Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzień. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

Rozdział 12, w którym znowu mam dziesięć lat i robię gazetkę ścienną

Czy pamiętasz jeszcze, drogi czytelniku, beztroskie lata edukacji wczesnoszkolnej? No ba, na pewno. Zwłaszcza jak masz piętnaście lat. A jak masz dwadzieścia pięć to nawet tym bardziej, choć są to wspomnienia nieco zniekształcone i okraszone szczyptą wyidealizowania. Oj tak, beztroskie i przyjemne to były czasy, gdy największym zmartwieniem było skompletowanie zielnika, uzbieranie najładniejszych kasztanów (zanim reszta dzieciarni wyjdzie ze szkoły; zawsze najlepsze kasztanowe ludziki mieli ci, którym dopisało szczęście i pierwszego Dnia Spadających Kasztanów kończyli lekcje jako pierwsi) albo zrobienie gazetki ściennej. 

Miałeś wówczas te osiem czy dziesięć lat, nie czytałeś jeszcze amerykańskiej literatury młodzieżowej i Twój umysł wciąż nie był skażony myślą o drukowaniu w salce informatycznej, w tajemnicy przed nauczycielami, rewolucyjnego pisma w wersji papierowej. Gazetka w Twojej świadomości niewiele miała wspólnego z tą wielką szeleszczącą płachtą, którą mama rozkładała na stole przy kawie, a tata zabierał ze sobą na dłuższe posiedzenia w toalecie. Dla Ciebie gazetka była wciąż tą korkową tablicą powleczoną zielonym lub bordowym materiałem, której ozdobienie czasami tylko było przykrym obowiązkiem, a częściej niebiańskim przywilejem (nie ukrywajmy: głównie dlatego, że bezkarnie można było zostać wtedy w sali podczas przerwy, skakać po ławkach i/lub urwać się z lekcji). Zabawa była przednia! A efekty tej zabawy wyglądały zazwyczaj tak: 




Patrzę na te cuda i wierzę, że każde z nich mogło spokojnie powstać w mojej podstawówce. Ba! Nawet z moim udziałem. Kto wie, może Ministerstwo po prostu przesyła jakieś wytyczne dotyczące zasad tworzenia szkolnych gazetek ściennych, oczywiście z dopiskiem Top Secret. Taki tam festiwal WordArta, ClipArta, dobrych rad i pompatycznych cytatów, które przeciętny uczeń polskiej szkoły ledwie będzie w stanie płynnie przeczytać, nie mówiąc o zrozumieniu. 

Tak czy siak, miałam dzisiaj słaby dzień. Jeden z tych dni, kiedy niby wszystko jest fajnie, nawet autobus spóźnia się specjalnie dla Ciebie, żebyś nie czekała na następny 20 minut, wreszcie świeci słońce, chociaż wiatr wciąż pizga złem, jesz dobrego kebaba na obiad z dokładnie takim sosem jaki zamówiłaś... ale jednak coś z tym dniem jest nie tak. Łypnęłam więc okiem na swoją ścianę, którą od czterech czy pięciu lat (z wątpliwym skutkiem) ozdabiały lekko pożółkłe tabelki z hiszpańską koniugacją, schematy pisania listów i inne dziwności przydatne do nauki języka. Łypnęłam raz. Łypnęłam drugi raz. Chwilę jeszcze poużalałam się nad sobą, pochlipałam nad rozrzuconymi na stole zdjęciami (bo jak mi smutno to lubię sobie powspominać i posmutać jeszcze bardziej), po czym postanowiłam zrobić sobie gazetkę ścienną. Hiszpańskie notatki wylądowały w koszu, a z kolei na ścianie (z pomocą katalogu ikei, połamanych nożyczek i plastra typu przylepiec, bo oczywiście taśmy w domu brak) wylądowały takie rzeczy.


