Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwactwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziwactwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2015

Odcinek 42: wypraszam sobie, czyli dylematy gospodyni imprezy

Z przykrością zauważam, że z każdym rokiem mojego życia staję się co raz bardziej aspołeczna. Nie zrozumcie mnie źle: generalnie lubię (niektórych) ludzi i nie wyobrażam sobie świata bez nich, ale niektóre zasady życia społecznego i funkcjonowania w grupie przerastają mnie na tyle, że często mam ochotę zamknąć się w domu. Sama. Na miesiąc. Okazuje się, że największy problem mam chyba z imprezami. O ile chodzenie do klubów ostatnimi czasy w ogóle przestało mnie kręcić, a na pójście do pubu ciężko nieraz znaleźć czas, pieniądze i towarzystwo, to już tradycja domówek trzyma się całkiem nieźle, od czasów gimnazjalnych mniej więcej na tym samym poziomie i z taką samą częstotliwością. Problem jest tylko z intensywnością. Bo wiecie... Mi po prostu bardzo wcześnie chce się spać.
Na co dzień nie jest to nawet takie straszne. Kładę się wcześniej, ale i wstaję wcześniej. Skończyłam więc z siedzeniem po nocach, za to całkiem nieźle idzie mi pracowanie rano. Nie jest to także zbyt uciążliwe, gdy wybieram się na imprezę do kogoś. Usypiam na stojąco albo po prostu mam dość? Nic prostszego, po prostu zmywam się do domu. Oczywiście pod warunkiem, że w miarę szybko uda mi się nakłonić Sympatycznego do powrotu. Chociaż w sumie zawsze można wyjść i liczyć na to, że mnie dogoni. Sytuacja jednak komplikuje się, gdy to mi przyjdzie do głowy zostać gospodynią imprezy. 

A bo imieniny, urodziny, wolna chata albo przywieziony z zagranicy alkohol... Każda okazja dobra, żeby zobaczyć się z dawno niewidzianymi znajomym. Niestety wszyscy albo w pracy albo w wakacyjnych rozjazdach, więc na spotkanie wcześniej niż o 21 nie ma za bardzo co liczyć. Doskonale wiem też, że skoro umówimy się na 21 to większość nie przybędzie przed 22. I tak minutka do minutki, godzinka do godzinki, zaczynamy imprezowanie o godzinie, o której w normalnych warunkach kładę się spać. Przeciągnięcie mojej żywotności przez kolejne 2 czy 3 godzinki to żaden problem, jednak drugie tyle urasta do rangi wyczynu. Tak oto około 3 czy 4 nad ranem zaczynam niespokojnie się kręcić, ostentacyjnie ziewać, powoli zabierać się do sprzątania... A tu nic. Jak siedzieli, tak siedzą. A ja razem z nimi, choć oparta bezwładnie o ramię Sympatycznego, rozpaczliwie walcząca z opadającą głową. 

Kurczę, kocham ich, świetnie się razem bawiliśmy przez ostatnie godziny, ale mam tę straszną przypadłość, że jak już zachce mi się spać, to odcina mnie kompletnie. Robię się drażliwa, markotna i nie ma takiej siły, która by mnie w takim stanie ogarnęła i przywróciła do żywych. Aha, i naprawdę nie ma to związku z wypitym alkoholem. W każdym razie męczę się, smucę, trochę złoszczę na samą siebie, że taka ze mnie nudziara i imprezowa psuja, a w mojej głowie powstają takie oto plany... 
Udaj omdlenie.
Chyba, że Twoje zdolności aktorskie w tym zakresie wyglądają tak jak w olsztyńskim spocie o dopalaczach. Czyli nie wyglądają wcale.

