Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mandaty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2015

Odcinek 42: wypraszam sobie, czyli dylematy gospodyni imprezy

Z przykrością zauważam, że z każdym rokiem mojego życia staję się co raz bardziej aspołeczna. Nie zrozumcie mnie źle: generalnie lubię (niektórych) ludzi i nie wyobrażam sobie świata bez nich, ale niektóre zasady życia społecznego i funkcjonowania w grupie przerastają mnie na tyle, że często mam ochotę zamknąć się w domu. Sama. Na miesiąc. Okazuje się, że największy problem mam chyba z imprezami. O ile chodzenie do klubów ostatnimi czasy w ogóle przestało mnie kręcić, a na pójście do pubu ciężko nieraz znaleźć czas, pieniądze i towarzystwo, to już tradycja domówek trzyma się całkiem nieźle, od czasów gimnazjalnych mniej więcej na tym samym poziomie i z taką samą częstotliwością. Problem jest tylko z intensywnością. Bo wiecie... Mi po prostu bardzo wcześnie chce się spać.
Na co dzień nie jest to nawet takie straszne. Kładę się wcześniej, ale i wstaję wcześniej. Skończyłam więc z siedzeniem po nocach, za to całkiem nieźle idzie mi pracowanie rano. Nie jest to także zbyt uciążliwe, gdy wybieram się na imprezę do kogoś. Usypiam na stojąco albo po prostu mam dość? Nic prostszego, po prostu zmywam się do domu. Oczywiście pod warunkiem, że w miarę szybko uda mi się nakłonić Sympatycznego do powrotu. Chociaż w sumie zawsze można wyjść i liczyć na to, że mnie dogoni. Sytuacja jednak komplikuje się, gdy to mi przyjdzie do głowy zostać gospodynią imprezy

A bo imieniny, urodziny, wolna chata albo przywieziony z zagranicy alkohol... Każda okazja dobra, żeby zobaczyć się z dawno niewidzianymi znajomym. Niestety wszyscy albo w pracy albo w wakacyjnych rozjazdach, więc na spotkanie wcześniej niż o 21 nie ma za bardzo co liczyć. Doskonale wiem też, że skoro umówimy się na 21 to większość nie przybędzie przed 22. I tak minutka do minutki, godzinka do godzinki, zaczynamy imprezowanie o godzinie, o której w normalnych warunkach kładę się spać. Przeciągnięcie mojej żywotności przez kolejne 2 czy 3 godzinki to żaden problem, jednak drugie tyle urasta do rangi wyczynu. Tak oto około 3 czy 4 nad ranem zaczynam niespokojnie się kręcić, ostentacyjnie ziewać, powoli zabierać się do sprzątania... A tu nic. Jak siedzieli, tak siedzą. A ja razem z nimi, choć oparta bezwładnie o ramię Sympatycznego, rozpaczliwie walcząca z opadającą głową

Kurczę, kocham ich, świetnie się razem bawiliśmy przez ostatnie godziny, ale mam tę straszną przypadłość, że jak już zachce mi się spać, to odcina mnie kompletnie. Robię się drażliwa, markotna i nie ma takiej siły, która by mnie w takim stanie ogarnęła i przywróciła do żywych. Aha, i naprawdę nie ma to związku z wypitym alkoholem. W każdym razie męczę się, smucę, trochę złoszczę na samą siebie, że taka ze mnie nudziara i imprezowa psuja, a w mojej głowie powstają takie oto plany... 
Udaj omdlenie.
Chyba, że Twoje zdolności aktorskie w tym zakresie wyglądają tak jak w olsztyńskim spocie o dopalaczach. Czyli nie wyglądają wcale.

Wyjdź z domu.
Lepiej z domu niż z siebie. Świeże powietrze pomoże Ci odzyskać siły, a ukradzione zawczasu klucze do mieszkania jednego z gości zapewni Ci nocleg na tę trudną noc.
Owiń się kocem.
Zostań człowiekiem-burrito i przestań reagować na bodźce zewnętrzne. Pomogą Ci zakupione wcześniej zatyczki do uszu. Istnieje szansa, że po kilku próbach goście zaniechają pomysłu obudzenia Cię, mogą jednak stwierdzić, że wyniesienie i zamknięcie Cię w piwnicy będzie niezwykle zabawne.
Zgłoś zakłócanie ciszy nocnej.
Ale to tylko w przypadku, gdy masz wolne dwie stówki na ewentualny mandat, za to nie masz za grosz rozsądku i godności.
Pamiętajcie, to nie tak, że nie lubię ludzi. Po prostu straszny ze mnie śpioch i leniwiec. Jeśli (w przeciwieństwie do mnie) macie jakieś skuteczne i sprawdzone sposoby na niewypraszanie gości i jednoczesne wysypianie się, to koniecznie dajcie znać. Kawa odpada, bo dziwnie reaguje z alkoholem, drzemka przed imprezą nie działa, energetyków nie tykam, a goście na 17 przecież nie przyjdą. Czy jest jeszcze jakaś szansa dla Najgorszej Gospodyni Imprez?