Znów mam dziesięć lat i swoją własną gazetkę ścienną. Chyba jeszcze nie skończoną; może Sympatyczny dorzuci też coś od siebie. 
A Ty, drogi czytelniku, co najchętniej przylepiłbyś do swojej ściany? 

środa, 11 lutego 2015

Rozdział 11: o pretekstach, czyli kochajmy się i jedzmy pączki nie tylko od święta

Taka już bywam antysystemowa i postępowa (właściwie nie wiem, kiedy i dlaczego to słowo w języku polskim nabrało negatywnego znaczenia, bo w swej naturze postęp to dla mnie bezsprzecznie coś dobrego), że większość tradycji, czy to naszych rodzimych, czy też zapożyczonych zza oceanu, po prostu mnie mierzi. Jednak tak naprawdę to moje negatywne nastawienie do świąt i zwyczajów wszelakich nie wynika z nieprzemijającego okresu buntu czy też hipernowoczesnego podejścia do rzeczywistości, a raczej z ich nachalności i straszliwej płycizny emocjonalnej i intelektualnej. Bo chodzi w tym wszystkim tylko o to, żeby ludziom dać pretekst.

Ach, preteksty, to świetny temat na tekst. Już nawet kiedyś taki napisałam. Niemalże równo trzy lata temu, na pewnym blogu, którego jestem współautorką (choć blog aktualnie w fazie spoczynku), pisałam tak:

"(...)Nie wiem czy zauważyliście, ale ludzie, niezależnie od tego za co się zabierają, zawsze potrzebują jakiejś dodatkowej motywacji, czegoś bardziej przekonującego niż własne chęci czy ambicje. Czy jest to kwestia lenistwa czy braku odwagi? I czy przypadkiem wszystkie święta, które przyzwyczailiśmy się obchodzić nie są tylko p r e t e k s t e m do robienia rzeczy, których na co dzień raczej byśmy się nie podjęli? Ewentualnie mogą być także wymówką(...). Dajmy na to - Walentynki. Dla par - idealny dzień, żeby skupić się tylko i wyłącznie na sobie, poudawać, że w jeden dzień w roku można nadrobić pozostałe 364. Dla singli - cudowny pretekst, żeby ponarzekać na swoją samotność, pozajadać się czekoladą przy łzawych filmach(...), Dla tych w ukryciu wzdychających do kogoś - najlepszy pretekst, żeby wyznać komuś co się czuje. A taki Tłusty Czwartek? Cóż za cudowna okazja, żeby poopychać się słodyczami i jeszcze wmawiać wszystkim dookoła, że w magiczny sposób wszystkie kalorie spożyte tego dnia rozpływają się w powietrzu i nie ma szans, żeby cokolwiek poszło w biodra(...). Boże Narodzenie?  - dobry pretekst, żeby ze wszystkimi się pogodzić, zrobić ogromne zakupy i przez trzy dni bez wyrzutów sumienia nie wstawać od stołu(...). Dzień Pizzy, Dzień Piwa, Dzień Czekolady?  - Czy muszę coś dodawać? Dzień Całowania, Przytulania, Seksu? 
Do czegokolwiek potrzebujecie pretekstu - na pewno gdzieś znajdzie się święto odpowiadające Waszym wymaganiom. Więc śmiało! Do dzieła. Gdy tylko ktoś z Was poczuje, że koniecznie musi coś zrobić, ale zbyt mało ma na to odwagi czy chęci, zaraz ogłosimy jakiś losowo wybrany dzień Świętem. Przecież nam wolno! Nawet bez żadnego pretekstu." 

Miło odkryć, że przez trzy lata nie tak bardzo się zestarzałam i wciąż na pewne rzeczy patrzę podobnie. Jasne, że możesz namiętnie celebrować wszystkie wymienione wyżej święta. Może nawet będzie fajnie. Ale wiesz co jest fajniejsze? Umieć bezkarnie kochać się i wpieprzać słodycze na co dzień, bez jakiegoś specjalnego pretekstu.