Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapet. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 33: chodź pomaluj mój świat...albo chociaż mieszkanie

... czyli rzeczy, których nie wiesz, dopóki nie postanowisz własnoręcznie przeprowadzić małego remontu. Albo dopóki nie przeczytasz tej notki. Jeśli lubisz niespodzianki - nie czytaj. Lepiej leć po farby i łap za pędzel. 

Ach, zapomniałam, że to wcale nie takie proste. 

Na początek...
Decyzje.
I mylą się ci, którzy myślą, że najtrudniejszą z nich będzie wybór koloru ścian. Oczywiście, gdy przychodzi Ci stanąć przed wyborem Samba z Cynamonem czy Fokstrot w Świetle Księżyca, a może jednak Wodny Masaż albo Czuły Dotyk, Twoje myśli krążą bardziej po orbicie filmów erotycznych klasy B zamiast zagłębiać się w palecie oferowanych kolorów. W wyborze pomaga jednak doświadczenie zdobywane przez lata gromadzenia lakierów do paznokci . Może jestem słaba w ich nazywaniu, ale doskonale wiem, który odcień niebieskiego wieczorami w sztucznym świetle będzie stawał się zielonkawy. Bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza gdy Twój mężczyzna cały czas powtarza: "Przecież one są i d e n t y c z n e".

Co do decyzji,  przyjdzie Ci stawać jeszcze przed dziesiątkami innych, mniej lub bardziej upierdliwych. Ściana w paski poziome czy pionowe? 6 białych pasków i 7 kolorowych po 33,5 cm czy może jednak 9 białych i 10 kolorowych po 26,14?! Pod parapetem malować na biało czy na niebiesko? Nad oknem tak samo czy na odwrót? A w ogóle to wałkiem czy pędzlem? I gdzie, do cholery, postawić ten stół?!

Tak wiele pytań. Tak mało odpowiedzi.

Dlatego tak ważne są dobre...
Plany.
I znów - nie chodzi tylko o rozwiązanie zadanka rodem z lekcji matematyki w podstawówce: Ile puszek farby musi kupić Klucha, aby pomalować dwa pokoje? Ile będzie kosztował Kluchę cały remont zakładając, że poprosi o pomoc Sympatycznego? Osobiście tak właśnie myślałam jakoś do ostatniego poniedziałku, a przynajmniej do momentu, gdy Sympatyczny stanął nade mną z miarką, plikiem kartek i ołówkiem i zaprezentował takie rzeczy, oto próbka:

Malowanie: level Sympatyczny z Nałogami.
Oprócz całej serii niezrozumiałych dla mnie obliczeń i szkiców do etapu planowania należy doliczyć również całą zabawę z mierzeniem (a  zabawa ta wymaga udziału co najmniej dwóch uczestników, no chyba, że masz cztery ręce, tyle samo par oczu i jakieś 2 metry wzrostu), wspinanie się po meblach i po drabinie oraz...
Pakowanie.
I nagle okazuje się, że nie istnieją rzeczy zagubione - one po prostu bawią się w chowanego. Pamiętacie Biuro Rzeczy Zagubionych Nigdy Nieodnalezionych, o którym pisałam TU? Otóż właśnie część się odnalazła. Niestety w nie najlepszym stanie, gdyż kurz (w przeciwieństwie do lodu czy błota) ma raczej słabe właściwości konserwujące. 


Okazuje się również, że ile książek i bibelotów nie byłoby na Twoich półkach to wszystko spokojnie da się zmieścić w czterech torbach i jednej walizce. No chyba, że wciąż chomikujesz i chowasz gdzieś po kątach podręczniki z liceum - wówczas dolicz jeszcze ze dwa worki na śmieci i karton. 

