Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tęsknota. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Odcinek 39: piosenki, które bolą

Do muzyki mam dość szczególny stosunek. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że słucham praktycznie wszystkiego, jednak choć dawno już wyrosłam z tego wieku, kiedy ma się jeden ulubiony gatunek muzyczny, który uważa się za jedyny słuszny, byłoby to rażące nadużycie. Nie, nie słucham wszystkiego. Słucham bardzo wielu różnych rzeczy, bardzo różne rzeczy śpiewam, ale nie, nie, nie, po stokroć nie. Nie słucham wszystkiego, bo przecież w muzycznym świecie po równo jest drogocennych błyskotek i śmierdzącego gówna. No i jest też gówno opakowane w błyskotki, a to poznacie dopiero jak bliżej się przyjrzycie. Tylko uważajcie, żeby nie umoczyć noska. 
Nie mogę słuchać wszystkiego, a raczej nie mogę słuchać niektórych piosenek, gdyż najzwyczajniej w świecie sprawiają mi ból. 
Istnieją bowiem piosenki, które bolą. 
Ale żeby nie było tak prosto, okazuje się, że różne piosenki mogą boleć na bardzo różne sposoby.

Zacznijmy więc od najbardziej oczywistej kategorii piosenek, które bolą. Najbardziej oczywistej, gdyż zaczynamy od tych, które krzywdzą narządy stworzone do ich słuchania.

Piosenki, od których bolą uszy
Nie musisz mieć słuchu absolutnego ani wykształcenia muzycznego, aby na pierwszy rzut ucha stwierdzić, że z tą piosenką jest coś nie tak. A to klawisz jakby z kosmosu, a to beat coś za agresywny, a tu z kolei wokalista śpiewa jakby jednocześnie ktoś łaskotał go piórkiem po stopach i dziadkiem do orzechów ściskał za... już chyba sami wiecie za co. Piosenki, od których bolą uszy najczęściej nawet nie udają, że są czymś więcej niż produktem muzycznopodobnym stworzonym na potrzeby dancingu na plaży w Mielnie albo wesela Seby i Andżeli w Pcimiu Górnym czy Dolnym. I dobrze, niech się bawi, kto zdrów albo kto niedosłyszący! A Tobie pozostaje tylko zatkać uszy.

Piosenki, od których boli żołądek
W wielu przypadkach piosenki, od których boli żołądek nie różnią się wcale od piosenek, od których bolą uszy. Tak naprawdę te, od których boli żołądek to piosenki realnie krzywdzące uszy, ale idące w zaparte, że wcale tego nie robią. Sprawiają pozory przemyślanych i oryginalnych kompozycji, a najnowsze technologie sprawiają, że kozią kupę możesz przebrać za czekoladowy cukierek za pomocą kilku kliknięć we własnym domu. Bywają tak przekonujące, iż nawet w przeciwieństwie do tych pierwszych, nikt nie obawia się przyznawać publicznie, że puszcza je sobie w pracy. Z drugiej strony, żołądek pobolewa, a na torsje zbiera się również od piosenek wcale nie takich znowu najgorszych, ale męczonych do znudzenia po kilka razy dziennie od ponad dekady. Jeśli nie wiesz, o czym mówię, po prostu odpal jakiegoś eremefa albo inną zetkę czy wawę, a po czterdziestu minutach na pewno zorientujesz się, o co mi chodziło. 

Z tego miejsca pragnę nie pozdrowić pana Garou, zespołu Nickelback i pani Celine Dion. Żebyście wiedzieli, co przez Was wyprawiają moje trzewia... 

Piosenki, od których boli serce
Wśród piosenek sprawiających fizyczny ból można znaleźć też całkiem zajebiste kawałki, które niestety miały pecha znaleźć się na Twojej playliście w złym miejscu i o niewłaściwym czasie. Chcąc nie chcąc przypominają więc o ludziach i wydarzeniach, które wolałbyś wymazać z pamięci. Znasz to? Jedziesz samochodem, silnik mruczy, radio mruczy i nagle, ni stąd ni zowąd, nadchodzi piosenka-wspomnienie i dewastuje Ci serce, duszę i całą psychikę. Albo znajdujesz nagle na komputerze folder o tajemniczo brzmiącej nazwie Sylwester 2010 i przed oczami staje Ci ta śmieszna dziewczyna w zielonych podkolanówkach, z którą przetańczyłeś całą noc i nigdy więcej już jej nie spotkałeś. Na takie piosenki należy uważać, a ich odgrzebywanie (wraz z rozgrzebywaniem starych ran) powinno odbywać się w kontrolowany i bezpieczny sposób. Inaczej atak serca, emocjonalne rozwolnienie albo pijacki występ na karaoke w barze, gwarantowane. 


