Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 37: jak się odtruć po weselu?


Wbrew pozorom nie będzie to poradnik 999 sposobów na kaca, ani też kompendium wiedzy o zatruciach pokarmowych. Albowiem prawda jest taka, że kaca łatwo jest zapić wodą z polopiryną, a zatrucie pokarmowe - coca-colą. Oba może też dość skutecznie przespać. Są jednak w życiu człowieka takie wydarzenia, które odciskają rozgrzane do czerwoności piętno na  Twoim ciele i umyśle, sercu i żołądku, nogach i duszy...
Wesela.
Dla jednych melanż totalny, dla innych totalna klapa. Jednym w duszy gra disco-polo i rozstrojony akordeon, innym więdną uszy. Jedno jest pewne: ciężko mieć do wesel obojętny stosunek; wesela się albo kocha albo nienawidzi. Albo przechodzi się płynnie, wraz z płynącą wódką, od jednej skrajności w skrajność. Ale załóżmy, że póki co...
Jest czwartek.
 Spacerujemy wieczorem, kupuję w Biedrze kaktusa, jemy kwaśne lody. Wciąż jestem spokojna, wciąż mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Odczuwam nawet lekkie zniecierpliwienie.
- Chyba nawet mam ochotę tam iść - mówię z pełnym przekonaniem do Sympatycznego. Ładnie mu będzie w granatowym garniturze, tak ładnie, że sama bym się mogła chajtnąć, a co mi tam. On nie podziela chyba jednak mojego entuzjazmu, ale jak to mówią mus to mus. A smoothie to smoothie. On nie drąży tematu, ja wręcz przeciwnie.
- Ale wiesz dlaczego? Bo to jest świetna, idealna, jedyna taka okazja, żeby się bezkarnie wypindrzyć!
On się śmieje, ja się śmieję. Oboje wiemy, że to prawda. Oboje jeszcze nie wiemy, że to wszystko na nic i że nie warto.
Jest sobota.
Bezkarnie wypindrzona czekam, trochę jak Penelopa na Odyseusza, trochę jak klient w smażalni ryb, czekający aż wreszcie go ktoś obsłuży. Jeszcze nie wiem, że tak to będzie wyglądać przez całą noc. Tutaj warto zrobić drobną przerwę na pierwszą z dobrych rad (a właściwie drugą, bo pierwsza brzmi po prostu: Nie idź tam), których mogę Ci udzielić jeśli listonosz właśnie przyniósł Ci pięknie ozdobioną złotą wstążką i papierowymi gołębiami kartę z zaproszeniem na ślub: Nie idź tam jeśli Twojej drugiej połówce przypadło na tej imprezie świadkować. Serio, wykręć się zapaleniem ucha, porodem sąsiadki, złamaną nogą, remontem u babci... Naprawdę nie wiem czy można na weselu trafić bardziej niewdzięczną rolę niż osoba towarzysząca świadka lub świadkowej. Zwłaszcza jeśli się na tym weselu (prawie) nikogo nie zna.

