, brak pewnej telewizji satelitarnej, jeśli jest fanem piłki nożnej, brak innej pewnej telewizji satelitarnej, jeśli od futbolu preferuje siatkówkę, brak sklepu nocnego w najbliższej okolicy, jeśli późnym wieczorem lubi sobie skoczyć po piwko, czy też wanna, gdy on woli prysznic. 

A gdy skończy się już ta długa lista strachów i możliwych nieszczęść, chyba nie zdziwisz się, gdy na odchodne doda: 
To chyba nie najlepszy pomysł, nie?

Sama się zdziwisz, ale przytakniesz przytłoczona nawałem nieuświadomionych wcześniej hipotetycznie możliwych wad wspólnego mieszkania. Zdziwisz się jeszcze bardziej, gdy przypomnisz sobie, że mimo tych wszystkich przerażających konsekwencji, wciąż istnieją na świecie ludzie, którzy odważają się podjąć takie ryzyko. A gdy już to wszystko przemyślisz, złapiesz się za głowę, obleje Cię zimny pot, a potem poderwiesz się... i uciekniesz z krzykiem. 

poniedziałek, 18 maja 2015

Odcinek 30: Dziewczyno, nie czytaj tej notki!

Och, dziewczyno, nie masz lekkiego życia.

O no proszę, patrzcie jakie przekorne. Miałyście nie czytać. Ale skoro już tu jesteście to może opowiem Wam o co to całe zamieszanie. 

W poprzednim semestrze na zaliczenie pewnego przedmiotu musiałam przeprowadzić wywiad z osobą, która mogła mieć coś ciekawego do powiedzenia na temat lat 60. Wybór padł na moją kochaną babcię (pozdrawiam serdecznie, chociaż nie ma Internetu!), która okazała się całkiem niezłym źródłem informacji o owych czasach. W nawale anegdotek z młodości i wspomnień z prywatek i koncertów moją uwagę zwróciła przede wszystkim jedna myśl: 
Teraz to dopiero macie fajnie: każdy wybiera to co lubi, nikt nikomu nie zabrania i nikt się nie czepia. 
Zdanie to padło w szeroko rozumianym kontekście mody, stylizacji i trendów. Według mojej babci być może lata 60. były w pewnym sensie przełomowe, jednak dopiero teraz doszliśmy do punktu, w którym wszystkie chwyty są dozwolone
- Wow - pomyślałam - No kto by pomyślał, że żyjemy w takich cudownie wolnych i tolerancyjnych czasach.
A no pomyślałby tak każdy kto po prostu nie korzysta z Internetu, bo tutaj dopiero zaczyna się cała zabawa. 

Z modą i trendami jest trochę jak z pogodą - każdy lubi co innego i przynajmniej raz w roku przychodzi taki czas, że naprawdę odechciewa się żyć na tej planecie choćby jeden dzień dłużej. Ja tak mam w listopadzie, ale znam też ciekawe przypadki osób, których nic tak nie wpędza w depresję jak 25 stopni Celsjusza i słońce od rana do wieczora. Co kto woli. Nie muszę rozumieć, ale szanuję.
Może z ubraniowymi nowinkami sytuacja nie jest aż tak dramatyczna, bo w przeciwieństwie do pogody, mam (jeszcze) jako taki wpływ na to co na siebie wkładam. Nie mam za to wpływu na to co zakładają na siebie inni. Ja mogę z tym żyć, ale jest wśród nas całkiem spora grupa ludzi, których życiowym celem jest prowadzenie krucjat przeciwko każdemu irytującemu ich trendowi. I druga grupa działająca dokładnie na odwrót.

Tak oto, jak grzyby po deszczu, na różnych portalach wyskakują co raz to nowe grupy, profile i fanpejdże będące luźną wariacją na temat dziewczyno/chłopaku, rób to, nie rób tamtego.
Przeprowadziłam mały eksperyment i wstukałam w fejsbukową wyszukiwarkę hasło "d z i e w c z y n o". Oto najciekawsze wyniki: 

Amatorzy kobiecych wdzięków wykazują niezdrowe zainteresowanie poszczególnymi partiami ciała i apelują: 
Dziewczyno, olej fochy, włóż pończochy
Dziewczyno, pokaż swoje stopy 
Dziewczyno, pierdol jeansy, noś leginsy 
Dziewczyno, po co ci stanik?
Lobby właścicieli sklepów obuwniczych wzywa:
Dziewczyno, noś glany
Dziewczyno, pierdol baleriny, załóż szpilki
Dziewczyno, noś trampki 
Mamy też na sali paru śmieszków...
Dziewczyno, zgól te wąsy!!!
Dziewczyno, ogól bobra 
 ... a także propagatorów sportowego stylu życia:
Dziewczyno, rób przysiady
Dziewczyno, trenuj sztuki walki 
 Nie zabrakło też amatorów mody alternatywnej:
Dziewczyno, jebnij piercing
Dziewczyno, noś dredy
Dziewczyno, miej dziary, tunele i piercing 
 A jeśli głupia myślałaś, że warto się postarać zrealizować te wszystkie postulaty i że przyniesie Ci to jakąś wymierną korzyść, to pewien domorosły Schopenhauer nie pozostawia złudzeń:
Dziewczyno, on już nie wróci. 
Oj, dziewczyno, nie masz łatwego życia. Nie wiem czy właśnie usiadłaś w kącie i płaczesz cichutko nad swoim losem, a może odwrotnie - właśnie uniosłaś się dumą i odwróciłaś się na pięcie. Możesz chcieć zignorować wszystkie powyższe apele, jednak pamiętaj, że społeczność ludzi, którzy mają wobec Ciebie tyle oczekiwań sięga kilkudziesięciu tysięcy osób. Czy właśnie ugięłaś się pod ciężarem spoczywającej na Tobie odpowiedzialności? 

No mam jednak nadzieję, że swój rozum masz i wszystkie powyższe postulaty spływają po Tobie jak po kaczce. Takiej kaczuszce co to chodzi w balerinkach i biedna nie może pojąć, że powinna w szpilkach. Albo takiej bidulce co uparcie chodzi w dżinsach, mimo że 37 tysięcy osób grzecznie prosi, by przebrała się w leginsy. No chyba, że jest gruba. Albo ma obwisłe pośladki. W takim wypadku, gdy założy leginsy narazi się pewnie kolejnym kilkudziesięciu tysiącom internautów. A przecież to ich opinia jest najważniejsza, czyż nie?