Wyjdź z domu.
Lepiej z domu niż z siebie. Świeże powietrze pomoże Ci odzyskać siły, a ukradzione zawczasu klucze do mieszkania jednego z gości zapewni Ci nocleg na tę trudną noc.
Owiń się kocem.
Zostań człowiekiem-burrito i przestań reagować na bodźce zewnętrzne. Pomogą Ci zakupione wcześniej zatyczki do uszu. Istnieje szansa, że po kilku próbach goście zaniechają pomysłu obudzenia Cię, mogą jednak stwierdzić, że wyniesienie i zamknięcie Cię w piwnicy będzie niezwykle zabawne.
Zgłoś zakłócanie ciszy nocnej.
Ale to tylko w przypadku, gdy masz wolne dwie stówki na ewentualny mandat, za to nie masz za grosz rozsądku i godności.
Pamiętajcie, to nie tak, że nie lubię ludzi. Po prostu straszny ze mnie śpioch i leniwiec. Jeśli (w przeciwieństwie do mnie) macie jakieś skuteczne i sprawdzone sposoby na niewypraszanie gości i jednoczesne wysypianie się, to koniecznie dajcie znać. Kawa odpada, bo dziwnie reaguje z alkoholem, drzemka przed imprezą nie działa, energetyków nie tykam, a goście na 17 przecież nie przyjdą. Czy jest jeszcze jakaś szansa dla Najgorszej Gospodyni Imprez?

sobota, 18 lipca 2015

Rozdział 36: strachy, fobie i natręctwa, czyli Klucha Dziwaczka


Usiądźcie wygodnie, drogie dzieci. Za chwilę ciocia opowie Wam bajkę.
Nad rzeczką opodal krzaczka mieszkała Klucha Dziwaczka...
Nieco ponad miesiąc temu, jedna z moich ulubionych blogerek, Julia z fabjulus.pl, napisała taki oto tekst: 9 rzeczy, które czynią mnie świrem. Od jakiegoś czasu mi też chodziła po głowie notka o wszelakich dziwactwach, jakie władają moim życiem, jednak nigdy do tej pory nie było na to czasu, a jak czas się znajdował, wtedy brakowało weny. Ale oto jestem tutaj dzisiaj i chcę podzielić się z Wami słodką tajemnicą, której jednak pewnie część ludzi się domyśla, a inna część i tak ma to gdzieś. 
Klucha nie jest do końca normalna.
Choćby dlatego, że pisze czasami o sobie w trzeciej osobie, a powszechnie wiadomo, że to jeden z pierwszych objawów psychozy.

A dlaczego jeszcze? Proszę bardzo, oto garść niezbitych dowodów na taki stan rzeczy!

Powąchaj mnie
Już wyjaśniam: nie chodzi o to, że przechadzam się ulicami w długim płaszczu, nagabuję i namawiam do tego przypadkowych przechodniów. Rzecz w tym, że to do mnie rozpaczliwie woła tak każda rzecz, którą mam zjeść, wypić lub założyć na siebie. Nie mogę się ubrać jeśli nie powącham koszulki, którą mam założyć, choćby była dopiero co zdjęta z suszarki na pranie. Nie mogę zjeść obiadu nie wsadzając nosa w talerz (o co niektórzy potrafią się obrazić: Co Ty to wąchasz?! Przecież Cię nie otruję!), ani wypić wody ze świeżo otwartej butelki, zanim nie obwącham dokładnie zawartości. A jeśli wyczuję chociaż jedną drobną niepokojącą nutę zapachową... Przegrałam. Półnaga, głodna i spragniona będę szukać produktów, których zapach nie będzie wzbudzał moich żadnych podejrzeń ani wątpliwości.

