Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2015

Odcinek 35: jak zostałam Kluchą Domową

Tak wygląda w pełni wyposażona i przygotowana
do wykonywania prac domowych Klucha Domowa.
Siedziałam wczoraj w fotelu popijając koktajl z truskawek (bo przecież nie trzecią tego dnia kawę, bo jestem już duża i wiem, że kawa szkodzi i kubka z trzecią mogłabym nie móc utrzymać w dłoniach, z powodu deficytu chronicznie wypłukiwanego z organizmu magnezu), zastanawiałam się co zrobić w poniedziałek na obiad i o której wstać i pójść do warzywniaka, żeby wyrobić się ze wszystkim zanim Sympatyczny wróci z pracy, czekałam akurat na znajomych, którzy lada moment mieli wpaść w odwiedziny z Małym, który za chwilę skończy rok i wcale już nie jest taki mały... i nagle poczułam się strasznie zdziwiona. Nie stara, nie zmęczona, nie dorosła, nie znudzona. 
Po prostu zdziwiona.
 Nie idę na melanż, bo jestem już w piżamce
A jak już idę to wcześnie wracam, żeby w piżamkę szybko wskoczyć.

Dzień wcześniej pojechałam na imprezę, zaczynała się o 20, w sumie to dobra pora, gdy połowa zaproszonych musi najpierw wydostać się z pracy, a potem z Warszawy, a wierzcie mi, piątkowe popołudnie to nigdy nie jest dobry moment na wyjazd z dużego miasta, zwłaszcza, gdy na weekend zapowiadają całkiem niezłą pogodę. Przed imprezą wizyta w sklepie:
- Co pijecie? - pytam, gdyż słaba jestem w podejmowaniu nawet najprostszych decyzji i szukam jakiejś inspiracji.
- Chyba jakieś wino.
Przeprowadzam w głowie ekspresowy rachunek zysków i strat i już wiem, że wino odpada, bo po winach z tej półki, na które aktualnie mnie stać, zawsze boli głowa, a przecież szkoda tracić sobotę na bezsensownego kacura. 

Ze sklepu wychodzę z dwiema butelkami cydru i owocowym napojem piwopodobnym. Później okaże się, że i tak przeceniłam swoje możliwości: pół drugiej butelki pozostaje nietknięte, tak samo jak i to prawie-piwo, które zostawiam w lodówce gospodyni imprezy na pamiątkę. Kolega pyta zachęcająco, czy nie napiję się z nim wódeczki.
- No dawaj, chociaż po jednym, zdrowie gospodyni! 
Ale równie dobrze mógłby proponować mi wypicie szklaneczki wody z solą albo benzyny, bo po wódce to tylko albo się porzygać albo od razu umrzeć. Przypominam sobie jak jako młoda siksa wpadałam gdzieś spóźniona na imprezę i za karę bez większego sprzeciwu wypijałam na raz karniaczka o pojemności małego plastikowego kubeczka. Młoda, głupia. Zajęło mi kilka lat, żeby wreszcie zrozumieć, że jak już człowiek chce się napić to może napić się czegoś od czego nie wykrzywia twarzy we wszystkie strony i czego nie musi od razu przepijać pierwszą rzeczą jaką ma pod ręką, choćby był to olej kujawski. 

Zostawmy jednak te bolesne wspomnienia szczenięcych lat. Fakt faktem, odmawiam koledze raz a stanowczo, co on podsumowuje pełnym dezaprobaty: 
- Rany, co się z Tobą stało?
Nie umiem odpowiedzieć, ale też nie za bardzo mam ochotę, bo jest już po 23 i ewidentnie chce mi się spać. Wykorzystuję więc pierwszą lepszą okazję, gdy któryś z kierowców postanawia wracać i zwijam się do domu. Wynik jest niezły: jest wpół do pierwszej, a ja leżę w swoim łóżeczku.

Ciepłe obiadki, a do pracy kanapki
Czyli co może się zdarzyć, gdy Klucha robi w kuchni coś więcej niż herbatę? 

W kręgach moich znajomych do tej pory jestem znana jako wybitnej klasy antytalent kulinarny. Tylko ja potrafię skroić kilogram cebuli na krążki cebulowe w poprzek i twierdzić, że pół- i ćwierć-krążki też będą super. Tylko ja mogę zmieszać jajko z bułką tartą w jednej misce i dziwić się, że tak przygotowana panierka nie lepi się do kotleta. Kiedy więc ogłosiłam, że z okazji tak długich wakacji zamierzam podjąć rozpaczliwą próbę nauki gotowania, wiele osób uśmiechnęło się pod nosem. Bo wiecie, dosypywanie własnego zestawu przypraw do mrożonej pizzy jednak nie liczy się jako gotowanie (chociaż Sympatyczny śmieje się, że jest dumny, że z każdym tygodniem trwania naszego związku w mojej kuchni przybywa przypraw, gdyż na początku naszej znajomości miałam w szafce tylko sól, pieprz i przeterminowanego gyrosa), tak samo jak dodawanie szynki i cebuli do jajecznicy, chociaż jest to już jakiś krok w dobrą stronę. 

Na pierwszy ogień poszło Kaszotto z kurczakiem i botwinką, głównie dlatego, że słowo kaszotto urzekło mnie od pierwszego przeczytania i przegoniło pianotwory w moim tegorocznym rankingu słów. Jakby nie patrzeć było to jednak dość ryzykowne, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się gotować kaszy, a na dodatek botwinkę pierwszy raz na oczy zobaczyłam, stojąc tego dnia w kolejce w warzywniaku. Wszystko wyszło zaskakująco dobrze, więc tylko zachęciło mnie do dalszych eksperymentów.