Ach, babciu, żebyś Ty to widziała...

Chłopaku, jeśli tu jesteś, nie martw się! Do Ciebie też tysiące internautów mają wiele skarg, wniosków i zażaleń. Ale o tym może kiedy indziej. 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 25, a w nim prosty przepis na Kluchę Zadowoloną częściowo pisany wierszem

No dobra, przepis nie do końca pisany wierszem, ale co nieco będzie się rymować. 
Powiem nieskromnie: Klucha to naprawdę nietrudne i niedrogie w utrzymaniu stworzenie. Nie stawia raczej wygórowanych żądań, nie ma zbyt wielkich wymagań sprzętowych i nie potrzebuje wyjątkowo wykwintnego pożywienia. Ze wszystkich przyjaciół człowieka Klucha to najlepszy wybór jeśli zależy Ci na sympatycznym towarzystwie, skrojonym na miarę dowcipie i ciepłym ciałku, do którego zawsze można się przytulić. 

Wprawdzie brzmi to nieco jak ogłoszenie matrymonialne czy inna zanęta; wprawdzie Klucha Leniwa jest tylko jedna i takowej reklamy nie potrzebuje. Być może jednak nie zdajecie sobie sprawy jak wiele innych Klusek żyje wokół Was. I prawdopodobnie nie wiecie też jak łatwo można owe Kluski uszczęśliwić.

Właśnie dlatego postanowiłam ułatwić Wam życie i specjalnie dla Was przygotowałam niezwykle prosty rymowany poradnik. Oto przedstawiam:

Prosty przepis na Kluchę Zadowoloną

Na początek potrzebujesz dwie szklanki miłości, garść cierpliwości, garść wyrozumiałości i szczyptę kreatywności. Nie zaszkodzi kropla umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Inteligencja i/lub poczucie humoru będzie dodatkowym atutem. Całość wymieszaj, a następnie...

Ene due rike fake, przynieś mi słodyczy pakę
Powszechnie wiadomo, że szczęście zaczyna się od 200 kcal. Badania amerykańskich naukowców jednoznacznie potwierdzają, że Kluski osiągają najlepsze wyniki intelektualne po spożyciu odpowiedniej ilości czekolady. 

Ene due rabe, przyjdź do mnie z kebabem
Ci sami naukowcy udowodnili też, że regularne spożywanie kebaba jeszcze żadnej Klusce nigdy nie zaszkodziło. Ba! Zaobserwowano nawet, że już sam brak konieczności samodzielnego przygotowania posiłku znacząco podnosi poziom endorfin u tych osobników. 

Kukuryku, nie budź mnie budziku
Drzemka po posiłku to typowe zachowanie wśród przedstawicieli tego gatunku. Popołudniową drzemkę należy uszanować, zalecane jest również spontaniczne dołączenie się do tej aktywności.

Raz, dwa, trzy... dzisiaj zmywasz Ty! 
Jak wynika z przeprowadzonych badań gatunek ten wykazuje szczególną niechęć do obowiązków domowych, zwłaszcza do zmywania. Jeśli chcesz zobaczyć uśmiech na twarzy swojej Kluchy nie wahaj się ani chwili - pozmywaj. 

Dylu dylu na badylu, nie pal papierosów tylu
Generalnie dbaj o siebie i o swoje zdrówko, bo Kluchy potrzebują kompleksowej i długoletniej współpracy i zainteresowania; często dążą także do prokreacji, więc lepiej, żeby pewne Twoje organy pozostały jak najdłużej sprawne. 

Entliczek pentliczek, magiczny guziczek
Jeśli nie rozumiesz po prostu przejdź dalej i udawaj, że nic się nie stało. Może za parę lat... 

Palec pod budkę, chodźmy na wódkę
Albo lepiej na coś smaczniejszego, większość osobników doceni dobrze schłodzone piwko, średniej klasy winko lub whisky z colą. 

Ence pęce, weź mnie na ręce
Żartowałam. Jak wypadnie Ci dysk albo nabawisz się przepukliny to dopiero będzie. Klusek nie trzeba brać na ręce: wystarczy za ręce albo w ramiona. 

Anse kabanse, nie dla mnie konwenanse
Jak ognia strzeż się zaczynania wypowiedzi od Przecież to nie wypada... Co może Ci wypaść ustaliliśmy już punkt wcześniej. W nagrodę nie musisz za Kluchę płacić w restauracji, za to możesz zostawać na noc, nawet codziennie. Tak, bez ślubu. 

Teraz jeszcze raz wymieszaj wszystko dokładnie. Następnie podgrzej, przelej w słoiczek i dokładnie zawekuj, żeby służyło Ci jeszcze przez wiele kolejnych lat. Raz na jakiś czas powtórz. 
Sam widzisz, nie było aż tak trudno, a nawet jeśli, to chyba szczęście Twojej Kluski wynagrodzi Ci ten wysiłek. Mam nadzieję, że Ty i Twoja Klucha będziecie zadowoleni. 

Misja wykonana.
Za rozstania, kłótnie małżeńskie i zwolnienia z pracy nie odpowiadam.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 24: czas pozmywać, czyli psychotest nad zlewem

Olśnienie może spłynąć na Ciebie w najmniej oczekiwanym momencie; Archimedesowi przydarzyło się ono podobno w łazience, gdy brał kąpiel, natomiast mnie dopadło w kuchni, kiedy to usiłowałam zmusić się do zneutralizowania sterty brudnych naczyń leżących w zlewie. 