Umyj buzię, arbuzie
Nawet jeśli uda mi się wreszcie zdobyć odpowiednio pachnące pożywienie, wcale nie oznacza to końca kłopotów. Jak już w spokoju zjem i nawet popiję, wtedy zaczyna się cyrk z wycieraniem i myciem buzi. Inna sprawa, że po prostu zdarza mi się upaprać jak dzidzia, zwłaszcza, gdy owym daniem był kebab z sosem mieszanym, ale niezależnie co bym jadła i jak elegancka nie była by to potrawa, jeszcze przez długie minuty po skończeniu posiłku będę wycierać twarz, płukać usta i dopytywać, czy na pewno nie mam resztek obiadu na brodzie. 
Tak samo jest zresztą z dmuchaniem nosa, dlatego też najbardziej lubię to robić w łazience przed lustrem, by móc  w pełni kontrolować sytuację. 

Pomaluj mnie
Tak z kolei, głosem nieznoszącym sprzeciwu, krzyczą do mnie każdego ranka moje... rzęsy i powieki. Odkąd skończyłam 14 lat, na palcach jednej ręki można by policzyć dni, kiedy na mojej twarzy nie było ani mikrośladu makijażu. Na pierwszy rzut oka należę do osób pozbawionych brwi i rzęs, są bowiem tak jasne, że i tak ich nie widać. Z przyciemnianymi henną czy kredką brwiami czułabym się idiotycznie, jednak pomalowane rzęsy to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Nieważne czy wyskakuję tylko do sklepu po mleko, czy idę na siłownię, basen, spacer z psem (którego nie mam) czy też mam 40-stopniową gorączkę albo kaca. Mogę chodzić w rozpiżdżonym koku, z czerwonym zakatarzonym i nieprzypudrowanym nosem, ale oczy mają być pomalowane. Koniec kropka.
Do pewnego momentu tyczyło się to również paznokci (zarówno u rąk jak i u stóp), jednak ostatnimi czasu staram się małymi kroczkami wyjść z tego nałogu...

Wyciśnij mnie
Olaboga, teraz może zrobić się lekko obleśnie, ale co tam. Liczę na to, że nie jestem sama w tej drobnej namiętności. Mianowicie... Uwielbiam wyciskać pryszcze. Sama jednak nigdy nie miałam i nie mam większych problemów z cerą, jestem więc skazana na szukanie innych ofiar. Pół biedy, gdy wypatrzę coś u Sympatycznego z Nałogami, a potem godzinami muszę go namawiać, żeby pozwolił mi uporać się z tym problemem (Daj spokój, to boli, to obrzydliwie, n i e  m a  m o w y!), albo u młodszej siostry, która jest nieco łatwiejszym celem. Gorzej, gdy akurat jadę tramwajem albo siedzę na wykładzie, a osoba przede mną ma na szyi dorodną krostę. Czasami mnie samą aż przeraża, jak wiele kosztuje mnie, by nie rzucić się na takiego człowieka... z pazurami. 

Leć mi stąd! 
Tymi słowami to ja witam (i jednocześnie z ulgą żegnam), tupiąc jednocześnie nogami i wymachując rękami, wszelkie paskudne pierzaste latające stwory. Ptaki, ugh. Jakoś niespecjalnie boję się robaków, pająków, węży czy innych gadów. Z reguły zwierzętom nie ufam (z resztą tak samo jak znacznej części ludzi), części się boję, pozostałych się brzydzę. Ale nic nie wzbudza we mnie takiego strachu i wstrętu jak przebrzydłe ptaszyska. Podejrzewam, że ogromny wpływ na rozwój takiej fobii miał fakt, iż moja mama także panicznie boi się ptaków, odkąd w dzieciństwie zaatakowały ją małe puchate kurczaczki. O tak, fobie mogą być dziedziczne albo raczej podświadomie przenoszone, więc jeśli masz albo planujesz mieć dzieci to pamiętaj, żeby panować przy nich nad swoimi lękami. Dodatkowym czynnikiem mogło być też obejrzenie Ptaków Hitchcocka po raz pierwszy, gdy miałam nie więcej niż 9 lat. Pilnujcie więc co Wasze pociechy oglądają w telewizji, bo potem mogą z nich wyrosnąć dorośli ludzie uciekający z krzykiem na widok łabędzia albo płaczący ze wstrętu, że przelatujący gołąb musnął ich skrzydłem. 