Przygotowanie kaszotto to bardzo kolorowy proces.
Kasza zagościła więc w jadłospisie Kluchy i Sympatycznego na stałe - polecamy kaszę jaglaną z kurczakiem curry i brokułami, a także stołówkowy klasyk (przynajmniej mi to danie kojarzy się ze szkolnymi obiadami, chociaż nigdy na żadne nie chodziłam) czyli kasza gryczana z gulaszem. 

Gotowanie obiadków powoli wchodzi mi więc w krew, tak samo jak wstawanie razem z Sympatycznym o 6 rano (chociaż wcale nie muszę, więc to na pewno miłość) i robienie mu kanapek do pracy. 

A jak to w życiu bywa, najlepsze rzeczy zawsze zdarzają się przypadkiem. I tak było również z daniem, z którego w ostatnich tygodniach byłam najbardziej dumna. Tak dumna, że aż Wam się pochwalę, że właściwie było to danie zaimprowizowane i wreszcie nie trzymałam się kurczowo wytycznych jakiegoś internetowego przepisu. 
Kabaczek nadziewany gyrosem
Dostań od mamy dwa kabaczki i zacznij kombinować, które produkty znajdujące się w Twojej kuchni mogą stworzyć z nimi jakąś jadalną potrawę. Znajdź w szafce niedawno zakupione opakowanie przyprawy gyros, a z zamrażalki wyciągnij pierś z kurczaka, tylko zrób to odpowiednio wcześniej, chyba że niestraszne Ci krojenie w kostkę zamrożonego. Rozmrożonego i pokrojonego kurczaka obsyp przyprawą, jeśli nie chcesz brudzić dodatkowego naczynia, bo tak samo jak ja nie cierpisz zmywania to zrób to bezpośrednio na patelni. Dodaj pokrojoną w kostkę cebulę, oczywiście jeśli wcześniej użyłaś wodoodpornego tuszu do rzęs. Przekrój kabaczki na pół i łyżeczką wyjmij miąższ. Posmaruj kabaczka sosem czosnkowym (ja preferuję taki majonezowy, odrobinę rozcieńczony wodą: uhmmm, jak pysznie i kalorycznie), nadziewaj kurczakiem z cebulką, posyp serem i wstaw do piekarnika na mniej więcej tyle ile trwa jeden odcinek Mietczyńskiego, czyli coś około 20 minut. 

Tadam, smacznego. Niechaj zachęci Was fakt, że po tym właśnie obiadku Sympatyczny powiedział, iż od teraz będzie to chyba jego ulubione danie. Chociaż on po prostu ceni sobie wszystko co zawiera w sobie cebulę, choćby był to syrop na kaszel. 

Tęczowa propaganda na deser? A jaka smaczna!
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Jak będę duża to zostanę freelancerką.

Właściwie to chyba już większa nie będę, więc nie ma na co czekać! Tak pomyślałam i tak też zrobiłam. Wakacje mijają mi więc pod znakiem tłumaczenia artykułów o grzybicy stóp i naturalnych sposobach na żylaki, na szczęście wszystkie te dolegliwości towarzyszą mi póki co tylko z ekranu komputera, do tego w zaciszu własnego mieszkania. 

(Już) nie marzy mi się etat w międzynarodowej korporacji, ani 8 do 12 godzin w klimatyzowanym biurowcu. Strasznie fajnie jest rzucić tłumaczenie w połowie, żeby wyskoczyć do sklepu i przejść się leniwie po jakimś straganie. Nawet jeśli zaraz po powrocie musisz to samo tłumaczenie dokończyć, jedną ręką obierając ziemniaki, a drugą mieszając sos. W przyszłości być może zaangażuję jeszcze jedną nogę do kołysania dziecka, a drugą do telefonicznego kontaktu z klientami. Multitasking brzmi tak pociągająco! 
Myślałam o tym wszystkim, a cały czas siedziałam w fotelu siorbiąc ten lekko kwaśny koktajl z truskawek.
 I cały czas byłam trochę zdziwiona. Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że od imprez do rana będę wolała popołudniowe spacery, a od wejściówki do klubu bardziej ucieszy mnie świeży szpinak, to chyba mocno popukałabym się w głowę. Nie smuci mnie to, nie martwi, nie dziwi mnie nawet fakt, że tak się stało. Zdziwiłam się tylko tym, że to tak szybko. 

PS Ale w razie jakby ktoś pomyślał, że już do reszty zdziadziałam to zapewniam, że nadal cenię sobie whisky z colą, zimne piwo, kebaba i dobrą muzykę i oprócz wszystkich tych dziwnych rzeczy, które robię ostatnio, a opisałam powyżej, to od miesiąca jestem wokalistką pewnego rockowego zespołu. Może kiedyś się pochwalę! 

piątek, 3 lipca 2015

Odcinek 34: dlaczego nie znoszę kupować butów?


Nie znoszę chodzić na zakupy i nie jest to żadna tajemnica. Jak tylko mogę staram się ratować swoje skołatane nerwy, tak oto w celu uniknięcia napadów paniki i agresji oraz bez zbędnych wyrzutów sumienia, z lubością oddaję się zakupom internetowym. Z internetu pochodzą więc wszelakie części mojej garderoby - od sukienek przez swetry, aż po seksowną bieliznę i trampki. Generalnie mogłabym niemal zupełnie obyć się bez wizyt w sklepach stacjonarnych, centrach komercji i molochach handlu... Mogłabym, ale niestety raz na jakiś czas zdarzają się takie sytuacje, kiedy jakaś rzecz potrzebna jest na cito, na już i na dziś. 