Nie cierpię zmywać; naprawdę nie znoszę. Wiem, że obowiązki domowe właśnie dlatego są obowiązkami, gdyż w innym wypadku niemal nikt by się za nie zabrał. Ale wśród wszystkich zadań, które nakłada na Ciebie (mniej lub bardziej samodzielne) prowadzenie gospodarstwa domowego, zmywanie naczyń jest tym, czym przy gotowaniu jest krojenie cebuli. Niby wiesz, że to konieczne i efekt końcowy będzie nawet przyjemny, ale wciąż niewykluczone, że w trakcie nie raz z oka poleci Ci łezka i zapragniesz się poddać. Tak czy siak, zmywania nie lubię i gdybym tylko miała z kim negocjować, to z pewnością przehandlowywałabym tydzień zmywania za odkurzanie i umycie okien albo zmywanie w weekendy za regularne pranie

Czarno-białe, bo smutek.
Nad stertą brudnych naczyń usiadłam i płakałam.
Nie raz i nie dwa myślałam o zmywarce. Można powiedzieć, że skrycie marzę o niej aż po dziś dzień. Niestety jestem tylko ubogą studentką dorabiającą od czasu do czasu na umowie-zleceniu, na dodatek zamieszkującą skromną kawalerkę. Co w tym złego? Zupełnie nic, to naprawdę przyjemny okres w życiu, polecam wszystkim. Problem jest tylko taki, że na zmywarkę nie starczy mi ani pieniędzy, ani tym bardziej miejsca. A najgorzej, że zmywarce raz na jakiś czas zdarza się czegoś nie domyć, więc gdybym miała jeszcze po niej poprawiać...*zgrzyta zębami* Dość szybko mogłoby się okazać, że nie ma tu miejsca dla nas dwóch i któraś musiałaby się wyprowadzić.

Wróćmy jednak do wspomnianego wcześniej olśnienia, gdyż moja osobista niechęć do zmywania to dopiero początek. Pół żartem, pół serio zapytałam Was na fejsbuku, co Was popycha do zmywania. Czy macie z góry ustalony plan dnia, w którym zmywanie znajduje się na specjalnym miejscu? Czy robicie to regularnie, bo tak trzeba i tak Was nauczono w domu/ w wojsku/ na obozie harcerskim? Czy odkładacie tę czynność tak długo jak się da, aż po prostu nie macie wyjścia i musicie się za to zabrać? 

Wyniki tej małej sondy okazały się kompletnie niewiarygodne i niemiarodajne (bo takie właśnie musiały się okazać) za to doszłam do wniosku, że mało co tak dużo mówi o Twojej osobowości jak Twoje podejście do zmywania naczyń.

Najprostszy przykład jaki przychodzi mi w tej chwili do głowy to zmywanie naczyń a studia i wychodzi na to, że niewiele się obie te sprawy różnią.

Mój system zmywania naczyń to zdecydowanie model odkładam wszystko do zlewu, trochę zalewam wodą, żeby nie zaschło, a pozmywam jak już nie będę miała na czym zjeść ani z czego wypić. Największą zaletą tego systemu jest to, że zmywam raz a porządnie; dodatkowo żadne naczynia nie czują się uprzywilejowane i żadne nie są też pomijane, gdyż korzystam z tych, które aktualnie (jeszcze) są czyste. Największą wadą jest z kolei fakt, iż czasami, wcześniej niż brak kubka na kawę, do zmywania zmusza się mnie przykry zapach wydobywający się ze zlewu. No i gąbka zdecydowanie zbyt często ląduje na samym dnie. Jak to się ma do mojej kariery uniwersyteckiej? Ależ proszę bardzo, już tłumaczę. 

Mój system studiowania to również typ odkładam wszystko na później, cały semestr unikam wszelkiej aktywności intelektualnej i regeneruję siły po to, aby w sesji umrzeć przygnieciona nadmiarem zaległości. Zalety są takie, że przez większą część semestru mam czas i siłę na o wiele przyjemniejsze i pożyteczniejsze rzeczy niż ślęczenie nad książkami. Z kolei do wad zaliczamy nagłe uczucie paniki tuż przed egzaminem, deficyt snu i lekkie wyrzuty sumienia. Ale naprawdę tylko lekkie, bo ostatecznie i tak wychodzę na plus, a wyspać się też jeszcze zdążę. 

Jeśli jesteś tym człowiekiem, który od pierwszych zajęć zna sylabus na pamięć i już w październiku zaczyna przygotowania do czerwcowego egzaminu, prawdopodobnie w Twoim zlewie nie uświadczysz nawet jednej małej brudnej łyżeczki, gdyż zmywasz i uczysz się zawsze na bieżąco, czego nawet trochę Ci zazdroszczę. 
Jeśli nieobce są Ci dojrzewające w Twoim zlewie nowe formy życia, czasami nawet z zaciekawieniem podglądasz co u nich słychać i nadajesz im imiona, to wielce prawdopodobne, iż masz w sobie coś z szalonego naukowca lub niezrozumianego artysty.
A jeśli problem zmywania praktycznie Cię nie dotyczy, bo masz zmywarkę albo partnera/partnerkę skorych do wykonywania takiej domowej czynności, wtedy prawdopodobnie oznacza to, że czasy edukacji masz już dawno za sobą, za to całkiem dobrze układa Ci się życie i oby tak dalej!

Co więcej mogę powiedzieć? Tylko tyle, że radzę trzy razy się zastanowić zanim kupicie najtańszy płyn do mycia naczyń ze Stonki wraz z promocyjnym zestawem kolorowych gąbeczek. Płyn się nie pieni, gąbeczki w wyniku kontaktu z wodą robią się całkiem płaskie, a zmywanie trwa dwa razy dłużej. A chyba chodzi o to, by jak najszybciej się z nim uporać, czyż nie? 

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział 23: fejsbukowe czystki, czyli dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię ze znajomych

Z portalami społecznościowymi (zwłaszcza tymi, których pierwotnym celem jest tworzenie swojej własnej kolekcji znajomych) jest trochę jak z szufladą, do której odruchowo wrzucasz wszystko, bo jest najbardziej pod ręką. W tejże szufladzie trzymasz świadectwo z szóstej klasy, ulotkę, którą rano ktoś wcisnął Ci przy wejściu do metra i opaskę z Open'era 2013. Z kolei w tej wirtualnej szufladzie wśród fejsbukowych znajomych znaleźli się koleżanka z podstawówki, przypadkowy chłopak poznany na imprezie i Twoje dwie najlepsze przyjaciółki. W ten właśnie sposób, kroczek po kroczku, dorzucasz do swojej szuflady coraz to nowe przedmioty i osoby. W pewnym momencie szuflada przestaje się domykać, a z wnętrza zaczyna wydobywać się jakiś podejrzanie przykry zapach. Tak już z szufladami bywa, że raz na jakiś czas należy przeprowadzać w nich inwentaryzację

Osobiście potrzebę odgruzowania listy swoich znajomych odczuwam mniej więcej raz w roku. Czasami rzadziej, czasami częściej. Jest to zależne od wielu czynników - począwszy od tego, czy aktualny stan fejsbukowego licznika zaczyna mnie już niepokoić, a skończywszy na tym, czy akurat ktoś wyjątkowo zalazł mi za skórę i nie mam ochoty słyszeć więcej o jego istnieniu (choć to nieco dziecinne, bądź co bądź). 