Aha, pakowanie to jest ten moment, w którym obiecujesz sobie, że połowa z tych rzeczy już nie wróci na swoje miejsce, bo przecież nie można zagracać tak pięknie zaaranżowanej na nowo przestrzeni. Aha, na pewno. Przecież to wszystko może się kiedyś przydać! Jest to również moment, kiedy planujesz meblową rewolucję, ale nie wiesz jeszcze, że za dwa dni okaże się, że misterna konstrukcja szafek i półek może zostać złożona i ustawiona tylko w jeden słuszny sposób. Póki co jednak rozkręcasz wszystko w nadziei na lepsze jutro, wypychasz na środek pokoju i zabierasz się za...
Foliowanie.
Dobra, nie będę trzymać Cię w niepewności. Folia nie służy do chronienia Twoich mebli i podłogi przed zachlapaniem farbą. Folia zapewnia Ci tylko komfort psychiczny i poczucie, że zrobiłeś wszystko, co w Twojej mocy, by zapobiec całkowitemu chaosowi i zniszczeniu. Nieważne jednak jak misternie i z czułością okryjesz nią wszystkie przedmioty i zakamarki i jak dokładnie obkleisz to wszystko taśmą. 

Nie łudź się.
I tak się odlepi. I tak się porwie. 

Handluj z tym!
Albo po prostu zaciskaj zęby i bierz się za...
Malowanie.
Wreszcie dochodzimy do sedna sprawy. Kiedy zdążysz się już namachać jak autostopowicz na trasie do Grójca i spocić jak kierowca PKS-u, czas przystąpić do konkretnej roboty. A będzie to robota niezwykle czasochłonna i niewdzięczna, uwierz mi. Tutaj nadchodzi moment, w którym muszę podzielić się z Tobą najważniejszą nauką jaką wyciągnęłam z całego tego przedsięwzięcia. Usiądź wygodnie, posłuchaj i zapamiętaj: 
Jeśli kiedykolwiek w życiu wpadniesz na pomysł pomalowania całego swojego mieszkania na wyjątkowo intensywny kolor żółto-pomarańczowy, a istnieje chociaż minimalna szansa (nawet 1/1000 cienia szansy), że 5 lat później zamarzy Ci się kolor jasnoniebieski... Zapomnij. Proszę Cię, jak babcię kocham, zapomnij o tym raz na zawsze. No chyba, że jesteś najczystszej próby masochistą, to spoko. Droga wolna.
I nie mówcie potem, że Was nie ostrzegałam.

Na początek ze trzy warstwy białej.
Może pomoże. 
W trakcie malowania okaże się też, że:
a) jednej farby prawdopodobnie nie starczy nawet na drugą warstwę
b) drugiej farby zostanie jakieś pół wiaderka
c) pierwszy raz od gimnazjum użyjesz małego pędzelka, co sprawi Ci więcej radości niż pierwsza (i pewnie ostatnia) piątka na studiach, a w głębi duszy poczujesz się jak Michał Anioł paćkający sufit w Kaplicy Sykstyńskiej.

A w skrócie? Okaże się, że wszystkich opisanych gdzieś tam wyżej planów możesz użyć co najwyżej jako serwetki, gdy zrobisz sobie przerwę na kebaba. Ale tak czy siak, przynajmniej będzie wesoło.
Sprzątanie.
Jak tylko zaliczysz ostatnie machnięcie pędzlem, okaże się, że najgorsze dopiero przed Tobą. Najrozsądniej będzie więc poustawiać wszystkie meble na swoich miejscach i przygotować sobie miejsce do spania. Najlepiej takie, gdzie w nocy nie uduszą Cię opary schnącej farby. Jak już trochę wypoczniesz i odkryjesz, że folia była mniej więcej tak potrzebna jak publiczne wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego, bierz się za skrobanie i szorowanie. Byle spokojnie: rozłóż sobie pracę na kilka etapów i nie przemęczaj się nadto. W końcu czeka Cię jeszcze... 
Rozpakowywanie.
Chociaż wiesz co? Nie spiesz się tak. Przecież książki spokojnie mogą pomieszkać kilka dni w szafie, a buty w kartonach. Ty lepiej usiądź w fotelu, wypij kawę, opisz wszystko na blogu i podziwiaj końcowy...
Efekt. 