Piosenki, od których bolą nogi
Przecież Ty nawet nie lubisz tej piosenki! No tak, zgadza się. Z własnej nieprzymuszonej woli nigdy nie wstukałbyś tego tytułu na youtubie i nie oddawałbyś się perwersyjnej przyjemności słuchania czegoś tak prymitywnego. Jednak bardzo często słyszysz ją przypadkiem i nie potrafisz wówczas zapanować nad swoim ciałem. Nóżka chodzi, bioderka podrygują... Pół biedy, gdy jesteś na przykład w sklepie, wtedy starasz się jeszcze jako tako kontrolować ten zew natury. Gorzej jeśli piosenka ta dopada Cię w trakcie imprezy, a Ty wzmocniony zawczasu odpowiednim eliksirem wyciągasz po kolei na parkiet wszystkie damy i głośno domagasz się bisów od DJ-a, którym jest przecież Twój kolega z pracy, któremu w tym momencie melanżu i tak jest już wszystko jedno. Wznosicie więc przyjacielski toast, a on chcąc Cię uszczęśliwić zapętla utwór i tak rozpoczyna się Twój pięciogodzinny maraton z Bailando. Tylko potem nie płacz, że bolą Cię nogi...

Piosenki, od których boli gardło
Właściwie to samo co wyżej. Zanim jednak siedząc przy barze zdecydujesz się na recital ku pamięci Ryśka Riedla upewnij się, że znasz chociaż 1/4 tekstu którejś z jego piosenek. 

Tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca. Przy pisaniu tego tekstu nie ucierpiała żadna część mojego ciała, gdyż dla własnego bezpieczeństwa podarowałam sobie wsłuchiwanie się w bolące piosenki, podczas i tak już bolesnego procesu twórczego. A Ciebie jaka piosenka boli najbardziej? 

sobota, 2 maja 2015

Odcinek 26, w którym przedstawiam Najbardziej Różową Wędkarkę Świata i dzielę się garścią majówkowych wspomnień

Majówka to taki śmieszny moment w roku; jeden z tych, na którego spędzenie można mieć miliard pomysłów, a i tak zazwyczaj kończy się na suto zakrapianym grillu. Nie ma się co dziwić, zwłaszcza, że majówkowe promocje są bardzo hojne jeśli chodzi o cztero-, sześcio- i ośmiopaki piwa i kiełbasy, a nieco mniej hojne, gdyby na przykład naszła Cię chęć na wyjście do teatru. Ja z majówkowego szaleństwa (jak i z każdego innego) lubię się trochę ponabijać, jednak starouczniowskim zwyczajem szczerze doceniam każdy dłuższy weekend i wolny piąteczek. Bo dlaczegóż by nie?

Moja zeszłoroczna majówka była jednak zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych. Mianowicie zeszłoroczną majówkę spędziłam w Erywaniu, który był ostatnim przystankiem naszej niemal trzytygodniowej rodzinnej wyprawy po Gruzji, Azerbejdżanie i Armenii.

Nie do końca wiedzieliśmy przy jakiej mieszkamy ulicy,
więc dla pewności woleliśmy zrobić zdjęcie.
Po tym wyjeździe pozostała mi na pamiątkę pusta butelka po Araracie (tradycyjnym armeńskim koniaczku) oraz mocne postanowienie, że nigdy więcej nie ruszam się na tak długo bez Sympatycznego. Zeszłoroczna majówka była więc dla mnie wyjątkowa i nieco (bardzo chciałam uniknąć tego słowa, ale naprawdę nie umiem) traumatyczna. Aż do owego wyjazdu nie wiedziałam, że można tak bardzo tęsknić, bo nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się tego robić. Nie wiedziałam też jak bardzo mogą dłużyć się trzy tygodnie, nawet gdy czas masz wypełniony po brzegi zwiedzaniem i pokonywaniem odległości z jednego miasta do drugiego (a miast i środków transportu i przygód z nimi związanych było co niemiara; od Tbilisi, przez Baku i dziesiątki mniejszych, aż do wspomnianego Erywania; od samolotu, przez pociąg pełen nastoletnich kazaskich zapaśników, aż do przepełnionych marszrutek, w których bagaże przywiązuje się sznurkiem na dachu, a w przypadku braku miejsc siedzących pomiędzy fotelami dostawia się taborety). Teraz, gdy minął już rok, śmiało mogę przyznać, że była to na pewno najbardziej niesamowita majówka w moim życiu (jak dotąd), aczkolwiek wciąż nie potrafię patrzeć na zdjęcia z tej wyprawy bez dziwnego ukłucia w sercu, które przypomina jak bardzo nie potrafiłam się nią cieszyć.