Chcesz wiedzieć kto znajdzie się na moim celowniku przy okazji kolejnej fejsbukowej czystki? Proszę bardzo, czytaj dalej. I nie mów, że nie ostrzegałam.

Chwila grozy i ulotnej satysfakcji. 
Pytasz dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię z grona swoich internetowych znajomych? Odpowiadam! 

Bo zawsze (przez całą podstawówkę/gimnazjum/liceum/studia: zaznacz poprawną odpowiedź) coś bardzo uwierało Cię między pośladkami. Nie wnikam czy były to fikuśne stringi, czopki czy zwykły podły charakter. A może po prostu były to klasyczne muchy w nosie? Nieistotne. Jak tylko przestaniemy widywać się na co dzień, z nieukrywaną przyjemnością wcisnę ten magiczny przycisk i raz na zawsze pozbędę się wspomnienia o Tobie. Nie lubię Cię, pewnie ze wzajemnością, więc nie ma po co udawać, że jest inaczej. Życzę Ci jak najlepiej, ale idź obnosić się swoim kijem w dupie gdzie indziej. 

Bo prowadzisz nieustającą akcję propagandowo-ideologiczną na swojej fejsbukowej tablicy lub (co gorsza) zasypujesz innych ludzi prywatnymi wiadomościami o wysoce nieneutralnej i niepożądanej treści. Jeśli powiedziałam raz, że nie, nie chcę porozmawiać o Bogu to możesz uznać, że taki stan rzeczy będzie utrzymywał się co najmniej do 2070 roku włącznie. Nie zostanę korwinistką ani działaczką SLD. Nie zapiszę się do ruchu antyaborcyjnego i nie pojadę z Tobą przywiązywać się do drzew w Dolinie Rospudy. Jeśli w mojej skali uciążliwości jesteś gdzieś mniej więcej w połowie, prawdopodobnie zablokuję tylko powiadomienia od Ciebie. Jeśli wyżej... Sam rozumiesz, idź sobie agitować gdzie indziej. 

Bo nigdy nie zamieniliśmy słowa i właściwie nie za bardzo wiem, skąd wziąłeś się w gronie moich znajomych. Czy nasza wirtualna więź to wynik zaćmienia słońca, awarii systemu czy nieopatrznego kliknięcia? 

Bo wprawdzie chodziłyśmy kiedyś do jednej szkoły, nawet pamiętam kod do Twojej klatki i imię Twojej babci, ale już siedemnasty raz w tym kwartale nie odpowiedziałaś na cześć i generalnie dobrze wychodzi nam udawanie, że się nie znamy. Chodźmy na całość, na fejsbuku niech też nas już nic nie łączy.

Bo miałam zły dzień i po prostu musiałam. Jakkolwiek żałośnie to nie brzmi. Po prostu padło na Ciebie, mam nadzieję, że nie będziesz tęsknić. Zawsze możesz spróbować zaprosić mnie jeszcze raz, a nuż trafisz na lepszy moment! 

A wiesz dlaczego Cię NIE usunę? 
Bo co raz częściej nie pamiętam nazwisk starych znajomych, nie mówiąc już o twarzach, więc jeszcze nie raz fejsbukowe powiązania pomogą odświeżyć mi pamięć.
Bo wygląda na to, że znajomość z Tobą może mi się jeszcze na coś w życiu przydać i wyrwać z niejednej opresji. 
Bo jestem wstrętną wścibską Kluchą i lubię podglądać ludzi. Nawet tych, których nie lubię. 

sobota, 11 kwietnia 2015

Odcinek 22: o sandałach upokorzenia, miłości i stopach, choć nie jest to notka dla fetyszystów

To nie jest notka dla fetyszystów. Wbrew pozorom nie jest to również notka pisana przez fetyszystkę. A jednak, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, będzie dziś o miłości i stopach. A jak jedno łączy się z drugim dowiecie się już za moment. Przygotujcie się więc na drobną porcję intymnych wyznań i szczyptę dziwactw. Do dzieła!

Od najmłodszych lat nienawidziłam stóp. To nie była zwykła niechęć; to była najprawdziwsza w świecie nienawiść, granicząca momentami z przykrym natręctwem. Z dzieciństwa pamiętam jedną scenę, która znakomicie obrazuje tę przypadłość:
Jest lato. Są wakacje, prawdopodobnie gdzieś między pierwszą a drugą klasą podstawówki. Upał jak diabli, więc po domu biega się boso. Jakoś tak w rodzinnym towarzystwie jest to jeszcze akceptowalne. Wtem dzwonek do drzwi. Niezapowiedziana wizyta jakiegoś znajomego, kuzyna czy innej obcej postaci. Stoję w salonie, gdzieś przy ścianie czy kominku, i nie mogę się zdecydować czy lepiej schować się za firanką czy wejść za fotel. Ktoś wchodzi, wita się. Patrzę z przerażeniem na swoje bose siedmio- czy ośmioletnie stopy (przecież sobie ich nie odetnę, do diaska, chociaż siekiera leży niebezpiecznie blisko, jak to przy kominku) i w akcie desperacji wciskam je pod dywan. Tak, właśnie. Witam gości chowając nóżki pod puchatą skórę z owcy. 

Ta nienawiść (to zboczenie, to dziwactwo) latami ewoluowała i przybierała coraz to nowe formy. Była nienawiść do swoich krótkich i grubych paluszków; nienawiść do swego płaskostopia; nienawiść do sandałów i klapek; nienawiść do zbyt krótkich paznokci; nienawiść do paznokci niepomalowanych...Wreszcie nienawiść totalna. Nadszedł taki moment, że nie tylko nie dopuszczałam do siebie myśli o pokazywaniu swych własnych stóp, ale też brzydzili mnie wszyscy ludzie, którzy w mym towarzystwie pozwalali sobie na taki występek. Byłam orędowniczką spania w skarpetkach i seksu w skarpetkach; propagatorką zakrytego obuwia oraz inicjatorką ogólnopolskiego zakazu odsłaniania stóp w miejscach publicznych. Przysięgam, w swych nastoletnich latach byłam bardziej skłonna pokazać komuś cycki niż stopy.