Jest tam kto?
Nauczona doświadczeniem (zdobywanym przez lata czytania i oglądania całych stert thrillerów, horrorów i kryminałów) zawsze staram się słuchać przeczucia czającego i nie wchodzić samotnie do opuszczonych budynków, nawiedzonych domów czy tajemniczych piwnic. Moja ostrożność przybiera jednak czasami postać średnio rozwiniętej paranoi. Do własnego mieszkania nie wejdę wieczorem bez uprzedniego zapalenia światła, nie rozgoszczę się też bez wcześniejszego obchodu i sprawdzenia czy na pewno wszystko jest w najlepszym porządku. Rzadko otwieram drzwi jeśli akurat na nikogo nie czekam, a jeśli już to robię to tylko uchylam, cały czas trzymając rękę na klamce, by w porę móc je zamknąć. Zawsze mam z tyłu głowy cytat z jednej z moich ulubionych książek, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet:
Ciężko uwierzyć, że lęk przed urażeniem kogoś jest silniejszy niż lęk przed bólem.
Warto więc chyba wspiąć się na wyżyny swej asertywności i nie pakować się głupio w niebezpieczne sytuacje, byle komuś nie zrobiło się przykro. Trochę paranoja, trochę zdrowy rozsądek. 

Nie zbliżaj się do mnie
Jak już mowa o innych ludziach, którzy w mniejszym lub większym stopniu mogą stanowić zagrożenie, na ogromny stres narażają mnie wszelkie podróże zatłoczoną komunikacją miejską. Gdy moja twarz ląduje pod czyjąś pachą (jak się ma 1,60 m w kapeluszu to zdarza się to nawet częściej niż zazwyczaj), gdy ktoś napiera na mnie od tyłu lub gdy czyjaś spocona ręka zjeżdża po rurce wprost na moją... Wtedy w mojej głowie zaczynają powstawać scenariusze, których nie powstydziłby się Tarantino, a za które profilaktycznie można by mnie skierować na przymusowe leczenie. Przestań gmerać tam tą ręką, pajacu, bo jakbym miała przy sobie maczetę... Kiedy już wysiadam i mam chwilę, żeby ochłonąć, aż sama się dziwię, skąd we mnie tyle tłumionej agresji i nienawiści do niezbyt przyjemnie pachnących ludzi ocierających się o mnie zapamiętale. Żartuję. Ani trochę się nie dziwię, za to załącza mi się tryb passive-agressive.

Wiecie, tak naprawdę nie jestem złym człowiekiem, to tylko świat wyzwala we mnie tak dziwne i skrajne emocje. Krajowy konsultant ds. p s y c h i a t r i i zaleca czytanie tego tekstu z odpowiednią oprawą muzyczną, na przykład taką:

poniedziałek, 18 maja 2015

Odcinek 30: Dziewczyno, nie czytaj tej notki!

Och, dziewczyno, nie masz lekkiego życia.

O no proszę, patrzcie jakie przekorne. Miałyście nie czytać. Ale skoro już tu jesteście to może opowiem Wam o co to całe zamieszanie. 

W poprzednim semestrze na zaliczenie pewnego przedmiotu musiałam przeprowadzić wywiad z osobą, która mogła mieć coś ciekawego do powiedzenia na temat lat 60. Wybór padł na moją kochaną babcię (pozdrawiam serdecznie, chociaż nie ma Internetu!), która okazała się całkiem niezłym źródłem informacji o owych czasach. W nawale anegdotek z młodości i wspomnień z prywatek i koncertów moją uwagę zwróciła przede wszystkim jedna myśl: 
Teraz to dopiero macie fajnie: każdy wybiera to co lubi, nikt nikomu nie zabrania i nikt się nie czepia. 
Zdanie to padło w szeroko rozumianym kontekście mody, stylizacji i trendów. Według mojej babci być może lata 60. były w pewnym sensie przełomowe, jednak dopiero teraz doszliśmy do punktu, w którym wszystkie chwyty są dozwolone. 
- Wow - pomyślałam - No kto by pomyślał, że żyjemy w takich cudownie wolnych i tolerancyjnych czasach.
A no pomyślałby tak każdy kto po prostu nie korzysta z Internetu, bo tutaj dopiero zaczyna się cała zabawa. 