Tylko nie wiem dlaczego akurat najczęściej są to...
...buty.
Bo w starych właśnie zrobiła się dziura na palcu i nie wystarczy już założyć czarnych skarpetek, by pozostała niezauważona. Bo niespodziewanie do Polski napłynęła fala upałów, a Ty wciąż pomykasz w kozakach. Bo jutro randka, a jedyne obuwie w jakim ewentualnie możesz wystąpić to skórzane kierpce przywiezione pięć lat temu z Białki Tatrzańskiej. 

Powodów jest wiele. Rozwiązanie tylko jedno. 

Tak oto lądujesz przed przeszklonymi automatycznymi drzwiami i jak mantrę powtarzasz pod nosem: 
Tylko jeden sklep. Góra dwa. 
Po czwartym orientujesz się, że coś poszło nie tak. Po siódmym już wiesz, że jesteś skazana na porażkę. Ale brniesz w to dalej, łudząc się, że to na pewno na projektantów tej o s t a t n i e j marki z o s t a t n i e g o sklepu za o s t a t n i m zakrętem spłynęło objawienie, które pozwoliło im stworzyć właśnie taki model obuwia, o którym marzysz. Albo chociaż takie, w których ewentualnie mogłabyś zgodzić się wyjść na ulicę. Po dwudziestym odwiedzonym przybytku Twoje wymagania znacznie spadają, rosną za to ceny. Zamiast pary balerinek za pięćdziesiąt złotych, po powrocie do domu możesz znaleźć w pudełku kalosze za pięćset. Ale przynajmniej c o ś kupiłaś. 

Inna rzecz, że mniej więcej w połowie tej mozolnej wędrówki dotrze do Ciebie, że...
Te idealne i wyśnione buty istnieją tylko w Twojej głowie.
Tak jak białe myszki, wyimaginowani przyjaciele i anioł stróż. Bardzo mi przykro, nie wymyślono jeszcze lekarstwa na głupią nadzieję i wybujałą wyobraźnię. Niestety, Twoje rozczarowanie może być jeszcze większe... Pozwól, że wyjaśnię na przykładzie:

Wymarzyłaś sobie srebrne espadryle? Tak. Srebrne. Nie złote, nie cekinowe i nie z rybią łuską. Po prostu srebrne. Espadryle. Nie mokasyny, nie sandały i nie baleriny. Zwykłe espadryle. Brzmi to całkiem rozsądnie, są pewne matematyczne szanse, że coś takiego już zostało gdzieś na świecie wymyślone. Prawdopodobnie w Chinach, bo tam też od razu zostało uszyte. I chyba niestety już tam zostało, bo w odwiedzanych przez Ciebie sklepach nigdy o takich cudach nie słyszeli. Ale co jest tą kroplą, która przelewa czarę goryczy? Mianowicie w owych sklepach aż mieni się od wszelkiego rodzaju srebrnego obuwia. Srebrnego.W tychże samych sklepach pełno jest też różnokolorowych espadryli. Espadryli. Wiecie tylko jakich nie ma? 

Hehe. Właśnie tak, zgadliście. 

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
W pewnym momencie już sama nie pamiętasz, po co przyszłaś do tej dziwnej przeszklonej hali (fajnie, że chociaż klimatyzowanej, dzięki!) pełnej niesympatycznych ludzi. Ledwo widzisz na oczy, słaniasz się na nogach. Jesteś już lekko podłamana, ale wciąż żyjesz nadzieją, że a nuż za tym zakrętem. Że a nuż w tym sklepie.

Już nie patrzysz na szyldy, jednak po zapachu orientujesz się, że właśnie nawiedziłaś dość ekskluzywny sklep z galanterią skórzaną. Beznamiętnie omiatasz półki wzrokiem... Ej! Tam się coś błyszczy, chyba na srebrno.
One tam są...
... szepczesz ze łzami i w oczach i wybiegasz im na spotkanie. Bo są. Wprawdzie trochę inny odcień niż ten wymarzony, noski trochę za szerokie i podeszwa za wysoka... Ale są! Z namaszczeniem bierzesz je do ręki, podnosisz, odwracasz podeszwą do siebie... i zamierasz...
...gdyż są dziesięć razy droższe niż byłabyś w stanie za nie zapłacić.
Wychodzisz zdruzgotana, lecz z silnym postanowieniem, że w takim razie kupisz c o ko l w i e k. Prawdopodobnie będą to trampki typu cichobiegi z sieciówki za cztery dyszki. I co z tego, że po dwóch tygodniach będzie je czuć spaloną oponą, zdechłą myszą i piwnicą Twojej babci. Przynajmniej c o ś kupiłaś.

I nie będzie Ci szkoda ich wyrzucić jak znowu na palcu zrobi się dziura albo pęknie podeszwa. 

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 27: dlaczego Klucha nie zostanie Waszym prezydentem?

Pozwoliłam sobie pożyczyć Fiołeczka od Sztucznych Fiołków,
bo nic lepiej nie oddaje mojego stanu emocjonalnego
przed niedzielnymi wyborami.
Ugh, wybory. Taki aktualny temat, że prawdopodobnie każdy polski bloger powinien dorzucić swoje trzy grosze. Aktualnie nie mam siły ani nastroju na dogłębną analizę programów poszczególnych kandydatów; nie zamierzam też dzielić się z Wami swoimi preferencjami wyborczymi, co by nie mieszać Wam w głowach, gdyż ja w swojej mam wystarczająco namieszane. Za to zdradzę Wam pewien sekret... 