Raz na jakiś czas podejmowałam jednak próbę znalezienia sandałów, w których choć minimalnie udałoby mi się zachować poczucie własnej godności. Zaliczyłam podejścia do klasycznych sandałów Scholla, sandałów typu "sportowe", eleganckich sandałków na koturnie, trochę etno-sandałów czy też takich z rockowym pazurem i wystającymi tu i ówdzie ćwiekami. Podsumowanie mogę zawrzeć w jednym pięknym staropolskim słowie: gówno.
Jakbym się nie starała i czego bym nie wynalazła... pulchne stópki z płaskostopiem źle wyglądają we wszystkich sandałach świata. Zwłaszcza jeśli owe stópki przechodzą płynnie (uwaga, płynnie to słowo klucz) w równie pulchne łydeczki.

Poszukiwania butów na lato stanęły więc w martwym punkcie i poniekąd pogodziłam się, że na zawsze pisane są mi espadryle czy inne tenisówki. Wciąż jednak nierozwiązana pozostawała kwestia stóp samych w sobie. A raczej pokazywania ich osobom postronnym.

I tu właśnie na scenę wkroczył Sympatyczny z Nałogami.
Był sierpień, globalne ocieplenie dawało o sobie znać na każdym kroku. Dopiero co zaczęliśmy się spotykać, nie znaliśmy się zbyt dobrze. Zaprosiłam go do siebie pooglądać telewizję, zamówić pizzę. Było gorąco jak cholera, więc cały dzień przesiedziałam w domu w przewiewnych spodniach typu alladynki, oczywiście bez skarpetek. Zadzwonił domofon. Zazwyczaj w takiej sytuacji szybko założyłabym przygotowane zawczasu skarpetki. Nie zrobiłam tego. Otworzyłam drzwi, zasiedliśmy na kanapie. Zazwyczaj schowałabym stópki pod kocyk albo (jak wyżej) pod dywan. Nie zrobiłam tego. Za to oparłam stopy na jego kolanach. Bose stopy. 

W tym momencie życia postanowiłam, że jeśli zupełnie bez powodu postanowiłam zaufać komuś na tyle, by przedstawić mu swoje stópki, to na pewno mogę tej osobie zaufać we wszystkim innym. Później okazało się też, że oswojenie się z myślą, że ktoś lubi te dziwne części twojego ciała sprawia, że samemu też poniekąd zaczyna się je akceptować. Ba! Chyba nawet trochę je polubiłam.

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem na moje całkowite
pogodzenie się z faktem posiadania przeze mnie stóp, sztuk dwie.
Stopy bez wątpienia są jedną z najbardziej bezradnych części ludzkiego ciała. Bywają żylaste, kościste, koślawe; czasami mają płaskostopie, grzybicę i inne przykre przypadłości. Grunt to akceptować się w całości, od stóp do głów. No i kochać, od najmniejszego palca aż po cebulki włosów. 

Nie proś swojej drugiej połówki o rękę. Sprawdź ją i spróbuj poprosić ją o stopę. I odpuść sobie te sandały upokorzenia, skoro szczęśliwszy jesteś w przepoconych tramposzach. 

piątek, 3 kwietnia 2015

Odcinek 21, w którym odkrywam dlaczego warto wracać do domu na święta

To, że niespecjalnie lubię święta nie jest żadną tajemnicą. Prawdopodobnie domyśliliście się tego gdzieś w okolicach tego postu. Zawsze myślałam jednak, że Wielkanoc jest odrobinę mniej inwazyjna dla mojego zdrowia niż Boże Narodzenie, wraz ze swoim zakupowo-prezentowym szaleństwem, sztucznym śniegiem na szybach i kolędami w wykonaniu Krzysztofa Krawczyka. Niestety, swoją nadzieją na ładne, ciepłe i wiosenne święta, w które można wymknąć się z domu na spacer, sprowokowałam tylko złośliwą małpę, jaką jest los. Zamiast czerpać energię (potrzebną do przeżycia zmasowanego ataku kurczaków, jajek i pistoletów na wodę) ze słońca mogę co najwyżej zadowolić się śniegiem. Albo wiatrem.

Ale momencik. Żeby nie było, że klucha nie dość, że leniwa to jeszcze wybitnie marudna... Może i rodzinne święta to niekoniecznie mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale jednak przyjazd do rodzinnego domku ma wiele zalet; tyle zalet ile pomieszczeń.

To, co cieszy mnie najbardziej, gdy tylko przekraczam próg łazienki to wizja niekończącej się ciepłej wody. Zrozumie to każdy, kto tak jak ja posiada w swoim słoikowym warszawskim mieszkanku bojler o pojemności wanienki dla noworodka. First world problems - ogolić tylko jedną nogę i umyć włosy, ogolić obie i płukać głowę w zimnej czy w ogóle sobie odpuścić, założyć spodnie i czapkę?

Z kolei w kuchni cieszy inna rzecz - samozapełniająca się lodówka. No dobra, żartuję, ja nie z tych, co wierzą, że w domu mieszkają krasnoludki albo inne aniołki, które w niezauważalny dla zwykłego śmiertelnika sposób pilnują, żeby lodówka nigdy się nie opróżniła, żeby papier toaletowy nigdy się nie skończył i żeby wanna nie porosła rzęsą. W każdym razie, lodówka na pewno nie samozapełniająca się, ale za to na pewno pełna. I zawsze znajdzie się w niej coś dobrego i niekoniecznie będzie to podejrzanie pachnący pasztet spod laski z ogórkiem konserwowym, kupionym omyłkowo zamiast kiszonego.
Studenci zrozumieją. 
I jest jeszcze jedno pomieszczenie, o którym warto wspomnieć. Mój pokój. Wyprowadziłam się z domu (mniej lub bardziej na stałe) mając niecałe szesnaście lat, a że planowałam to nawet wcześniej, mój pokój nie zmieniał się właściwie odkąd skończyłam lat trzynaście. Przekraczam więc jego próg i nadziwić się nie mogę ile skarbów kryje jego wnętrze. Na przykład wczoraj znalazłam w szufladzie biurka kilogram (!) zielonej plasteliny i swoją starą empetrójkę. O istnieniu połowy piosenek dawno już zapomniałam, a niemalże każda budzi w mojej głowie jakieś wspomnienie. To chyba dobra okazja, by napisać znowu o muzyce; być może Soundtrack vol.2 już wkrótce, a pierwszą część możecie przypomnieć sobie tutaj.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, co kierowało trzynastoletnią Kluchą
przylepiającą takie rzeczy do ściany swojego pokoju? 
Dobrze czasami wrócić do domu i nacieszyć się drobnymi rzeczami. Dlatego właśnie nawet lubię bycie warszawskim słoikiem z wieloletnim doświadczeniem, gdyż lepiej mieć coś rzadziej i umieć to docenić niż, żeby nam się miało wszystkim w dupach poprzewracać.