To wprawdzie tylko jedna ściana, ale zdecydowanie ta, z której jestem najbardziej dumna.
Wydałam dwie stówki, co się namęczyłam to moje, Sympatycznego miłuję bezwzględnie za cierpliwość, wyrozumiałość i profesjonalizm.

Warto było.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział 6, w którym Klucha zostaje parapetową ogrodniczką

Warto zadać sobie pytanie - czy połowa stycznia to odpowiedni moment na zakładanie hodowli roślinek parapetowych?
Ależ doskonały! Choćby dlatego, że każdy, komu chociaż raz w życiu przyszło zmierzyć się z dziwnym i okrutnym bytem jakim jest sesja, przyzna, że w sytuacji skrajnego wyczerpania umysłu i desperacji wszystko, ale dosłownie w s z y s t k o, jest lepsze niż nauka. Niektórzy sprzątają mieszkanie, inni pieką ciasta, a jeszcze inni kupują kolorowe doniczki i dziesięciolitrowy worek ziemi ogrodowej. A potem piszą o tym na blogach. Można? No można.

A wszystko wzięło się stąd, że wraz z moim Sympatycznym z Nałogami wybraliśmy się do śmiesznego małego centrum handlowego, a konkretniej do śmiesznego dużego supermarketu, bo sesja sesją, ale jeść coś trzeba. Towarzyszyła nam myśl o szybkich niezobowiązujących zakupach spożywczych, najlepiej jeszcze tanich. To znaczy, taka myśl wchodziła z nami do sklepu. A ze sklepu wyszliśmy już z czymś zupełnie innym*.

- Popatrz, jakie piękne stoisko z nasionami! Może coś wyhodujemy?
Chwila namysłu. Nigdy w życiu nie wyhodowałam niczego lepszego niż pleśń na kotletach albo kiełki w odpływie w umywalce, serio. Może kiedyś w podstawówce brałam się za rzeżuchę, ale zgaduję, że ostatecznie i tak pomogła mi babcia. A jak przez chwilę w liceum miałam dwa kaktusy to jeden usechł, a drugi zgnił, to dopiero złośliwość losu.
Pozwalam sobie na wybuch dziecięcej radości:
- Tak, tak! Będę ogrodniczką! I zobacz, kolorowe doniczki! Wyhodujemy kwiatki, warzywa, przyprawy... Patrz, lubczyk! Bierzemy lubczyk, twoja mama mówiła, że jest dobry na miłość!
I tak biegamy dookoła tego pięknego stoiska z nasionami i wymyślamy, co jeszcze zasadzić.
I dobieramy kolorowe doniczki w różnych rozmiarach (tak naprawdę tylko w trzech kolorach, w tym białe) i jestem z siebie taka dumna, gdy odkrywam jak ładnie wygląda żółte z zielonym i zielone z żółtym. Dopełnieniem szczęścia jest wybór nawozu uniwersalnego... z dżdżownic kalifornijskich! Bardzo ma ładną zgrabną buteleczkę, ale mniejsza o to. Mamy nawóz z dżdżownic, how cool is that!

Namiastka wiosny na parapecie. Czekam. Ogromnie.
Lubczyk jednak został w sklepie, za to w wyniku demokratycznych obrad wybór padł na: bazylię, oregano z lebiodką, tymianek, papryczki, słonecznik i... palmę królewską. Przyznaję się, że oczekiwanie na wyrośnięcie czegokolwiek wywołuje u mnie nie lada emocje, ale jednak najbardziej ciekawi mnie ta palma... Jak Sympatycznemu z Nałogami uda się wyhodować palmę, w bloku, na półce nad grzejnikiem (bo to nawet nie parapet), to chyba już nic mnie nie zdziwi.

Pozostaje tylko pytanie... kto mi, do cholery, będzie przypominał o podlewaniu?

* i bez jedzenia; skończyło się na chińczyku za dychę