Z modą i trendami jest trochę jak z pogodą - każdy lubi co innego i przynajmniej raz w roku przychodzi taki czas, że naprawdę odechciewa się żyć na tej planecie choćby jeden dzień dłużej. Ja tak mam w listopadzie, ale znam też ciekawe przypadki osób, których nic tak nie wpędza w depresję jak 25 stopni Celsjusza i słońce od rana do wieczora. Co kto woli. Nie muszę rozumieć, ale szanuję.
Może z ubraniowymi nowinkami sytuacja nie jest aż tak dramatyczna, bo w przeciwieństwie do pogody, mam (jeszcze) jako taki wpływ na to co na siebie wkładam. Nie mam za to wpływu na to co zakładają na siebie inni. Ja mogę z tym żyć, ale jest wśród nas całkiem spora grupa ludzi, których życiowym celem jest prowadzenie krucjat przeciwko każdemu irytującemu ich trendowi. I druga grupa działająca dokładnie na odwrót.

Tak oto, jak grzyby po deszczu, na różnych portalach wyskakują co raz to nowe grupy, profile i fanpejdże będące luźną wariacją na temat dziewczyno/chłopaku, rób to, nie rób tamtego.
Przeprowadziłam mały eksperyment i wstukałam w fejsbukową wyszukiwarkę hasło "d z i e w c z y n o". Oto najciekawsze wyniki: 

Amatorzy kobiecych wdzięków wykazują niezdrowe zainteresowanie poszczególnymi partiami ciała i apelują: 
Dziewczyno, olej fochy, włóż pończochy
Dziewczyno, pokaż swoje stopy 
Dziewczyno, pierdol jeansy, noś leginsy 
Dziewczyno, po co ci stanik?
Lobby właścicieli sklepów obuwniczych wzywa:
Dziewczyno, noś glany
Dziewczyno, pierdol baleriny, załóż szpilki
Dziewczyno, noś trampki 
Mamy też na sali paru śmieszków...
Dziewczyno, zgól te wąsy!!!
Dziewczyno, ogól bobra 
 ... a także propagatorów sportowego stylu życia:
Dziewczyno, rób przysiady
Dziewczyno, trenuj sztuki walki 
 Nie zabrakło też amatorów mody alternatywnej:
Dziewczyno, jebnij piercing
Dziewczyno, noś dredy
Dziewczyno, miej dziary, tunele i piercing 
 A jeśli głupia myślałaś, że warto się postarać zrealizować te wszystkie postulaty i że przyniesie Ci to jakąś wymierną korzyść, to pewien domorosły Schopenhauer nie pozostawia złudzeń:
Dziewczyno, on już nie wróci. 
Oj, dziewczyno, nie masz łatwego życia. Nie wiem czy właśnie usiadłaś w kącie i płaczesz cichutko nad swoim losem, a może odwrotnie - właśnie uniosłaś się dumą i odwróciłaś się na pięcie. Możesz chcieć zignorować wszystkie powyższe apele, jednak pamiętaj, że społeczność ludzi, którzy mają wobec Ciebie tyle oczekiwań sięga kilkudziesięciu tysięcy osób. Czy właśnie ugięłaś się pod ciężarem spoczywającej na Tobie odpowiedzialności? 