Kiedyś sama bardzo chciałam zostać prezydentem. Pół dzieciństwa opowiadałam ze szczegółami jak to będę rządzić naszą piękną ojczyzną, jaką to nie będę dumą i chlubą naszego narodu. No i najważniejsze: jako pierwsza kobieta-prezydent w naszym kraju miałam udowodnić, że władza nareszcie trafiła w odpowiednie ręce. Jak widać wciąż mam na to spore szanse, bo póki co nie zanosi się, żeby ktoś miał mnie ubiec, niestety.

W międzyczasie pojawił się jednak inny problem: im stawałam się starsza i im więcej obcowałam z naszą rodzimą polityką, tym bardziej odsuwałam od siebie chęć mieszania się w nią w jakikolwiek sposób. Jeszcze nie tak dawno kiełkowała we mnie myśl o kandydowaniu w wyborach samorządowych: wyrwałam ją z korzeniami, a grunty odrolniłam. Tak oto im bliżej mi do wymaganego 35 roku życia, tym dalej od Pałacu Prezydenckiego i od spełnienia największego marzenia dzieciństwa. 

Pewnie nie zapytacie, ale ja i tak odpowiem: a dlaczego konkretnie nie zostanę Waszym prezydentem? A właśnie dlatego, że... 

Nie umiem kłamać, bo nie lubię. Albo nie lubię, bo nie umiem. W każdym razie byłabym strasznie słaba w przedwyborczych obietnicach i powyborczych konferencjach prasowych, bo przy każdym kłamstwie wybuchałabym szaleńczym śmiechem i przybierała barwę dojrzałego pomidorka. I jeszcze ktoś pomyślałby, że w głębi serca jestem czerwoniutka jak całe SLD albo że skrycie podkochuję się w Leszku Millerze. Albo jedno i drugie.

Nigdy nie wiem co zrobić z rękoma i nie pomagają mi żadne techniki panowania nad ciałem ani kursy z wystąpień publicznych. Nie muszę być nawet specjalnie zdenerwowana - ręce trzęsą mi się praktycznie zawsze, więc aby to ukryć zaczynam gestykulować (niestety raczej nadmiernie i wyglądam wtedy jakbym oganiała się od wyjątkowo uporczywych muszek owocówek). Jedyną skuteczną metodą wydaje się być związywanie rąk z tyłu albo przywiązywanie ich do boków. Ale czy ktoś zaufa prezydentowi w kaftanie bezpieczeństwa? 

Nie do końca panuję nad emocjami i bardzo płynna jest u mnie granica między skrajną depresją a skrajną agresją. Prawdopodobnie moja Lista Polityków, Którzy Zasługują na Mocne Trzepnięcie z Liścia jest dużo dłuższa niż listy Pawła Kukiza i Janusza Korwin-Mikkego razem wzięte. I stale rośnie. Paradoksalnie w parze z niestabilnością emocjonalną występuje u mnie dość duża stabilność poglądów, a to wcale nie ułatwia funkcjonowania na scenie politycznej. 

Nigdy nie marzyłam o karierze w kabarecie i nie lubię robić z siebie pajaca. Nie cierpię też na zaniki pamięci, a nie jestem wystarczająco dobrą aktorką, żeby regularnie udawać, iż nie pamiętam co na ten sam temat mówiłam pół roku wcześniej albo co komu obiecałam w poprzedniej kadencji. 

Są też jeszcze dwa dość prozaiczne powody: żeby zostać prezydentem najpierw trzeba kandydować. A potem jeszcze ktoś musi na Ciebie zagłosować i nie mogą być to tylko Twoi rodzice, znajomi i kilka osób czytających Twojego bloga. 

Bo zagłosowalibyście, prawda? 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Odcinek 25, a w nim prosty przepis na Kluchę Zadowoloną częściowo pisany wierszem

No dobra, przepis nie do końca pisany wierszem, ale co nieco będzie się rymować. 
Powiem nieskromnie: Klucha to naprawdę nietrudne i niedrogie w utrzymaniu stworzenie. Nie stawia raczej wygórowanych żądań, nie ma zbyt wielkich wymagań sprzętowych i nie potrzebuje wyjątkowo wykwintnego pożywienia. Ze wszystkich przyjaciół człowieka Klucha to najlepszy wybór jeśli zależy Ci na sympatycznym towarzystwie, skrojonym na miarę dowcipie i ciepłym ciałku, do którego zawsze można się przytulić. 

Wprawdzie brzmi to nieco jak ogłoszenie matrymonialne czy inna zanęta; wprawdzie Klucha Leniwa jest tylko jedna i takowej reklamy nie potrzebuje. Być może jednak nie zdajecie sobie sprawy jak wiele innych Klusek żyje wokół Was. I prawdopodobnie nie wiecie też jak łatwo można owe Kluski uszczęśliwić.

Właśnie dlatego postanowiłam ułatwić Wam życie i specjalnie dla Was przygotowałam niezwykle prosty rymowany poradnik. Oto przedstawiam:

Prosty przepis na Kluchę Zadowoloną

Na początek potrzebujesz dwie szklanki miłości, garść cierpliwości, garść wyrozumiałości i szczyptę kreatywności. Nie zaszkodzi kropla umiejętności słuchania ze zrozumieniem. Inteligencja i/lub poczucie humoru będzie dodatkowym atutem. Całość wymieszaj, a następnie...