No dobra, załóżmy, że jednak poszłaś. Wprawdzie (prawie) nikogo nie znasz, ale jak świat światem wiadomo, że nic tak nie zbliża ludzi jak wspólne biesiadowanie. Nieśmiało zagajasz więc do siedzących obok osób, wznosicie razem kilka toastów i przynajmniej przez kilkanaście minut masz do kogo gębę otworzyć. Musisz jednak pamiętać, że możesz trafić na zaprawionych w bojach zawodników, a z takimi nie warto się ścigać. Trochę wypić jednak trzeba, gdyż w alkoholu doskonale rozpuszczają się krytycyzm i zażenowanie. Niestety to też tylko do czasu...
Jest północ.
A właściwie jakieś okolice północy, gdzieś mniej więcej w połowie całego zamieszania. Goście już najedzeni i odpowiednio nastrojeni. Można nawiązywać nowe znajomości, czas leci jakby trochę szybciej. Stoję na tarasie, zawiązuje się kółeczko konwersacyjne pod przewodnictwem Kumpla Pana Młodego (to taki człowiek, który całe życie marzył o zostaniu świadkiem, a tu klops, ale to nie przeszkadza mu  uważać się za czwartą czy piątą najważniejszą osobę na tym weselu). Rozmowa schodzi na temat grającej właśnie kapeli i szeroko pojętej oprawy muzycznej całego tego przedsięwzięcia. Wiję się jak Duda i Komorowski unikający konkretnych odpowiedzi na pytania w czasie debaty prezydenckiej, gdyż nie za bardzo chcę się wychylać ze swoją opinią na ten temat.
- Słabo trochę, nie? - wyrywa się nagle Kumpel Pana Młodego i rośnie w moich oczach jak magiczna fasola Jasia Fasoli. Boże, bratnia dusza, rozpływam się, mam ochotę bić brawo, wreszcie ktoś! Przytakuję jak szalona, czekam na więcej.
- Mogliby zagrać coś takiego starszego! - mówi, a ja naliczam mu kolejne punkty chwały.
- Jakiegoś rock'n'rolla, nie? - pytam pełna nadziei z uśmiechem na pół twarzy.
- Nie no...
On coś kręci, ja zamieram.
-... raczej coś takiego normalnego. Żeby się przeszli z akordeonem i rozruszali towarzystwo przy stołach! Na lewo, na prawo, w górę i w dół... Hehehe.

Hehehe. Nie. 
Jest siódma rano.
 I'm still standing
Yeah
Yeah
Yeah

Niby still standing, ale właściwie to bardziej sitting, do tego też ledwo ledwo. Od co najmniej 5 godzin marzę o prysznicu i wygodnym łóżeczku, chociaż właściwie może być samo łóżeczko i to nawet całkiem niewygodne, byle było. A tu wciąż końca imprezy nie widać. Wprawdzie Pan Młody już przebiera nogami, bo chciałby zebrać ze stołów trochę szamy na poprawiny, Panna Młoda drzemie w kąciku, bo od dwóch dni nie spała w ogóle, świadkowie wraz z rodzicami krzątają się po sali i znoszą jakieś fanty do samochodu...a Tamci siedzą i siedzą. Kim są Tamci? Właściwie nie do końca wiadomo, ani to rodzina, ani bliscy znajomi, jakoś tak wyszło, że skoro trzeba było zaprosić Jowitę, która jest daleką kuzynką przyjaciółki matki Panny Młodej, to koniecznie też jej brata, a jak jej brata to również męża siostry jego ojca, Mariana co wódki nie odmawia, huehue. Tak czy siak, kimże by nie byli, za punkt honoru wzięli sobie wytrwanie do samego końca, a później zorientowali się, że to od nich zależy, kiedy też on nastąpi. I tak siedzą i siedzą. Jest siódma rano. Mam ochotę do nich podejść i własnoręcznie udusić, ale nie jest to możliwe, gdyż nie mogę nawet podnieść się z krzesła, bo całkiem już odcięło mi nogi... ze zmęczenia oczywiście.
Znowu jest czwartek.
Od wesela minął już prawie tydzień, a ja wciąż nie do końca doszłam do siebie. Obyło się bez kaca giganta i bolesnych pęcherzy na stopach, nie podarłam sukienki, nie złapałam welonu (rada numer trzy: Gdy jakoś koło północy w powietrzu zacznie być wyczuwalny swąd o c z e p i n - wiej, biegnij ile sił w nogach, zamknij się w toalecie), nie zatrułam się salmonellą i nie roztrzaskałam talerza o głowę Wodzireja gorąco zachęcającego świadków do pierwszego pocałunku (oczywiście między sobą i najlepiej z języczkiem). Może jestem nudna, może zblazowana, może zmanierowana... Ale najnormalniej w świecie czuję się zbrukana i (trochę na siłę) wytarzana w disco-polo, nóżkach w galarecie, ciepłej wódce, rozstrojonym akordeonie, cekinach, wąsatych Januszach i spoconych Halinach... albo na odwrót.