No mam jednak nadzieję, że swój rozum masz i wszystkie powyższe postulaty spływają po Tobie jak po kaczce. Takiej kaczuszce co to chodzi w balerinkach i biedna nie może pojąć, że powinna w szpilkach. Albo takiej bidulce co uparcie chodzi w dżinsach, mimo że 37 tysięcy osób grzecznie prosi, by przebrała się w leginsy. No chyba, że jest gruba. Albo ma obwisłe pośladki. W takim wypadku, gdy założy leginsy narazi się pewnie kolejnym kilkudziesięciu tysiącom internautów. A przecież to ich opinia jest najważniejsza, czyż nie?

Ach, babciu, żebyś Ty to widziała...

Chłopaku, jeśli tu jesteś, nie martw się! Do Ciebie też tysiące internautów mają wiele skarg, wniosków i zażaleń. Ale o tym może kiedy indziej. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział 23: fejsbukowe czystki, czyli dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię ze znajomych

Z portalami społecznościowymi (zwłaszcza tymi, których pierwotnym celem jest tworzenie swojej własnej kolekcji znajomych) jest trochę jak z szufladą, do której odruchowo wrzucasz wszystko, bo jest najbardziej pod ręką. W tejże szufladzie trzymasz świadectwo z szóstej klasy, ulotkę, którą rano ktoś wcisnął Ci przy wejściu do metra i opaskę z Open'era 2013. Z kolei w tej wirtualnej szufladzie wśród fejsbukowych znajomych znaleźli się koleżanka z podstawówki, przypadkowy chłopak poznany na imprezie i Twoje dwie najlepsze przyjaciółki. W ten właśnie sposób, kroczek po kroczku, dorzucasz do swojej szuflady coraz to nowe przedmioty i osoby. W pewnym momencie szuflada przestaje się domykać, a z wnętrza zaczyna wydobywać się jakiś podejrzanie przykry zapach. Tak już z szufladami bywa, że raz na jakiś czas należy przeprowadzać w nich inwentaryzację. 

Osobiście potrzebę odgruzowania listy swoich znajomych odczuwam mniej więcej raz w roku. Czasami rzadziej, czasami częściej. Jest to zależne od wielu czynników - począwszy od tego, czy aktualny stan fejsbukowego licznika zaczyna mnie już niepokoić, a skończywszy na tym, czy akurat ktoś wyjątkowo zalazł mi za skórę i nie mam ochoty słyszeć więcej o jego istnieniu (choć to nieco dziecinne, bądź co bądź). 

Chcesz wiedzieć kto znajdzie się na moim celowniku przy okazji kolejnej fejsbukowej czystki? Proszę bardzo, czytaj dalej. I nie mów, że nie ostrzegałam.

Chwila grozy i ulotnej satysfakcji. 
Pytasz dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię z grona swoich internetowych znajomych? Odpowiadam! 

Bo zawsze (przez całą podstawówkę/gimnazjum/liceum/studia: zaznacz poprawną odpowiedź) coś bardzo uwierało Cię między pośladkami. Nie wnikam czy były to fikuśne stringi, czopki czy zwykły podły charakter. A może po prostu były to klasyczne muchy w nosie? Nieistotne. Jak tylko przestaniemy widywać się na co dzień, z nieukrywaną przyjemnością wcisnę ten magiczny przycisk i raz na zawsze pozbędę się wspomnienia o Tobie. Nie lubię Cię, pewnie ze wzajemnością, więc nie ma po co udawać, że jest inaczej. Życzę Ci jak najlepiej, ale idź obnosić się swoim kijem w dupie gdzie indziej. 