Ene due rike fake, przynieś mi słodyczy pakę
Powszechnie wiadomo, że szczęście zaczyna się od 200 kcal. Badania amerykańskich naukowców jednoznacznie potwierdzają, że Kluski osiągają najlepsze wyniki intelektualne po spożyciu odpowiedniej ilości czekolady. 

Ene due rabe, przyjdź do mnie z kebabem
Ci sami naukowcy udowodnili też, że regularne spożywanie kebaba jeszcze żadnej Klusce nigdy nie zaszkodziło. Ba! Zaobserwowano nawet, że już sam brak konieczności samodzielnego przygotowania posiłku znacząco podnosi poziom endorfin u tych osobników. 

Kukuryku, nie budź mnie budziku
Drzemka po posiłku to typowe zachowanie wśród przedstawicieli tego gatunku. Popołudniową drzemkę należy uszanować, zalecane jest również spontaniczne dołączenie się do tej aktywności.

Raz, dwa, trzy... dzisiaj zmywasz Ty! 
Jak wynika z przeprowadzonych badań gatunek ten wykazuje szczególną niechęć do obowiązków domowych, zwłaszcza do zmywania. Jeśli chcesz zobaczyć uśmiech na twarzy swojej Kluchy nie wahaj się ani chwili - pozmywaj. 

Dylu dylu na badylu, nie pal papierosów tylu
Generalnie dbaj o siebie i o swoje zdrówko, bo Kluchy potrzebują kompleksowej i długoletniej współpracy i zainteresowania; często dążą także do prokreacji, więc lepiej, żeby pewne Twoje organy pozostały jak najdłużej sprawne. 

Entliczek pentliczek, magiczny guziczek
Jeśli nie rozumiesz po prostu przejdź dalej i udawaj, że nic się nie stało. Może za parę lat... 

Palec pod budkę, chodźmy na wódkę
Albo lepiej na coś smaczniejszego, większość osobników doceni dobrze schłodzone piwko, średniej klasy winko lub whisky z colą. 

Ence pęce, weź mnie na ręce
Żartowałam. Jak wypadnie Ci dysk albo nabawisz się przepukliny to dopiero będzie. Klusek nie trzeba brać na ręce: wystarczy za ręce albo w ramiona. 

Anse kabanse, nie dla mnie konwenanse
Jak ognia strzeż się zaczynania wypowiedzi od Przecież to nie wypada... Co może Ci wypaść ustaliliśmy już punkt wcześniej. W nagrodę nie musisz za Kluchę płacić w restauracji, za to możesz zostawać na noc, nawet codziennie. Tak, bez ślubu. 

Teraz jeszcze raz wymieszaj wszystko dokładnie. Następnie podgrzej, przelej w słoiczek i dokładnie zawekuj, żeby służyło Ci jeszcze przez wiele kolejnych lat. Raz na jakiś czas powtórz. 
Sam widzisz, nie było aż tak trudno, a nawet jeśli, to chyba szczęście Twojej Kluski wynagrodzi Ci ten wysiłek. Mam nadzieję, że Ty i Twoja Klucha będziecie zadowoleni. 

Misja wykonana.
Za rozstania, kłótnie małżeńskie i zwolnienia z pracy nie odpowiadam.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Rozdział 24: czas pozmywać, czyli psychotest nad zlewem

Olśnienie może spłynąć na Ciebie w najmniej oczekiwanym momencie; Archimedesowi przydarzyło się ono podobno w łazience, gdy brał kąpiel, natomiast mnie dopadło w kuchni, kiedy to usiłowałam zmusić się do zneutralizowania sterty brudnych naczyń leżących w zlewie. 

Nie cierpię zmywać; naprawdę nie znoszę. Wiem, że obowiązki domowe właśnie dlatego są obowiązkami, gdyż w innym wypadku niemal nikt by się za nie zabrał. Ale wśród wszystkich zadań, które nakłada na Ciebie (mniej lub bardziej samodzielne) prowadzenie gospodarstwa domowego, zmywanie naczyń jest tym, czym przy gotowaniu jest krojenie cebuli. Niby wiesz, że to konieczne i efekt końcowy będzie nawet przyjemny, ale wciąż niewykluczone, że w trakcie nie raz z oka poleci Ci łezka i zapragniesz się poddać. Tak czy siak, zmywania nie lubię i gdybym tylko miała z kim negocjować, to z pewnością przehandlowywałabym tydzień zmywania za odkurzanie i umycie okien albo zmywanie w weekendy za regularne pranie. 

Czarno-białe, bo smutek.
Nad stertą brudnych naczyń usiadłam i płakałam.
Nie raz i nie dwa myślałam o zmywarce. Można powiedzieć, że skrycie marzę o niej aż po dziś dzień. Niestety jestem tylko ubogą studentką dorabiającą od czasu do czasu na umowie-zleceniu, na dodatek zamieszkującą skromną kawalerkę. Co w tym złego? Zupełnie nic, to naprawdę przyjemny okres w życiu, polecam wszystkim. Problem jest tylko taki, że na zmywarkę nie starczy mi ani pieniędzy, ani tym bardziej miejsca. A najgorzej, że zmywarce raz na jakiś czas zdarza się czegoś nie domyć, więc gdybym miała jeszcze po niej poprawiać...*zgrzyta zębami* Dość szybko mogłoby się okazać, że nie ma tu miejsca dla nas dwóch i któraś musiałaby się wyprowadzić.