Bardzo chciałam, żeby ten tekst miał jakieś zabawne podsumowanie, lekko uszczypliwą puentę czy mądry morał. Niestety w trakcie pisania i wspominania opuściły mnie wszelkie siły witalne, a w mojej głowie znów zawitał smutek... poza tym o czym tu dalej gadać. Wesele mnie otruło. Zatruło moje uszy, oczy, wątrobę i serduszko. Teraz pozostaje tylko znaleźć jakąś odtrutkę. Jest jednak jedna bardzo duża zaleta tego wszystkiego: zgodnie z Sympatycznym nie mamy już złudzeń, że nigdy sobie takiej przyjemności nie zafundujemy.

A zamiast podsumowania zostawię Wam tylko to:
 

środa, 11 lutego 2015

Rozdział 11: o pretekstach, czyli kochajmy się i jedzmy pączki nie tylko od święta

Taka już bywam antysystemowa i postępowa (właściwie nie wiem, kiedy i dlaczego to słowo w języku polskim nabrało negatywnego znaczenia, bo w swej naturze postęp to dla mnie bezsprzecznie coś dobrego), że większość tradycji, czy to naszych rodzimych, czy też zapożyczonych zza oceanu, po prostu mnie mierzi. Jednak tak naprawdę to moje negatywne nastawienie do świąt i zwyczajów wszelakich nie wynika z nieprzemijającego okresu buntu czy też hipernowoczesnego podejścia do rzeczywistości, a raczej z ich nachalności i straszliwej płycizny emocjonalnej i intelektualnej. Bo chodzi w tym wszystkim tylko o to, żeby ludziom dać pretekst.

Ach, preteksty, to świetny temat na tekst. Już nawet kiedyś taki napisałam. Niemalże równo trzy lata temu, na pewnym blogu, którego jestem współautorką (choć blog aktualnie w fazie spoczynku), pisałam tak:

"(...)Nie wiem czy zauważyliście, ale ludzie, niezależnie od tego za co się zabierają, zawsze potrzebują jakiejś dodatkowej motywacji, czegoś bardziej przekonującego niż własne chęci czy ambicje. Czy jest to kwestia lenistwa czy braku odwagi? I czy przypadkiem wszystkie święta, które przyzwyczailiśmy się obchodzić nie są tylko p r e t e k s t e m do robienia rzeczy, których na co dzień raczej byśmy się nie podjęli? Ewentualnie mogą być także wymówką(...). Dajmy na to - Walentynki. Dla par - idealny dzień, żeby skupić się tylko i wyłącznie na sobie, poudawać, że w jeden dzień w roku można nadrobić pozostałe 364. Dla singli - cudowny pretekst, żeby ponarzekać na swoją samotność, pozajadać się czekoladą przy łzawych filmach(...), Dla tych w ukryciu wzdychających do kogoś - najlepszy pretekst, żeby wyznać komuś co się czuje. A taki Tłusty Czwartek? Cóż za cudowna okazja, żeby poopychać się słodyczami i jeszcze wmawiać wszystkim dookoła, że w magiczny sposób wszystkie kalorie spożyte tego dnia rozpływają się w powietrzu i nie ma szans, żeby cokolwiek poszło w biodra(...). Boże Narodzenie?  - dobry pretekst, żeby ze wszystkimi się pogodzić, zrobić ogromne zakupy i przez trzy dni bez wyrzutów sumienia nie wstawać od stołu(...). Dzień Pizzy, Dzień Piwa, Dzień Czekolady?  - Czy muszę coś dodawać? Dzień Całowania, Przytulania, Seksu? 
Do czegokolwiek potrzebujecie pretekstu - na pewno gdzieś znajdzie się święto odpowiadające Waszym wymaganiom. Więc śmiało! Do dzieła. Gdy tylko ktoś z Was poczuje, że koniecznie musi coś zrobić, ale zbyt mało ma na to odwagi czy chęci, zaraz ogłosimy jakiś losowo wybrany dzień Świętem. Przecież nam wolno! Nawet bez żadnego pretekstu." 

Miło odkryć, że przez trzy lata nie tak bardzo się zestarzałam i wciąż na pewne rzeczy patrzę podobnie. Jasne, że możesz namiętnie celebrować wszystkie wymienione wyżej święta. Może nawet będzie fajnie. Ale wiesz co jest fajniejsze? Umieć bezkarnie kochać się i wpieprzać słodycze na co dzień, bez jakiegoś specjalnego pretekstu.