sobota, 21 marca 2015

Odcinek 18, a w nim sztuka kontrolowania własnej trzeźwości w sześciu aktach

Każdy zdrowy na umyśle człowiek zgodzi się, że prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu jest tak idiotyczne, że aż ciężko uwierzyć jak często trzeba ludziom o tym przypominać. Jednak o ile wsiadanie za kierownicę bezpośrednio po spożyciu jest raczej powszechnie potępiane, to już z wczorajszym kierowcami mamy pewien problem. Niby każdy organizm jest inny i w zależności od wielu czynników alkohol schodzi z nas szybciej lub wolniej, jednak wiele osób zdaje się nie pamiętać, że między "wydaje mi się, że już mogę jechać" a "mogę już jechać" różnica może wynosić kilka setnych promila. 

Niektórzy jednak pamiętają. Mój idealny mężczyzna, ostoja rozsądku i odpowiedzialności, Sympatyczny z Nałogami, pamiętał dziś o tym doskonale i mimo naprawdę dobrego samopoczucia długo wahał się czy może już wsiadać za kółko. Zgodnie z myślą, iż lepiej zapobiegać niż tracić prawo jazdy albo życie, postanowił chuchnąć, gdzie trzeba, aby przekonać się o swojej trzeźwości. I tu właśnie zaczęła się cała przygoda.

Mieszkamy w stolicy 40-milionowego kraju, dookoła pełno całodobowych sklepów, lokali usługowych i instytucji użyteczności publicznej. Mieszkamy również w kraju, w którym wyrywkowe kontrole trzeźwości na drogach są na porządku dziennym, właśnie po to, by z plagą pijanych kierowców walczyć. Wydawać więc by się mogło, że sprawa jest banalnie prosta. 

Akt pierwszy: komisariat policji
O, świetny plan. Podobno wpadanie na komendę w celu poddania się kontroli z własnej woli stało się tak popularne, że czasami trzeba odstać swoje w kolejce. W Nowy Rok na komisariaty w Warszawie zgłosiło się ponad 500 osób; w sumie chwali się. Władze też sobie chwalą i się chwalą tą jakże kompleksową obsługą petentów. Już prawie daliśmy się namówić na wycieczkę na najbliższą komendę, kiedy okazało się, że... taka właściwie nie istnieje. Rejon Żoliborza i Bielan obsługują dwie. O innych Internet milczy. Godzinna podróż komunikacją miejską w obie strony nie wchodziła w grę, z resztą tak samo jak spacer i (z wiadomych przyczyn) podjechanie na miejsce autem. 

Akt drugi: trzy sklepy monopolowe
Czas trochę obniżyć poprzeczkę - jednorazowy alkotest to wciąż lepiej niż alkomat online. Niestety w żadnym z trzech nie słyszano o takim wynalazku. Właściwie nie rozumiem dlaczego w żadnym z nich nie ma też na stanie jednego alkomatu awaryjnego, za którego użycie pobierana byłaby symboliczna opłata. Przecież to aż samo się prosi! 

Akt trzeci: dwie apteki
Potrzebny Ci test ciążowy, test na poziom cukru we krwi czy może test na obecność narkotyków w moczu? Nie ma sprawy! Do wyboru do koloru. Niestety na alkotest nie ma co liczyć. Przecież ''ja tu prowadzę aptekę, a nie sklep z bublami".

Akt czwarty: dwa kioski
Jak wyżej.

Akt piąty: komenda straży miejskiej
Zdania co do obowiązku posiadania przez strażników alkomatu są podzielone, więc trzeba pofatygować się osobiście; akurat tak się składa, że komenda straży miejskiej znajduje się w przyzwoitej odległości. Niestety nie ma możliwości zwiedzenia jej wnętrza; obsługa interesantów odbywa się przez domofon. Funkcjonariusze są nawet nie zdziwieni, a wręcz oburzeni, że ktoś w sobotę zawraca im głowę takimi bzdetami.

Akt szósty: stacja benzynowa 
Nareszcie zwycięstwo! Że też od razu na to nie wpadliśmy, chociaż z drugiej strony jest zawsze  coś zabawnego w pieszej wycieczce na stację benzynową. Alkotest kosztuje 8 złotych, a instrukcję ma tak zawiłą, iż prawdopodobnie jeśli jesteś w stanie się z nią zapoznać to już oznacza, że nie możesz mieć więcej niż pół promila w wydychanym powietrzu. Weryfikacja koloru to też nie przelewki; całe szczęście, że Sympatyczny ''wydmuchał" ewidentnie żółte kryształki.




Jak widać sztuka kontrolowania własnej trzeźwości to nie przelewki. Pół biedy jeśli masz na tyle cierpliwości, żeby doprowadzić tę sztukę do ostatniego aktu i z czystym sumieniem wsiąść do samochodu. Nie ma lekko.
Ukłon. Oklaski. Kurtyna.