Wróćmy jednak do wspomnianego wcześniej olśnienia, gdyż moja osobista niechęć do zmywania to dopiero początek. Pół żartem, pół serio zapytałam Was na fejsbuku, co Was popycha do zmywania. Czy macie z góry ustalony plan dnia, w którym zmywanie znajduje się na specjalnym miejscu? Czy robicie to regularnie, bo tak trzeba i tak Was nauczono w domu/ w wojsku/ na obozie harcerskim? Czy odkładacie tę czynność tak długo jak się da, aż po prostu nie macie wyjścia i musicie się za to zabrać? 

Wyniki tej małej sondy okazały się kompletnie niewiarygodne i niemiarodajne (bo takie właśnie musiały się okazać) za to doszłam do wniosku, że mało co tak dużo mówi o Twojej osobowości jak Twoje podejście do zmywania naczyń.

Najprostszy przykład jaki przychodzi mi w tej chwili do głowy to zmywanie naczyń a studia i wychodzi na to, że niewiele się obie te sprawy różnią.

Mój system zmywania naczyń to zdecydowanie model odkładam wszystko do zlewu, trochę zalewam wodą, żeby nie zaschło, a pozmywam jak już nie będę miała na czym zjeść ani z czego wypić. Największą zaletą tego systemu jest to, że zmywam raz a porządnie; dodatkowo żadne naczynia nie czują się uprzywilejowane i żadne nie są też pomijane, gdyż korzystam z tych, które aktualnie (jeszcze) są czyste. Największą wadą jest z kolei fakt, iż czasami, wcześniej niż brak kubka na kawę, do zmywania zmusza się mnie przykry zapach wydobywający się ze zlewu. No i gąbka zdecydowanie zbyt często ląduje na samym dnie. Jak to się ma do mojej kariery uniwersyteckiej? Ależ proszę bardzo, już tłumaczę. 

Mój system studiowania to również typ odkładam wszystko na później, cały semestr unikam wszelkiej aktywności intelektualnej i regeneruję siły po to, aby w sesji umrzeć przygnieciona nadmiarem zaległości. Zalety są takie, że przez większą część semestru mam czas i siłę na o wiele przyjemniejsze i pożyteczniejsze rzeczy niż ślęczenie nad książkami. Z kolei do wad zaliczamy nagłe uczucie paniki tuż przed egzaminem, deficyt snu i lekkie wyrzuty sumienia. Ale naprawdę tylko lekkie, bo ostatecznie i tak wychodzę na plus, a wyspać się też jeszcze zdążę. 

Jeśli jesteś tym człowiekiem, który od pierwszych zajęć zna sylabus na pamięć i już w październiku zaczyna przygotowania do czerwcowego egzaminu, prawdopodobnie w Twoim zlewie nie uświadczysz nawet jednej małej brudnej łyżeczki, gdyż zmywasz i uczysz się zawsze na bieżąco, czego nawet trochę Ci zazdroszczę. 
Jeśli nieobce są Ci dojrzewające w Twoim zlewie nowe formy życia, czasami nawet z zaciekawieniem podglądasz co u nich słychać i nadajesz im imiona, to wielce prawdopodobne, iż masz w sobie coś z szalonego naukowca lub niezrozumianego artysty.
A jeśli problem zmywania praktycznie Cię nie dotyczy, bo masz zmywarkę albo partnera/partnerkę skorych do wykonywania takiej domowej czynności, wtedy prawdopodobnie oznacza to, że czasy edukacji masz już dawno za sobą, za to całkiem dobrze układa Ci się życie i oby tak dalej!

Co więcej mogę powiedzieć? Tylko tyle, że radzę trzy razy się zastanowić zanim kupicie najtańszy płyn do mycia naczyń ze Stonki wraz z promocyjnym zestawem kolorowych gąbeczek. Płyn się nie pieni, gąbeczki w wyniku kontaktu z wodą robią się całkiem płaskie, a zmywanie trwa dwa razy dłużej. A chyba chodzi o to, by jak najszybciej się z nim uporać, czyż nie? 

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział 23: fejsbukowe czystki, czyli dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię ze znajomych

Z portalami społecznościowymi (zwłaszcza tymi, których pierwotnym celem jest tworzenie swojej własnej kolekcji znajomych) jest trochę jak z szufladą, do której odruchowo wrzucasz wszystko, bo jest najbardziej pod ręką. W tejże szufladzie trzymasz świadectwo z szóstej klasy, ulotkę, którą rano ktoś wcisnął Ci przy wejściu do metra i opaskę z Open'era 2013. Z kolei w tej wirtualnej szufladzie wśród fejsbukowych znajomych znaleźli się koleżanka z podstawówki, przypadkowy chłopak poznany na imprezie i Twoje dwie najlepsze przyjaciółki. W ten właśnie sposób, kroczek po kroczku, dorzucasz do swojej szuflady coraz to nowe przedmioty i osoby. W pewnym momencie szuflada przestaje się domykać, a z wnętrza zaczyna wydobywać się jakiś podejrzanie przykry zapach. Tak już z szufladami bywa, że raz na jakiś czas należy przeprowadzać w nich inwentaryzację. 

Osobiście potrzebę odgruzowania listy swoich znajomych odczuwam mniej więcej raz w roku. Czasami rzadziej, czasami częściej. Jest to zależne od wielu czynników - począwszy od tego, czy aktualny stan fejsbukowego licznika zaczyna mnie już niepokoić, a skończywszy na tym, czy akurat ktoś wyjątkowo zalazł mi za skórę i nie mam ochoty słyszeć więcej o jego istnieniu (choć to nieco dziecinne, bądź co bądź). 

Chcesz wiedzieć kto znajdzie się na moim celowniku przy okazji kolejnej fejsbukowej czystki? Proszę bardzo, czytaj dalej. I nie mów, że nie ostrzegałam.