Bo prowadzisz nieustającą akcję propagandowo-ideologiczną na swojej fejsbukowej tablicy lub (co gorsza) zasypujesz innych ludzi prywatnymi wiadomościami o wysoce nieneutralnej i niepożądanej treści. Jeśli powiedziałam raz, że nie, nie chcę porozmawiać o Bogu to możesz uznać, że taki stan rzeczy będzie utrzymywał się co najmniej do 2070 roku włącznie. Nie zostanę korwinistką ani działaczką SLD. Nie zapiszę się do ruchu antyaborcyjnego i nie pojadę z Tobą przywiązywać się do drzew w Dolinie Rospudy. Jeśli w mojej skali uciążliwości jesteś gdzieś mniej więcej w połowie, prawdopodobnie zablokuję tylko powiadomienia od Ciebie. Jeśli wyżej... Sam rozumiesz, idź sobie agitować gdzie indziej. 

Bo nigdy nie zamieniliśmy słowa i właściwie nie za bardzo wiem, skąd wziąłeś się w gronie moich znajomych. Czy nasza wirtualna więź to wynik zaćmienia słońca, awarii systemu czy nieopatrznego kliknięcia? 

Bo wprawdzie chodziłyśmy kiedyś do jednej szkoły, nawet pamiętam kod do Twojej klatki i imię Twojej babci, ale już siedemnasty raz w tym kwartale nie odpowiedziałaś na cześć i generalnie dobrze wychodzi nam udawanie, że się nie znamy. Chodźmy na całość, na fejsbuku niech też nas już nic nie łączy.

Bo miałam zły dzień i po prostu musiałam. Jakkolwiek żałośnie to nie brzmi. Po prostu padło na Ciebie, mam nadzieję, że nie będziesz tęsknić. Zawsze możesz spróbować zaprosić mnie jeszcze raz, a nuż trafisz na lepszy moment! 

A wiesz dlaczego Cię NIE usunę? 
Bo co raz częściej nie pamiętam nazwisk starych znajomych, nie mówiąc już o twarzach, więc jeszcze nie raz fejsbukowe powiązania pomogą odświeżyć mi pamięć.
Bo wygląda na to, że znajomość z Tobą może mi się jeszcze na coś w życiu przydać i wyrwać z niejednej opresji. 
Bo jestem wstrętną wścibską Kluchą i lubię podglądać ludzi. Nawet tych, których nie lubię. 

sobota, 11 kwietnia 2015

Odcinek 22: o sandałach upokorzenia, miłości i stopach, choć nie jest to notka dla fetyszystów

To nie jest notka dla fetyszystów. Wbrew pozorom nie jest to również notka pisana przez fetyszystkę. A jednak, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, będzie dziś o miłości i stopach. A jak jedno łączy się z drugim dowiecie się już za moment. Przygotujcie się więc na drobną porcję intymnych wyznań i szczyptę dziwactw. Do dzieła!

Od najmłodszych lat nienawidziłam stóp. To nie była zwykła niechęć; to była najprawdziwsza w świecie nienawiść, granicząca momentami z przykrym natręctwem. Z dzieciństwa pamiętam jedną scenę, która znakomicie obrazuje tę przypadłość:
Jest lato. Są wakacje, prawdopodobnie gdzieś między pierwszą a drugą klasą podstawówki. Upał jak diabli, więc po domu biega się boso. Jakoś tak w rodzinnym towarzystwie jest to jeszcze akceptowalne. Wtem dzwonek do drzwi. Niezapowiedziana wizyta jakiegoś znajomego, kuzyna czy innej obcej postaci. Stoję w salonie, gdzieś przy ścianie czy kominku, i nie mogę się zdecydować czy lepiej schować się za firanką czy wejść za fotel. Ktoś wchodzi, wita się. Patrzę z przerażeniem na swoje bose siedmio- czy ośmioletnie stopy (przecież sobie ich nie odetnę, do diaska, chociaż siekiera leży niebezpiecznie blisko, jak to przy kominku) i w akcie desperacji wciskam je pod dywan. Tak, właśnie. Witam gości chowając nóżki pod puchatą skórę z owcy. 