Ze szczególną dedykacją dla mojej rodziny
oraz wszystkich słoików świata.

środa, 25 marca 2015

Rozdział 19, w którym ujawniam swoją sowią naturę i zdradzam jak przeżyć poranek

Pomysł na tę notkę rozkwitł w mojej głowie już bardzo dawno temu. Wychodziłam jednak z założenia, iż taka notka powinna zostać stworzona rano. Ale litości, kto rano nadaje się do takich rzeczy jak pisanie notek na blogu... Na pewno nie leniwa klucha, która w wolnych chwilach bywa także sówką

- Czemu sówką? - zapytacie. 

Powodów ku temu jest wiele, a przynajmniej dwa. Najprostsze wytłumaczenie jest takie, że skoro ludzie, zależnie od prowadzonego, tudzież preferowanego, stylu życia,  dzielą się na ranne ptaszki oraz sowy to mi zdecydowanie bliżej do tych drugich. Nocny tryb życia jest spoko; robienie czegokolwiek w nocy jest fajne. Zdecydowanie najlepiej i najszybciej pracuje mi się późnym wieczorem oraz w nocy - może to kwestia nieznośnej tendencji do odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, a może po prostu sześć godzin snu od 24 do 6 rano to nie takie samo sześć godzin jak od 6 rano do 12 (ze wskazaniem na tę drugą opcję). Tak czy siak, w nocy nikt nie przeszkadza, nikt się nie kręci, nikt nie dzwoni i mało kto udziela się na portalach społecznościowych. Cisza, spokój, trochę muzyki, za to zdecydowanie mniej wszelkiego rodzaju rozpraszaczy. A przecież dobrze wiecie, że rozproszyć można się wszystkim. 
Inny powód jest taki, że przez ostatnie 7 lat mojego życia, a przynajmniej do momentu, w którym nie pokochałam szkieł kontaktowych, jakoś tak wychodziło, że zawsze wybierałam bardzo sówkowe oprawki. O, na przykład takie: 

Może jednak moją aparycję zostawmy w spokoju. Fakt jest taki, że poranki są dla mnie wyjątkowo ciężkie, więc i napisanie notki rano graniczyło z cudem. Ale gdy dzisiaj, jakiś piąty czy szósty dzień z rzędu, obudziło mnie słońce, a nie budzik, postanowiłam, że to jest ten dzień. I proszę bardzo, oto piszę. (tak, wiem. już prawie południe, ale to wciąż jakby rano, tak długo jak siedzę w piżamie)


Uroczyście przedstawiam Państwu szczęśliwą siódemkę,
 bez której (już) nie wyobrażam sobie udanego poranka: 

Puchate białe kapcie
Niestety wyprane z lenistwa w pralce i aktualnie mają formę pogniecionych i wydrążonych bakłażanów. Ale przynajmniej wciąż są białe, puchate i bardzo przyjemnie wkłada się w nie stópki, zwłaszcza jeśli są to wiecznie marznące stópki. 

Jeszcze bardziej puchaty biały szlafrok 
Tu podziękowania należą się Sympatycznemu z Nałogami, który nie wiedzieć czemu jeszcze słucha co do niego mówię i do tego czyta pomiędzy wierszami - wyjątkowa umiejętność jak na inżyniera! Tak więc za przykładem mojej ulubionej blogowej bohaterki (o, z tego bloga) ja również zamieniam się o poranku w cieplutką puchatą kulkę, tudzież bezę. 

Kubek-sówka z ciepłą słodką kawą
O, no tak, znowu sówka. Naprawdę nie spodziewałam się, że mam aż tak spójną osobowość. I owszem, słodzę i mleczę kawę bez opamiętania, wybaczcie mi wszyscy z teamu #małaczarnagorzka

To zdjęcie pochodzi ze złych i mrocznych czasów sesji zimowej.
Sówka była wyraźnie zażenowana nadmiarem nauki. 
A do kawy - Internety
Wstyd się przyznać, ale często odpalam Internet jeszcze zanim na dobre uda mi się otworzyć oczy. Czy przez noc na pewno nie umknęły mi żadne wydarzenia o wadze państwowej czy wręcz o globalnym znaczeniu? Na pewno odpowiedź znajdę dokonując porannego przeglądu najnowszych wiadomości na fejsie. 

Radio
Trójka wymiennie z Rock Radiem, bo mam bardzo kapryśny radioodbiornik i wiele zależy od tego, co ma ochotę dzisiaj złapać. Bardzo lubię spędzać poranki z panem Mannem, bo on też nie za bardzo za nimi przepada, a jednak z miłości do radia daje radę. Już kiedyś to mówiłam, ale powtórzę: chciałabym kiedyś kochać coś tak mocno jak pan Mann radio. Ale chwileczkę... Chyba już mam! 

Sympatyczny z Nałogami
Znowu się powtórzę, ale miłość jest wtedy, kiedy w wolny dzień wstajesz dla drugiej osoby przed szóstą i nawet nie tak bardzo Ci to przeszkadza. We wstawaniu rano pomaga też drobna transformacja w hubę, czy też inną narośl na tejże osobie. Podobno z braku ukochanej osoby może być też kot albo inne przyjazne zwierzątko, ale ja do zwierząt podchodzę (delikatnie mówiąc) z dystansem i żadnego nie posiadam, więc sami musicie sprawdzić. 

Słońce
Dobra wiadomość jest taka, że słońce jest całkiem za darmo i zapewnia stuprocentową skuteczność polepszenia Twojego poranka. Niestety jest też zła wiadomość - dopóki klimat do reszty nam się nie ociepli to wciąż jesteśmy skazani na pewne limity słońca i ciepła. Więc tak długo jak jest i budzi mnie czule zamierzam bardzo się z tego cieszyć.