Chwila grozy i ulotnej satysfakcji. 
Pytasz dlaczego prędzej czy później wyrzucę Cię z grona swoich internetowych znajomych? Odpowiadam! 

Bo zawsze (przez całą podstawówkę/gimnazjum/liceum/studia: zaznacz poprawną odpowiedź) coś bardzo uwierało Cię między pośladkami. Nie wnikam czy były to fikuśne stringi, czopki czy zwykły podły charakter. A może po prostu były to klasyczne muchy w nosie? Nieistotne. Jak tylko przestaniemy widywać się na co dzień, z nieukrywaną przyjemnością wcisnę ten magiczny przycisk i raz na zawsze pozbędę się wspomnienia o Tobie. Nie lubię Cię, pewnie ze wzajemnością, więc nie ma po co udawać, że jest inaczej. Życzę Ci jak najlepiej, ale idź obnosić się swoim kijem w dupie gdzie indziej. 

Bo prowadzisz nieustającą akcję propagandowo-ideologiczną na swojej fejsbukowej tablicy lub (co gorsza) zasypujesz innych ludzi prywatnymi wiadomościami o wysoce nieneutralnej i niepożądanej treści. Jeśli powiedziałam raz, że nie, nie chcę porozmawiać o Bogu to możesz uznać, że taki stan rzeczy będzie utrzymywał się co najmniej do 2070 roku włącznie. Nie zostanę korwinistką ani działaczką SLD. Nie zapiszę się do ruchu antyaborcyjnego i nie pojadę z Tobą przywiązywać się do drzew w Dolinie Rospudy. Jeśli w mojej skali uciążliwości jesteś gdzieś mniej więcej w połowie, prawdopodobnie zablokuję tylko powiadomienia od Ciebie. Jeśli wyżej... Sam rozumiesz, idź sobie agitować gdzie indziej. 

Bo nigdy nie zamieniliśmy słowa i właściwie nie za bardzo wiem, skąd wziąłeś się w gronie moich znajomych. Czy nasza wirtualna więź to wynik zaćmienia słońca, awarii systemu czy nieopatrznego kliknięcia? 

Bo wprawdzie chodziłyśmy kiedyś do jednej szkoły, nawet pamiętam kod do Twojej klatki i imię Twojej babci, ale już siedemnasty raz w tym kwartale nie odpowiedziałaś na cześć i generalnie dobrze wychodzi nam udawanie, że się nie znamy. Chodźmy na całość, na fejsbuku niech też nas już nic nie łączy.

Bo miałam zły dzień i po prostu musiałam. Jakkolwiek żałośnie to nie brzmi. Po prostu padło na Ciebie, mam nadzieję, że nie będziesz tęsknić. Zawsze możesz spróbować zaprosić mnie jeszcze raz, a nuż trafisz na lepszy moment! 

A wiesz dlaczego Cię NIE usunę? 
Bo co raz częściej nie pamiętam nazwisk starych znajomych, nie mówiąc już o twarzach, więc jeszcze nie raz fejsbukowe powiązania pomogą odświeżyć mi pamięć.
Bo wygląda na to, że znajomość z Tobą może mi się jeszcze na coś w życiu przydać i wyrwać z niejednej opresji. 
Bo jestem wstrętną wścibską Kluchą i lubię podglądać ludzi. Nawet tych, których nie lubię. 

sobota, 24 stycznia 2015

8: Życie z muzyką w tle, czyli Soundtrack vol.1

Przekornie zacznę od podsumowania tego co jeszcze nienapisane, a napisane będzie za chwilę. Morał z tego wszystkiego jest taki, że ludzie kłamią, a przynajmniej bardzo często się mylą. Dlatego warto słuchać przede wszystkim siebie... i dobrej muzyki. Bo muzyka nie oszukuje i rzadko się myli.

Czy można żyć bez muzyki? Jasne, że można. Właściwie z pragmatycznego punktu widzenia nie jest ona nikomu do niczego potrzebna. Przecież pierwszą rzeczą, którą robisz po przebudzeniu nie musi być włączenie radia. Zamiast tego możesz otworzyć okno i posłuchać, co dzieje się na Twojej ulicy tego mglistego poranka. W autobusie nie musisz zakładać słuchawek na uszy i odcinać się od całego świata. W zamian możesz posłuchać o czym rozmawiają ludzie dookoła, czym żyje Twoje miasto.
- K***a, musi się pani tak pchać?
- Jak się nie podoba to może trzeba jeździć samochodem.
 - Ja p******ę, może ciszej trochę?
AHA. No właśnie, tak. Lepiej to zostawmy zanim zrobi się jeszcze nieprzyjemniej.
Ale nie dajcie się zmylić: to nie jest tekst o zaletach słuchania muzyki w komunikacji miejskiej albo w ramach pobudki i porannej gimnastyki umysłowej (chociaż śpiewanie sobie o siódmej rano naprawdę pomaga mi dojść do siebie; może niekoniecznie sąsiadom). Historia, którą chcę Wam opowiedzieć będzie, o ile w międzyczasie nie zboczę z tematu, o kochaniu. A każda dobra historia czy film powinny mieć też odpowiedni soundtrack. Życie generalnie powinno mieć soundtrack. Moje ma, a Twoje?