Ta nienawiść (to zboczenie, to dziwactwo) latami ewoluowała i przybierała coraz to nowe formy. Była nienawiść do swoich krótkich i grubych paluszków; nienawiść do swego płaskostopia; nienawiść do sandałów i klapek; nienawiść do zbyt krótkich paznokci; nienawiść do paznokci niepomalowanych...Wreszcie nienawiść totalna. Nadszedł taki moment, że nie tylko nie dopuszczałam do siebie myśli o pokazywaniu swych własnych stóp, ale też brzydzili mnie wszyscy ludzie, którzy w mym towarzystwie pozwalali sobie na taki występek. Byłam orędowniczką spania w skarpetkach i seksu w skarpetkach; propagatorką zakrytego obuwia oraz inicjatorką ogólnopolskiego zakazu odsłaniania stóp w miejscach publicznych. Przysięgam, w swych nastoletnich latach byłam bardziej skłonna pokazać komuś cycki niż stopy.

Raz na jakiś czas podejmowałam jednak próbę znalezienia sandałów, w których choć minimalnie udałoby mi się zachować poczucie własnej godności. Zaliczyłam podejścia do klasycznych sandałów Scholla, sandałów typu "sportowe", eleganckich sandałków na koturnie, trochę etno-sandałów czy też takich z rockowym pazurem i wystającymi tu i ówdzie ćwiekami. Podsumowanie mogę zawrzeć w jednym pięknym staropolskim słowie: gówno.
Jakbym się nie starała i czego bym nie wynalazła... pulchne stópki z płaskostopiem źle wyglądają we wszystkich sandałach świata. Zwłaszcza jeśli owe stópki przechodzą płynnie (uwaga, płynnie to słowo klucz) w równie pulchne łydeczki.

Poszukiwania butów na lato stanęły więc w martwym punkcie i poniekąd pogodziłam się, że na zawsze pisane są mi espadryle czy inne tenisówki. Wciąż jednak nierozwiązana pozostawała kwestia stóp samych w sobie. A raczej pokazywania ich osobom postronnym.

I tu właśnie na scenę wkroczył Sympatyczny z Nałogami.
Był sierpień, globalne ocieplenie dawało o sobie znać na każdym kroku. Dopiero co zaczęliśmy się spotykać, nie znaliśmy się zbyt dobrze. Zaprosiłam go do siebie pooglądać telewizję, zamówić pizzę. Było gorąco jak cholera, więc cały dzień przesiedziałam w domu w przewiewnych spodniach typu alladynki, oczywiście bez skarpetek. Zadzwonił domofon. Zazwyczaj w takiej sytuacji szybko założyłabym przygotowane zawczasu skarpetki. Nie zrobiłam tego. Otworzyłam drzwi, zasiedliśmy na kanapie. Zazwyczaj schowałabym stópki pod kocyk albo (jak wyżej) pod dywan. Nie zrobiłam tego. Za to oparłam stopy na jego kolanach. Bose stopy. 

W tym momencie życia postanowiłam, że jeśli zupełnie bez powodu postanowiłam zaufać komuś na tyle, by przedstawić mu swoje stópki, to na pewno mogę tej osobie zaufać we wszystkim innym. Później okazało się też, że oswojenie się z myślą, że ktoś lubi te dziwne części twojego ciała sprawia, że samemu też poniekąd zaczyna się je akceptować. Ba! Chyba nawet trochę je polubiłam.

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem na moje całkowite
pogodzenie się z faktem posiadania przeze mnie stóp, sztuk dwie.
Stopy bez wątpienia są jedną z najbardziej bezradnych części ludzkiego ciała. Bywają żylaste, kościste, koślawe; czasami mają płaskostopie, grzybicę i inne przykre przypadłości. Grunt to akceptować się w całości, od stóp do głów. No i kochać, od najmniejszego palca aż po cebulki włosów. 

Nie proś swojej drugiej połówki o rękę. Sprawdź ją i spróbuj poprosić ją o stopę. I odpuść sobie te sandały upokorzenia, skoro szczęśliwszy jesteś w przepoconych tramposzach.