Chyba czas skończyć tę wyliczankę, bo powoli zbliża się południe i nie wiem jak Wy, ale mi wypadałoby wreszcie wyskoczyć ze szlafroka i wyjść z domu. Zwłaszcza, że podobno pogoda ma nas dzisiaj trochę porozpieszczać.  

piątek, 13 marca 2015

Rozdział 16: przesilenie życiowe i cztery kroki jak je zwalczyć

Jakiś czas temu z okazji walentynkowo-tłustoczwartkowej kumulacji pisałam co nieco o pretekstach. A dzisiaj z okazji szalejącego po Polsce, niczym dudabusy i bronkobusy, przesilenia wiosennego, przypomniałam sobie o równie wdzięcznym pojęciu jakim są wymówki
Wymówki są dokładnie odwrotnością pretekstów*. Pretekstów potrzebujemy, aby na coś sobie pozwolić, na coś się odważyć, uzasadnić swoją niekonsekwencję, szaleństwo, dziwactwo. Wymówką najlepiej od czegoś się wymigać, uzasadnić swoje lenistwo, nieróbstwo, nieprzysiadalstwo czy smutek. A co jest uniwersalną wymówką na wszystko? No jasne, że pogoda

Ciągle chodzisz niewyspana? To na pewno przez to niskie ciśnienie, przecież nie dlatego, że wszystko robisz na ostatnią chwilę i zarywasz noce, a każdy wolny weekend zamiast w łóżku spędzasz w klubach i nocnych autobusach. 
Twoja cera wygląda jak gówno? Pewnie dlatego, że z braku słońca cierpisz na niedobór witaminy D i nie ma z tym nic wspólnego fakt, że regularnie opychasz się fast foodami, czekoladą i nie zmywasz makijażu na noc, bo nigdy nie wiadomo obok kogo się obudzisz. 
Twoje włosy wyglądają jak gówno? Cholerny deszcz, śnieg, mgła, wilgotne powietrze! A może spróbuj zacząć je czesać? Albo chociaż regularnie myć? Nie, no skąd! 
Przygnębienie nie pozwala Ci normalnie funkcjonować? Przesilenie wiosenne! Albo letnie. Albo zimowe. Albo jesienne. Może po prostu przesilenie życiowe?!


O tak, przesilenie życiowe to zdecydowanie coś, co dotyka jakieś 3/4 naszej populacji. Ale nawet jeśli Ty też regularnie zamieniasz się w Burrito of Sadness, wstawanie z łóżka i wychodzenie do ludzi sprawia Ci fizyczny ból i co raz częściej obawiasz się, że Twoje życie jako wazon byłoby sto razy szczęśliwsze... Nie lękaj się! Być może jest jeszcze dla Ciebie nadzieja. 
Oto cztery całkowicie randomowe kroki, które należy podjąć, by skutecznie umilić sobie ten trudny czas! 

Kup nowe buty
Podobno pieniądze szczęścia nie dają, ale za to zakupy... Taka tam głęboka myśl, wyświechtana niczym ten egzemplarz ,,Pięćdziesięciu twarzy Greya", z którym spędziłaś samotne Walentynki, a następnie Dzień Kobiet. Dementuję - zakupy nie dają szczęścia, zwłaszcza jeśli wpadniesz na idiotyczny pomysł wybrania się do któregoś z popularnych centrów handlowych w weekend, w sezonie wyprzedaży, w okresie przedświątecznym, kiedykolwiek. Jeśli już jednak musisz to zrobić to: 
a) wybierz konkretny sklep, do którego zamierzasz się udać 
b) zapoznaj się z ofertą sklepu, która prawdopodobnie wisi sobie gdzieś w Sieci
c) zabierz ze sobą kogoś, kto nie znosi zakupów tak samo jak Ty
d) wpadnijcie razem do wybranego sklepu, upolujcie upatrzone wcześniej modele i jak najszybciej udajcie się do kasy, zanim stwierdzicie, że to całkiem nierozsądne 
Brawo! Udało się! Masz nowe buty. Nie masz za to pieniędzy i wyglądasz jak gimnazjalistka, z resztą tak samo jak Twój towarzysz. 

(Jeszcze) nie płacą mi za lokowanie produktu, ale jak ktoś z Was
ma jakieś wtyki w Tej Firmie to powiedzcie im, że mogą zacząć.
Idź na spacer
Od dziecka mam tak, że jak kupuję nowe buty to od razu chciałabym w nich wracać do domu. Niestety Sympatyczny z Nałogami mi na to nie pozwolił, za to zanęcił wizją późniejszego spacerku i tak też się stało. Potem trochę żałował i teraz boi się, że w nowych butach będę teraz chciała non stop gdzieś wychodzić, co w sumie nie jest tak bardzo wykluczone, jeśli pogoda się ustabilizuje. Tak czy siak, Żoliborz jest magiczny, zapraszam na spacer. A jeśli masz pod ręką inną malowniczą okolicę - również polecam spacer. Spacer po Żoliborzu ma taką zaletę, że zakochujesz się w poszczególnych domach i uliczkach i już wiesz, gdzie chcesz mieszkać do końca życia. Spacer po Żoliborzu ma taką wadę, że uświadamiasz sobie, że to bardzo platoniczna miłość, bo nigdy nie będzie Cię stać na przedwojenną willę. 

Ciesz się każdą minutą słońca
Dosłownie każdą minutą. Łap promyczki, ładuj baterie, bo od jutra znowu deszcze i wichury, a jak nie deszcze i wichury to i tak spędzasz większość dnia w podziemiach wielce nowoczesnego budynku swojego wydziału, wymiennie z jakimś biurem. 

Zrywaj tapety
Jak już odmienisz swoje ciało i swoją duszę, za sprawą nowych butów, spaceru i energii słonecznej, wtedy warto zastanowić się, czemu jeszcze potrzebne jest odświeżenie. Jeśli tak się składa, że ściany Twojego mieszkania pokryte są starymi tapetami, być może najwyższy czas to zmienić! Wprawdzie ja jeszcze nigdy nie próbowałam odmieniać swojego życia poprzez zrywanie tapet, ale Sympatyczny z Nałogami twierdzi, że na pewno by mi się spodobało, gdyż jest to jedna z tych rzeczy, które są tak monotonne i idiotyczne, że aż sprawiają satysfakcję. Być może warto to sprawdzić. 