Klucha tradycyjnie była najbardziej zainteresowana
lokalnymi przysmakami, zwłaszcza tymi słodkimi.
Tyle jeśli chodzi o zeszłoroczną majówkę; teraz czas wrócić do tegorocznej, która choć jeszcze się nie skończyła to już zdążyła przynieść mi wiele radości. Zacznijmy od tego, że całym sercem wierzę w równouprawnienie i straszliwie nie w smak są mi wszelkie podziały na obowiązki, czynności czy rozrywki damskie i męskie. Jestem kobietą, owszem, wcale się tego nie wstydzę. Uważam jednak, że większość tych podziałów to strasznie sztuczne twory i zupełnie nie warto się nimi przejmować. Jedną z majówkowych aktywności, które podlegają dość mocnej segregacji płciowej jest wędkowanie. Sympatyczny z Nałogami wędkuje od lat; ja pierwszy raz wędkę trzymałam w ręku jakoś w zeszłym roku, kiedy udało mi się wreszcie go namówić, by zabrał mnie ze sobą. Na jego nieszczęście spodobało mi się do tego stopnia, że nawet kupiłam sobie własną wędkę... No i żegnajcie męskie wypady na rybkę. Tak też stało się i teraz; w wyniku różnych perturbacji pojechaliśmy sobie na połów tylko we dwoje. Plan był dobry, miał jednak kilka słabszych punktów. Albo może wcale nie słabszych; po prostu tak miało być! Przede wszystkim już na wstępie popisałam się stylówką i stałam się jedyną różową plamą w całym morzu zieleni i paskudnego moro. Na dodatek jedyną kobietą na całym łowisku (nie licząc jednej żony wsuwającej frytki pod altanką), a już na pewno jedyną z wędką w ręku. Już widziałam te zaciekawione, lekko rozbawione spojrzenia... Na dzień dobry lunął deszcz, trochę pogrzmiało i w pewnym momencie byliśmy już bliscy poddania się i urządzenia sobie wycieczki do Maka na FishMaca. Na szczęście nie daliśmy się i wróciliśmy do gry. I było warto, nawet nie wiecie jak bardzo!

Przedstawiam Państwu Pana Karpia.
O, już wiecie. Właśnie dlatego było warto. Oprócz Pana Karpia (waga: jakieś 1,5 kilo) dorwałam też parę małych karasi, jednak to On, największa ryba jaką złapałam do tej pory, zupełnie zrobił mój dzień. Nie myślcie, że było łatwo; całe szczęście, że nie wciągnął mnie do wody, bo stoczyliśmy ze sobą porządną walkę, zanim wreszcie udało mi się go wyciągnąć. Gdy wreszcie się udało, cieszyłam się jak mała dziewczynka, a kolana drżały mi jak przed występem na szkolnej akademii. Karp został odpowiednio obfotografowany, wyściskany, a następnie wypuszczony, więc nie musicie martwić się o jego zdrowie. Prawdopodobnie nauczony doświadczeniem nie da się drugi raz tak łatwo nabrać na białego robaka i kukurydzę, więc może trochę sobie popływa.

Tak właśnie Najbardziej Różowa Wędkarka Świata udowodniła, że nie kolor wdzianka zdobi wędkarza i że nawet mała dziewczynka może wyciągnąć z wody całkiem sporą rybę. Problem jest tylko taki, że teraz mam apetyt na jeszcze większe zdobycze... I dopiero okaże się czy podołam takiemu wyzwaniu! Trzymajcie kciuki.