Wiecie czego nie znoszę? Dobrych rad oraz dobrych wróżek. Nie, nie jestem Zosią Samosią, co to wszystko sama lepiej wie, wszystko sama zrobić chce; bardzo cenię sobie ludzi, którzy potrafią wejść w moją skórę, postawić się w mojej sytuacji i doradzić naprawdę z głębi serca. Niestety, jest ich stosunkowo niewielu w porównaniu z tymi, którzy niemal wyskakują Ci z lodówki, rzucając w Ciebie nędznymi frazesami, a następnie (w zależności od nastroju) wróżą Ci długie i szczęśliwe życie albo marny koniec, bo przecież tyle już przeżyli i wiedzą jak jest. Ale ich pojęcie o rzeczywistości i skuteczność porad można bardzo łatwo sprawdzić, dajmy na to, w przypadku związków.
- Jak tam Ci się układa z Sympatycznym?
- Rewelacyjnie, świetnie się dogadujemy, w ogóle się nie kłócimy!
- Oj, to naciesz się tym. Wiesz, nam też się tak super układało, ale to tak tylko pierwsze pół roku wygląda, więc naciesz się na zapas.
Minęło pół roku. I kolejne. I właśnie mija jeszcze jedno. Nacieszam się dalej, całkiem spory mam już ten zapas.
Nagle równolegle dzieje się kilka rzeczy. Jakieś masowe rozstania, zdrady i inne przykrości wśród naszych znajomych. Niby nie moja rzecz, ale jakoś tak mi przykro i czuję się rozczarowana ludźmi. Obiecuję sobie, że sama siebie nigdy tak nie rozczaruję, no bo mogę mówić przecież tylko w swoim imieniu. Może to naiwne, ale nie umiem wyobrazić sobie, po jaką cholerę zdradzać osobę, którą się kocha. A jeśli się nie kocha, po jaką cholerę być razem? Na tych rozmyślaniach przyłapuje mnie taka oto piosenka:
I met your friends, they were lying about falling in love
Wymowne, nieprawdaż? A jako że dzisiejszy odcinek najwidoczniej sponsorują Angus&Julia Stone to nie może zabraknąć jeszcze jednej piosenki, na którą jak już ostatnio wpadłam, w stanie ogromnego uniesienia uczuciowego, w poprzedni weekend, który tak miło spędziłam z Sympatycznym z Nałogami, tak już nie mogę się jej pozbyć z głowy i serducha.
Don't take my word for it, just look at me to know that I love you
Właśnie, słowa, słowa, słowa. Są miłe, są potrzebne, ale nie dają żadnej gwarancji. Żadne słowo, żaden papier. Tak jak mówiłam, ludzie czasami kłamią, a czasami się mylą. Nie słuchaj ludzi, słuchaj siebie. I muzyki. 

[ w tytule vol.1, bo mam nadzieję, że muzyka jeszcze nie raz będzie pretekstem do moich wywodów; życie toczy się dalej i warto zadbać, żeby miało dobry soundtrack] 

środa, 26 listopada 2014

Rozdział 1, w którym niewiele się wyjaśnia, a wiele się obiecuje

Zabieram się do tego całego pisania jak do jeża. Ale o jeżach, innych sympatycznych stworzonkach oraz instynkcie macierzyńskim to może następnym razem...
*
Na początku była nuda, a świetnym środkiem na jej zwalczenie okazał się Internet. Potem pojawiła się fascynacja ludźmi Internetu: Jak oni pięknie piszą! Jacy oni zabawni! Ile w tym życiowej prawdy! Ile magii i sztuki! A po kilku miesiącach śledzenia różnych wytworów internetowej działalności człowieka w mojej głowie zakiełkowała myśl: Skoro w Internecie może każdy... to czemu nie ja? 
Nie wiem czy jest czym się dzielić, czy mam coś do zaoferowania i czy wzbogacę czymś ten blogowy półświatek. Nie wiem, bo niestety od dziecka choruję na tę przykrą przypadłość, że nie potrafię być z siebie w pełni zadowolona. I jestem leniwa. Pocieszam się, że część ludzi tak po prostu ma. I będę pisać. Bo mogę. No i chcę.

To nie tak, że latami broniłam się przed ekspansywną siłą blogosfery (i youtube'a, bo nie ukrywam, że i tam regularnie zaglądam jako anonimowy widz), a teraz pozazdrościłam sławy i hajsu z reklam. Przygód z blogami było w moim życiu wiele...
Zaczęło się jakąś dekadę temu od smutnego pamiętnika nastolatki (tak, naiwnie wierzyłam, że kogokolwiek w sieci obchodzą akurat moje problemy z cerą); później było kilka podejść do blogów literackich oraz fan fiction (bardzo niekonsekwentnych gatunkowo, zależnie od tego czy czytałam akurat Harry'ego Pottera czy polską literaturę młodzieżową lat 70.); zaliczyłam nawet marną próbę blogowego dziennikarstwa muzycznego (po czym został mi tylko enigmatyczny mail: rock_przemija, do którego od roku nie mogę przypomnieć sobie hasła); był też jeden blog o tematyce wielce dowolnej, jedyny z którego byłam nawet zadowolona i ze dwa razy polecona na onecie (tak, fejm się zgadzał). Wychodzi na to, że jak już wracać do pisania to chyba najlepiej w tę stronę. I zobaczymy jak to się skończy.
*
I tak to właśnie wygląda, drodzy państwo. Mniej więcej stąd jestem, ale dokąd zmierzam? To okaże się w najbliższych odcinkach. Będzie o życiu, związkach, komunikacji miejskiej i pogodzie. O niskich dziewczynach, dużych tyłkach i niezdrowym jedzeniu. Może razem odnajdziemy odpowiedź na pytanie jak żyć źle i na dodatek się z tego cieszyć?