Spróbujcie i dajcie znać jak poszło! Za szkody materialne i straty moralne powstałe na skutek przeczytania tego tekstu i zastosowania się do porad w nim zawartych autorka nie odpowiada. 

*nie mam pojęcia co na ten temat sądzi Rada Języka Polskiego, ale jeśli jest na sali ktoś, kto się z taką moją klasyfikacją nie zgadza to proszę podnieść łapkę w górę i to zgłosić

niedziela, 22 lutego 2015

Odcinek 13: pechowa trzynastka oraz Why Klucha Cried

Jako zadeklarowanej racjonalistce nie wypada mi wierzyć w żadne przesądy, jednak do trzynastki zawsze warto podejść z lekką nieufnością albo chociaż nie spuszczać jej zbyt łatwo z oka. I nie pomyliłam się - pisanie notki numer 13 wcale nie przyszło mi tak łatwo. Już wczoraj, przy pierwszym do niej podejściu, na chwilę straciłam czujność i zrobiłam sobie przerwę na kolację. Do pisania już nie wróciłam. Do tej pory sądziłam, że najgorsze co może mi się przytrafić przy gotowaniu jajka to pęknięta skorupka - wystarczy za mocno wrzucić nieszczęśnika do wody i potem nie za bardzo wiadomo co zrobić z takim małym mutantem, hemoroidem czy cokolwiek innego ci to przypomina. 

Autor bloga, na którym znalazłam to zdjęcie, pyta swoich czytelników:
 "
Does that look like the Virgin Mary trying to burst out of that egg to you?"
Jednak życie zweryfikowało wczoraj moje poglądy na ten temat. Okazało się bowiem, że najgorszą rzeczą jaka może przydarzyć się podczas gotowania jajka jest pęknięty zbuk. Nie żartuję. Kumulacja kulinarnego pecha w pełnej odsłonie. Gdyby kulinarni nieudacznicy mogli mieć swojego patrona, to ja zgłaszam się na ochotnika jako pierwszoligowa męczennica. Chciałam nawet zrobić zdjęcie, bo sama nie wierzyłam jak niesamowicie wygląda garnek pełen wrzącej wody, z którego wydobywa się zielona piana i kłęby pary, ale niestety byłam zajęta sprintem trzy piętra w dół, żeby jak najszybciej unicestwić to cholerstwo. Podejrzewam, że mniej więcej tak mógł wyglądać i cuchnąć Eliksir Wielosokowy albo Wunschpunsch; jak widać nie trzeba mieć nadprzyrodzonych zdolności, żeby go wyprodukować we własnej kuchni.

Czy taki wypadek przy pracy to dobry powód do płaczu? Wyjątkowo okazało się, że nie. Wyjątkowo, bo nie z takich powodów się płakało. 

Znacie może Why Kids Cried? Ja ostatnio poznałam i zachwyciłam się bezgranicznie, co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że po wielu latach usilnego odpychania od siebie myśli o ewentualnym posiadaniu potomstwa w końcu obudził się we mnie instynkt macierzyński, a jak już to na całego. Uwielbiam dzieci i najchętniej wszystkie bym przygarnęła i przytuliła do serducha, tak mnie fascynują i rozczulają wszystkie te skrzaty. Drugi - pomyślałam całkiem serio, że gdyby ktoś zaczął cykać mi fotki i archiwizować wszystkie moje powody do płaczu to też mógłby powstać z tego fanpage. 
Dokładnie tak samo reaguję na zbyt bliski kontakt ze wszystkimi latającymi paskudztwami.
Why Klucha Cried? Oto losowo wybrane sytuacje, w których ostatnimi czasy zakręciła mi się łezka w oku:

♦ Skończył mi się zmywacz, ale przecież to żaden problem! Rach-ciach, ubieram się i biegnę do Rossmanna, którego szczęśliwie mam tuż pod nosem. Ale na tym szczęście się kończy, bo przecież mam niecałe 160 cm wzrostu, a zmywacze stoją na najwyższej półce. A tak naprawdę jedyna ostatnia buteleczka, na dodatek złośliwie wsunięta w sam kąt. Kręcę się bezradnie i wpatruję w cholerny zmywacz, jakbym chciała siłą woli sprowadzić go do swojego koszyka (Accio, zmywacz!). Nie działa. Znowu mam siedem lat i muszę poprosić tatę o pomoc w ściągnięciu czegoś z półki. A właściwie nie tatę, tylko jakiegoś obcego faceta. Ej, to naprawdę upokarzające! 

♦ Siedzimy sobie przy nietanim whisky (bo wreszcie jest taka okazja, że można napić się czegoś lepszego niż golden szczoch za trzy dyszki z Tesco), iPad leży w patelni i ktoś nagle stwierdza, że można pośpiewać. Komuś przypomina się również, że lubi jak to ja śpiewam i najlepiej Jolkę, a ja przecież nie odmawiam, bo to taka dobra piosenka, nasza piosenka. Mylę tekst. Sympatyczny z Nałogami śmieje się, że nie znam tekstu i mówi, że będzie ode mnie więcej wymagał. Ej, a mi naprawdę pęka serduszko! 

♦ Jestem w łazience, szykuję się do wyjścia, bardzo się spieszę; wszystko miało być perfekcyjnie i na czas, bo pierwszy dzień w pracy to już wystarczająco dużo stresu jak na jeden dzień. Nagle, tuż za moimi plecami rozlega się najprawdziwsze w świecie krakanie. Rozglądam się we wszystkie strony, nauczona doświadczeniem, że wredne ptaszyska potrafią wpaść do mieszkania, zwłaszcza na ostatnim piętrze. Niby nic nie widać, ale wpadam panikę; już nic nie jest tak ja być powinno, zwłaszcza, że cholerstwo nie przestaje stukać i krakać, a ja nie umiem go namierzyć. Uciekam z łazienki, zatrzaskuję drzwi i odważę się je otworzyć dopiero 12 godzin później, jak już wrócę z pracy. Ej, to naprawdę było przerażające! 

Teraz już wiecie o mnie wszystko, jestem obrażalska, znerwicowana i przewrażliwiona. Teraz spokojnie możecie przestać mnie lubić. Będę miała jeszcze jedną historię do opowiedzenia w innym odcinku cyklu Why Klucha Cried